Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 18 min czytania

Gra pozorów||Rozdział I

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

{c:black}{font:arial}{b}Rozdział I - Siedziba {/b}

– Dziękuje Elizabeth, możesz już iść – powiedział pan Benson wyjmując z rąk dziewczyny, grubą, niebieską teczkę – Mam nadzieję, że nie zaglądałaś do środka. – Nie ufasz mi wujku? - spytała drobna, szatynka. Przez chwilę uważnie wpatrywała się w oczy mężczyzny, aż wreszcie machnęła dłonią, dając tym samym znak, że nie oczekuje odpowiedzi. – Wiesz, że nie o to chodzi. Twój ojciec nie lubi gdy, ktoś poza pracownikami firmy, ma wgląd w dokumenty. Arthur dobrze wiedział, że jego bratanica zna zasady panujące w firmie. Mimo wszystko wolał wytłumaczyć dziewczynie, swoją zapobiegliwość. – Wiem – odpowiedziała Elizabeth, cicho wzdychając. – Lepiej już zmykaj – dodał, posyłając jej delikatny uśmiech. – Ale, wujku – zaprotestowała dziewczyna. Skrzyżowała ręce na piersiach i spojrzała prosto w oczy mężczyźnie. W tym momencie Arthur zdał sobie sprawę z podobieństwa Elizabeth do ojca. Jego brat, Jeremy zachowywał się identycznie. Te same gesty i świdrujące spojrzenie, które nie pozwalało pozostać obojętnym na ich prośby. Elizabeth bez wątpienia wdała się w ojca. – Chcę się zobaczyć z ojcem, obiecał mi – powiedziała stanowczo dziewczyna. Mężczyzna przez chwilę milczał. Nie miał pojęcia jak ma przekazać dziewczynie wiadomość. Jej ojciec nie znajdzie dla niej czasu, ani dzisiaj, ani jutro, ani za tydzień. Zaledwie kilka godzin temu, dowiedział się o dwutygodniowym wyjeździe do nowo otwartych laboratoriów w Kopenhadze. Jako właściciel MEDRO – najlepiej prosperującej na rynku firmy, nie mógł odmówić. Łączenie pracy chemika, laboranta, wynalazcy i konstruktora, było trudne, jednak obaj bracia Benson zawsze o tym marzyli. Chcieli pomóc ludzkości, stworzyć nowy świat. Podzielili firmę na sektory. Każdy posiadał oddzielne piętro, za którego drzwiami, kryła się tajemnica. W budynku było dwadzieścia pięter i tyle samo sektorów. W jednym z nich pracowano nad lekarstwami, na nieuleczalne choroby, w kolejnym prowadzono badania, dotyczące bezpośrednio ludzkiej natury. To wszystko było tylko przykrywką, dla tego co działo się w sektorze szesnastym. Z tym łączył się wyjazd, młodszego z braci Benson. – Liza...dzisiaj to nie możliwe. Twój ojciec dostał nagły telefon, za chwilę leci do Kopenhagi – wyjaśnił mężczyzna, kładąc dłoń na ramieniu dziewczyny – Na pewno jest mu przykro – dodał. Arthur zawsze cenił swojego brata. Uważał, że jest niezwykle pracowity i ambitny, a przez to osiągnął znacznie więcej, niż on. Jednak opór Jeremy'ego przekładał się na jego relacje z córką. Poświęcił się pracy, odsuwając od siebie rodzinę. Tego Arthur nie potrafił zrozumieć. Sam nie miał dzieci, dlatego starał się poświęcać dużo czasu swojej bratanicy. Czasami miał wrażenie, że jest bardziej obecny w życiu dziewczyny, niż jej ojciec. Po śmierci Cassandry, Jeremy się załamał. Żal i frustrację, przelał na niczemu nie winną córkę. Elizabeth bardzo przeżyła śmierć matki. Z wesołego dziecka, stała się zamkniętą w sobie nastolatką, jednak nie znienawidziła ojca, a wręcz przeciwnie. Stale zabiegała o jego uwagę. Arthurowi było żal dziewczyny. Wiedział jak wiele znaczą dla Elizabeth spotkania z ojcem, jednak nie potrafił wpłynąć na decyzję brata. Nie miał takiego przebicia. – Jest mu przykro – warknęła szatynka – Jest mu przykro? - powtórzyła głośniej, aby po chwili wybuchnąć gwałtownym śmiechem. – Elizabeth… - powiedział mężczyzna, chcąc uspokoić dziewczynę. – Wujku, ty nic nie rozumiesz! - krzyknęła, a wyraz jej twarz uległ zmianie – Dla ojca nie liczy się nic poza pieprzonymi badaniami. Ten wasz sektor szesnasty! Od dwóch lat nie interesuje go nic oprócz tego eksperymentu – warknęła – Wiesz kiedy był ze mną ostatnio w kinie, albo na spacerze? - spytała, a jej głos nieco złagodniał. Arthur pokręcił głową. Był dorosły, jednak nie miał pojęcia, jak ma się zachować w tej sytuacji. – Właśnie… trzy lata temu – wyjąkała dziewczyna, próbując powstrzymać drżenie głosu – Trzy lata! - krzyknęła – Przekaż mu, że nie ma już córki – dodała odwracając się. Mężczyzna stał w miejscu. Patrzył na oddalającą się sylwetkę bratanicy, nie mogąc wydusić nawet słowa. Nie zrobił nic złego, a czuł się jakby to była jego wina. Dlaczego nie miał wpływu na własnego brata? Dlaczego pozwalałby ten ranił tak własną córkę? W tym momencie Arthur zdał sobie sprawę, że tak dłużej być nie może. Gdy Jeremy wróci z wyjazdu, musi z nim poważnie porozmawiać. Jeśli brat nie zmieni swojego postępowania, straci