Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 27 min czytania

Gość w dom ...

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

GOŚĆ W DOM …

Pierwsze noce były ciężkie. Kornel już zaczął się obawiać się, że nigdy w tym miejscu nie uśnie. Łóżko stało pod ścianą sąsiadującą z klatką schodową i każda osoba przemieszczająca się po schodach wyrywała go ze snu. Aż dziwne, że w takim starym budynku, zamieszkanym głównie przez emerytów, kwitło tak bujne nocne życie. Po pewnym czasie wiedział już, kiedy wraca z dializy schorowany starzec z czwartego piętra, po potknięciach i bełkotliwych pomrukiwaniach rozpoznawał powrót menela z dołu. Potem nadchodziła kolej na panią ciągnącą na górę pieska z nadwagą i rozchichotane dziewczynki wynajmujące małą kawalerkę na poddaszu. Najgorzej było, gdy do młodzieńca z parteru przychodzili z towarzyską wizytą współplemieńcy. Party na schodach trwało zazwyczaj do białego rano. Nikt z lokatorów nie odważał się reagować. Tak było na początku. Początek ma do siebie to, że trwa krótko. Kornel nie wiedział nawet, kiedy wszystkie te odgłosy przestały go drażnić tak samo jak dźwięki dobiegające z przystanku autobusowego, zlokalizowanego tuż pod oknami jego mieszkania. Zasypiał szybko i bez kłopotu. Wszelkie efekty audio dochodzące zza ściany przestały mieć na to wpływ. Pewnie dlatego był tak zaskoczony, gdy nagle coś wyrwało go z głębokiego snu. Oszołomiony usiadł na łóżku. Wyświetlacz zegara pokazywał okolice pierwszej. Co jest, cholera? Godzina duchów już minęła. Kornel siedział na posłaniu wpatrując się w migoczące lekko cyfry; próbował pozbierać myśli. Był przekonany, że obudził go jakiś dźwięk. Nasłuchiwał niczym nietoperz. Nic. Leżąca obok żona posapywała lekko przez sen. Gdzieś z głębi mieszkania dochodziło monotonne pomrukiwanie lodówki. Któryś z kranów był chyba niedokręcony. Kapało. Zza okna dochodził szum poruszanych wiatrem liści, urozmaicany czasem warkotem przejeżdżającego samochodu. Wszystko wyglądało normalnie. Brzmiało normalnie… Wzruszył ramionami. Położył się. Wtedy znów usłyszał… Usiadł z powrotem niczym rażony prądem. Poczuł jak cały pokrywa się gęsią skórką. Dziwne, nie było zimno, wręcz przeciwnie. Zaczęli już grzać… Próbował zlokalizować źródło niepokoju. Hałasu. To właściwie nie był wyraźny odgłos. Raczej szmer. Nieokreślony i trochę niepokojący. I jeszcze coś. Szukał właściwego określenia. Tak. Odrażający. Odpychający niczym szelest ocierających się o kamienie gadzich łusek. Kornel wpatrywał się z natężeniem w ciemność mieszkania. Bez potrzeby. Wiedział, że dźwięk nie dochodził z pogrążonego we śnie wnętrza. Dobiegał z klatki schodowej… Wstał. Wyszedł na przedpokój. Nasłuchiwał niemal wstrzymując oddech. Wszystkie obejrzane horrory stanęły mu przed oczami. Głupoty. Nie wiedział, czego się spodziewać i pewnie dlatego był tak spięty. Ciemność nie jest naturalnym środowiskiem dla ludzi, nie jesteśmy nocną zwierzyną. Zapalił światło. Zmrużył oślepione nagłym blaskiem oczy; jasność natychmiast odgoniła nocną nierealność otoczenia. Kornel obrzucił wzrokiem obrzydliwe w swej zwyczajności panele pokrywające ściany, szereg butów stojących pod ścianą i wiszące nad nimi wierzchnie okrycia domowników. Pomyślał, że senne koszmary przybierają dziwne formy. Rozdrażniony zgasił światło i skierował się z powrotem do sypialni. Szszszuuu… Stanął jak wryty. Jeśli to wąż to bardzo duży. Duży i najedzony, przesuwający leniwie mięsiste zwoje. Kornel miał tego dość. Podszedł do drzwi. Przez chwilę się wahał. Ponownie zapalił światło. Za moment jednak, choć niechętnie, zgasił je; nie chciał zdradzać swojej obecności. Podszedł do drzwi. Odsunął klapkę „judasza” i wyjrzał. Na klatce schodowej było ciemno. Przez małe okienko wpadała do środka wątła smuga księżycowej poświaty. Nie było nikogo. Od intensywnego wpatrywania się wyschły mu spojówki; oczy szczypały. Oderwał je od wizjera. Właśnie wtedy, na granicy widzenia, zauważył ruch. Po ścianie mignął lekki cień. Tak jakby ktoś siedzący na prowadzących w dół schodach poruszył się zdrętwiały. Kornel odskoczył od drzwi. Przez chwilę oddychał głęboko. Bzdura. Złudzenie optyczne. A nawet jeśli siedzi tam jakiś łazik, no to co? Żadna rewelacja. Taka okolica. Mimo to nie wrócił do sypialni. Poszedł prosto do salonu. Prosto do barku.