córkę. Tym razem na zawsze. Elizabeth szybkim krokiem opuściła wieżowiec. Nie odpowiedziała nawet na pożegnanie recepcjonistki, co zazwyczaj robiła. Korzystając z tego, że światło zmieniło się na zielone, przeszła na drugą stronę ulicy. W oknie salonu samochodowego, znajdującego się naprzeciwko wieżowca, który chwilę wcześniej opuściła, dostrzegła plakat. „Firma MEDRO zaprasza studentów, na dzień otwarty.” Dziewczyna prychnęła i pokręciła głową. Dla obcych osób ojciec miał czas. Właściwie miał czas dla wszystkich tylko nie dla niej. Naciągnęła kaptur na głowę. Niebo się zachmurzyło. Zaczął padać deszcz. Mimo tego, Elizabeth nie zamierzała wracać do domu. Nienawidziła angielskiej pogody. Nigdy nie wiedziała co ma na siebie włożyć. Zmienność pogody, nigdy nie wpływała korzystnie na jej samopoczucie. Nie lubiła deszczu. Zawsze miała wrażenie, że niebo płacze, a ona miała ochotę płakać, razem z nim. Ponura aura, sprzyjała rozmyślaniom, a im bardziej dziewczyna zatracała się we wspomnieniach, tym trudniej było jej powrócić do rzeczywistości. Jednego była pewna – nigdy nie polubi Londynu. Szarego, ponurego, obcego miasta, do którego Elizabeth nie była w stanie się przekonać. Obwiniała je za utratę ojca. Gdy mieszkali w Averie, wszystko było inaczej. Averie to małe miasteczko, oddalone od Londynu o, około sześćdziesiąt kilometrów. Zamieszkiwane zalewie przez, nieco ponad dwa tysiące mieszkańców. W skład miasteczka wchodziło kilkanaście ulic, kilkadziesiąt domów, pięć sklepów i duża ilość lasów. Centralnym punktem miasta, był park, obok którego przebiegała linia kolejowa. Elizabeth doskonale pamiętała owy park. Zawsze w niedzielę, razem z ojcem chodzili tam, wylegując się na trawie, tuż przy stawie. Wtedy jeszcze ojciec, miał dla niej czas. Dziewczyna pokręciła głową, starając się odgonić, przykre wspomnienia. Czasami zastanawiała się na tym, jak wyglądałoby jej życie, gdyby ojciec nie zapragnął przeprowadzki. Może wszystko byłoby po staremu? Jej ojciec i wujek, od zawsze dużo pracowali. Zawsze przynosili dokumenty do domu, stale coś poprawiając. Elizabeth nie jednokrotnie widziała ojca, pracującego do późnych godzin nocnych. Czasami chodził zamyślony, zmęczony, jednak dla niej zawsze potrafił wygospodarować chwilę. Ich relacje uległy zmianie, po śmierci matki dziewczyny. Cassandra zginęła w wypadku, gdy Elizabeth miała sześć lat. Od tamtej pory, zachowanie ojca zmieniło się diametralnie. Zaczął się od niej odsuwać. Od wypadku minęło już dwanaście lat, a Elizabeth czuła się tak jakby, to wydarzenie, miało miejsce zaledwie kilka dni temu. Wujek Arthur kiedyś powiedział, że Jeremy nadal nie uporał się ze stratą, Cassandry. Elizabeth rozumiała ojca. Dla niej strata matki, również była ogromnym szokiem. Z upływem lat, coraz bardziej zdawała sobie sprawę z tego jak bardzo brakuje jej matki. Zachowanie ojca, w żaden sposób jej nie pomagało. Gdy próbowała dowiedzieć się czegoś na temat mamy, ojciec zbywał ją półsłówkami. Z domu zniknęły fotografie kobiety i wszelkie drobiazgi, które do niej należały. Nie było niczego, co mogło potwierdzić, że ktoś taki, jak Cassandra Benson, kiedykolwiek istniał. Elizabeth było ciężko się z tym pogodzić. Gdy matka zmarła, była dzieckiem. Obraz kobiety, zachowany we wspomnieniach, zaczął blaknąć. Bała się, że z czasem, całkiem zniknie. Dlatego bolało ją, że ojciec nie chce jej pomóc w zachowaniu wspomnień. Elizabeth przystanęła pod sklepem. Przez chwilę wahała się czy wejść do środka. Ostatecznie popchnęła drzwi i ruszyła wprost do kasy. Przystanęła przy ladzie, skupiając wzrok na półce, gdzie znajdowały się alkohole. Po krótkich oględzinach, zdecydowała się na zakup, zwykłej wódki. Ekspedientka poprosiła ją o dowód. Dziewczyna prychnęła i nieco zbyt, orientacyjnie pokazała jej dokument. Zapłaciła i opuściła, mały, osiedlowy sklep, chowając zakup w torebce. Chciała się napić, jednak nie wszyscy musieli o tym wiedzieć. Wolnym krokiem ruszyła w stronę swojego, ulubionego miejsca. Mimo nienawiści do Londynu, dało się tutaj znaleźć, coś interesującego. Skręciła w boczną uliczkę, później w kolejną, aż wreszcie, dotarła nad małą rzeczkę. Zeszła w dół, po kamiennych schodach. Znalazła się tuż przy brzegu. Wolnym krokiem, ruszyła w stronę małego pomostu. Był stary. Deski zaczynały próchnieć, a balustrady, które go podtrzymywały, już dawno zaszły rdzą. Elizabeth przychodziła tu dość często. Była przyzwyczajona do złowrogiego skrzypienia, które wydawały deski, gdy tylko zrobiło się krok. Tak było i tym

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Gra pozorów||Rozdział I — czytnik · opowiadania