- Słyszałaś coś w nocy? – Kornel wiązał sznurowadła. Nie patrzył na Karolinę. Nie chciał żeby widziała jego twarz. Zawsze rozpoznawała, kiedy pił. - Niby co miałam słyszeć? – po brzmieniu jej głosu poznał, że nie jest w najlepszym humorze. Ostatnio rzadko miała jego przebłyski. Mimo to brnął dalej. - Coś dziwnego. Nietypowe odgłosy. - Twoje chrapanie było całkowicie typowe. - Mówię o czymś naprawdę dziwnym – Kornel nie ustępował. - Ja też o tym mówię. Nie słyszysz tego dźwięku. Jest naprawdę dziwny. - Może i dziwny, ale typowy. - Daj mi spokój, głowa mi pęka! Kornel wiedział, że rozmowa dobiegła końca. Może to i dobrze. Kolejna kłótnia niczego nie roz-wiązywała. Wyszedł na klatkę schodową. Rozejrzał się wokół nieufnie. Niby wszystko wyglądało tak jak zawsze (cóż może na niej zaskoczyć), coś jednak alarmowało innością. Po chwili wiedział. Na parapecie okna wychodzącego na ślepe podwórze, stała doniczka z rachitycznym pędem pelargonii. Roślina z całych sił walczyła z niesprzyjającymi warunkami, niemal zerowym dostępem światła, skazaniem na ulotną pamięć lokatorów zobligowanych miejscem zamieszkania do dostarczania jej wody. Naprawdę ulotną…A jednak wygrywała, czerwone pęki kwiatów rozkwitały niemal przez cały rok. Kwitły jeszcze wczoraj. Teraz zostały po nich martwe, zbrązowiałe truchła. Tak jakby obwiało je nieoczekiwane, mroźne tchnienie.

Przeczekał starca, damę z pieskiem i harce miejscowych baletmistrzów. Leżał bez ruchu, aż cały zdrętwiał. W końcu usnął. Obudził się wyrwany ze snu koszmarem. Siedział przez chwilę na łóżku nieświadomy miejsca i czasu. Z całych sił próbował sobie przypomnieć senne obrazy, które aż tak bardzo go przeraziły. Nic z tego. Odeszły w zapomnienie tak jak większość nocnych majaków. Powoli odzyskał jaką taką przytomność. Oczy przyzwyczaiły się trochę do ciemności i nie rejestrowały niczego niepokojącego w otoczeniu. Kornel otarł pot z szyi. Zgrzał się niczym w upalną, letnią noc, a przecież była niemal zima. Położył się z powrotem. Nie podobały mu się te nocne ekscesy. Może to objaw jakiejś choroby? Zachichotał bezgłośnie. Tak, nawet domyślał się jakiej. Przewrócił się na brzuch. Tylko w tej pozycji potrafił zasnąć. I chyba udało mu się to na chwilę. Bardzo krótką. Poderwał głowę. Dźwięk wrócił. Zarejestrował go na wpół świadomie. Zesztywniały z napięcia wsłuchiwał się w ciemność. Nigdy w życiu niczego nie starał się rozpoznać z takim skupieniem. Przyśniło mu się? Nie. Usłyszał go znowu. Był trochę inny niż poprzedniej nocy. Nawet zupełnie inny. Nie brzmiał jak szelest, przypominał raczej… skrobanie. Kornel przełknął z trudem ślinę. Rozpoznał dźwięk. Było jeszcze gorzej niż wczoraj. Zdecydowanie gorzej. Ktoś znajdujący się tuż za ścianą przesuwał paznokciami po powierzchni drzwi. Z powolnym rozmysłem, metodycznie i nieśpiesznie. Jakby chciał przedłużyć oczekiwanie na przyjemność, jaką da mu ich wyważenie. Kornel jakoś nie sądził, żeby do tego doszło. Nie wiedział skąd, ale miał pewność, że intruz pragnie by on sam otworzył mu drzwi, by wpuścił go do środka z własnej woli. I równie pewien był, że nie wolno mu tego zrobić za nic w świecie. Przypomniały mu się wszystkie durne opowiastki o wampirach i innych strzygach. Nawet najcichszy dźwięk nasłuchiwany z ogromnym natężeniem staje się nieznośnym hałasem. Mężczyzna wstał. Krok po kroku podszedł do drzwi. Zawsze śmiał się z bohaterów horrorów, którzy w pełni świadomi oczekującego ich koszmaru, bez wahania wkraczali w jego objęcia po skrzypiących schodach nawiedzonych domów. Teraz sam się tak zachowywał, nie wiedząc nawet skąd znalazł w sobie tyle odwagi. Nie na tyle jednak wiele, by wzorem filmowych nieszczęśni-ków zbliżać się ku nieznanemu w pełnych ciemnościach. Namacał włącznik światła na ścianie przedpokoju. Żarówka zabłysła pełnym blaskiem, by po chwili zamrugać, zadrżeć zamierającą jasnością, aż w końcu zaprezentować jedynie czerwonawo filujący drucik żarnika. Światła dawało to niewiele, tyle tylko, by Kornel mógł ujrzeć na brązowej powierzchni drzwi jasne, skrzące się smugi. Ściśle mówiąc - pięć smug. Stanął na wprost nich. Drgnął zaskoczony. Skrobanie urwało się w połowie, jakby obcy przerwał swój proceder zaskoczony tak bliską jego obecnością. Kornel wyciągnął rękę w stronę dziwnych śladów. Cofnął ją zszokowany. Niczym kąsający pies dłoń, zaatakowało ją mroźne tchnienie nadbiegające z powierzchni drzwi. Nerwowo roztarł podrażnioną skórę. Teraz już przygotowany dotknął palcem lśniących zacieków. Spod paznokcia posypały się drobiny…lodu. Ktokolwiek stał po drugiej stronie nie emanował ciepłem. Przez chwilę osłupiały mężczyzna rozcierał w palcach szron. Ogrzany, nie spłynął kroplami wody; wyparował niczym duch. W tym momencie monotonne drapanie powróciło. Kornel cofał się, aż wpadł plecami w komódkę na buty. Wiedział, że nie uśnie już tej nocy. Na pewno nie bez pomocy sprawdzonych środków nasennych.

- Ktoś zniszczył nam drzwi – rzucił ostrożnie w kierunku żony. - Jak to? Gdzie? – Karolina spojrzała na niego z dawno niewidzianą uwagą. – Dopiero teraz mi to mówisz? Idiota… - No przecież nie tu – mruknął obserwując jej nerwowe poczynania. – Od zewnątrz. Niczym bomba wypadła na klatkę schodową. Wróciła po niedługiej chwili. Spojrzenie nadal miała uważne, ale nie było w nim wiele ciepła. - Żarciki z samego rana, co? I to wątpliwej jakości – wściekła zaczęła wkładać płaszcz. – Nic mądrzejszego nie mogłeś wymyśleć? Nie był zdziwiony. W ogóle nie wiedział, dlaczego poruszył ten temat bez sprawdzenia ewentualnych skutków nocnej wizyty. To znaczy…, może nie do końca. Przypuszczał, że bał się ujrzeć materialne potwierdzenie nocnych majaków. Bo to przecież musiały być majaki… Nie zdecydował się na ripostę. Karolina mamrocząc bezustannie w końcu opuściła mieszkanie. Czekał na to z niecierpliwością. Niechętnie wysunął się na klatkę schodową. Na drzwiach, tuż nad klamką, widniało pięć wyraźnych bruzd. Wycieraczka, zwykle nieskazi-telnej czystości, wręcz usiana była maleńkimi wiórkami zdrapanej farby. Nie mogła tego nie widzieć. Kornel przetarł oczy dłonią. Czyżby tak to się miało zacząć? Zamiast albinotycznych gryzoni ślady pazurów i nocne szepty? Z trudem przełknął ślinę. Język miał wysuszony niczym ulice Kairu po przejściu chamsinu. Musiał się napić. I to wcale nie wody…

Ocknął się w fotelu. Zamrugał oczami. Było ciemno, paliła się tylko nocna lampka. Blask słabej żarówki, dodatkowo przytłumiony filtrem pomarańczowego abażuru, wydobywał z mroku niewiele szczegółów. Potrzebował chwili, by zorientować się gdzie jest, ale nawet dłuższy moment nie pozwolił mu przypomnieć sobie jak się tu znalazł. Z pewnością jednak był w domu. Dobre i to. Wstał niepewnie, ale po chwili z niespodziewaną energią rozpoczął stały rytuał. Okulary? Były. Telefon również. Portfel leżał rozbebeszony na podłodze przy fotelu. Zachichotał na widok oca-lałego z szaleństwa bilonu. Jeszcze klucze. Powinny być w kurtce. Wisiała na wieszaku przy drzwiach wejściowych… Kornel spojrzał w kierunku czarnego tunelu przedpokoju. Dobra, klucze mogły poczekać. Wrócił do punktu wyjścia. Na stole stała butelka. Na szczęście połyskiwała w niej jeszcze pokaźna porcja czarodziejskiego eliksiru. Odetchnął z ulgą. Klapnął ciężko na fotel. Nie spodziewał się, że i jego może dotknąć to przekleństwo. Zaczęło się od relaksujących piwnych spotkań z kolegami. Wkrótce ich towarzystwo uznał za zbędne i wyeliminował je z układu. Potem piwo już nie wystarczało, a każde wyjście na miasto rozpoczynał od wizyty w monopolu. Przestał się też kryć i szukać usprawiedliwień. Wszyscy w domu i tak wiedzieli, że istnieje problem. Trudno byłoby go zresztą ukryć. Tak jakoś wyszło… Przełknął spory łyk prosto z butelki. Pomyśleć, że kiedyś ten sposób picia uważał za zarezerwowany dla skończonych meneli. Zarechotał. Okazało się, że dzieląca go od nich ścianka jest cienka niczym aluminiowa folia. Przechylał ponownie butelkę, gdy usłyszał pukanie. Kogo tam niesie? Zahaczył wzrokiem o wyświetlacz zegara. Ładnie. Był środek nocy. Owszem, takie wizyty się zdarzały, ale tylko gdy sąsiadom znudziło się dłuższe śledzenie wymiany zdań nim, a Karoliną. Zdań wypowiadanych w sposób bardzo emocjonalny. Teraz jednak panowała zupełna cisza. Hałaśliwa zwykle małżonka spała jak zabita nie wydając najmniejszych odgłosów; nic dziwnego, na stole leżało otwarte opa-kowanie środków nasennych. Kornelowi zaś udało się jeszcze nie przewrócić żadnego ze sprzę-tów. Nasłuchiwał dłuższą chwilę. Nic…Zdawało mu się chyba. Spróbował wrócić do rozpoczętej czynności. Nic z tego. Znowu usłyszał stukot. Nie był natarczywy, raczej dość subtelny i regularny. Było to pukanie kogoś, komu nigdzie się nie śpieszy i ma pewność, że jego działanie przyniesie oczekiwany skutek. Kornel podniósł się ciężko. Chwiejnie wkroczył na korytarz. - Więcej światła – zarechotał pod nosem. Potem stwierdził, że kontekst klasycznego cytatu nie jest w istniejącej sytuacji specjalnie zabawny. Żarówka syknęła i zgasła. Cholera, jeszcze tego brakowało. Napędzany pijacką odwagą podszedł do drzwi. Zatrzymało go dopiero coś, co zauważył na ich powierzchni. Spróbował wyostrzyć wzrok. Rezultat był problematyczny, ale nie miał wątpliwości, że coś się na nich poruszało. Coś, co nawet w ciemnościach lśniło i…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Gość w dom ... — czytnik · opowiadania