Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 30 min czytania

Gra zwana życiem

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Była ciemna i burzliwa noc... nie, w zasadzie zapadł dopiero wczesny wieczór; do burzy też było daleko, choć deszcz, owszem, padał. Quentin Farell już cieszył się jednak na nadchodzącą noc. Tego dnia pogodzili się z Marthą. Romans z młodszym chłopakiem, o który ją podejrzewał, okazał się całkowitą bzdurą, i rozmawiali z sobą znów jak za najlepszych czasów. Po kilku dniach kłótni, umówili się na kolację do „ich” restauracji. Dzieciaki odesłali do rodziców. Będą mogli sami spędzić noc w domu na kalifornijskiej plaży. Jechał więc teraz do restauracji, całkiem szybko, z radością obserwując wieczorne światła miasta, latarnie przemykające za oknami i deszcz bębniący o przednią szybę. „Mam cholerne szczęście”, myślał sobie. „Wygrałem los na loterii”. Ile setek ludzi nie mogło powiedzieć o sobie, że ma to, co on? Ilu przegrało grę zwaną życiem? Myślał o nich z przykrością, ale przede wszystkim myślał o Marcie, o jej ciemno-złotych włosach i cudnych błękitnych oczach... I o wszystkim, co w niej ubóstwiał, i o tym, za czym nie przepadał. Kwadrans wcześniej skończył rozmawiać z żoną. Pożegnała się jakoś tak bardziej czule niż zwykle. Jak to mówią: kochaj tak, jakby każdy twój dzień miał być ostatnim... To dawało wspaniałe nadzieje na przyszłość. Quentin Farell z radością docisnął odrobinę pedał gazu. W tym samym momencie zobaczył jasne światła zbliżające się z naprzeciwka. Olbrzymia ciężarówka. Skąd się wzięła? Przysiągłby, że przed sekundą jej tam nie było. Wcisnął hamulec zbyt późno, a mokra od deszczu droga była o wiele za śliska. Zaś kierowca ciężarówki wogóle chyba nie myślał o takich detalach. Jego pojazd sunął do przodu bezlitośnie jak siła natury, ogromny ciemny kształt, światła jak ślepia jakiejś bestii. Quentin Farell zdążył jeszcze raz pomyśleć o oczach ukochanej Marthy, prawie usłyszał jej głos. Potem, okropny huk zderzających się bardzo szybko samochodów całkowicie go ogłuszył; potem oślepił go jasny błysk, a potem zapanowała ciemność.

- A więc tak to właśnie wygląda - powiedział sobie na głos - Nie żyję. Wyglądało dokładnie tak, jak to sobie wyobrażał. Tunel był ciemny, trochę podobny do wnętrza rury, a daleko, na końcu widać było jasne światło. Nie widział własnego ciała, nic oprócz ciemności wokół i tego światełka w oddali. Quentin czuł dziwny spokój, jak na tę sytuację. W czasie zderzenia nie zdążył poczuć ani bólu, ani strachu. Wyjątkowo szybka śmierć. A zatem stało się. Nie żył. I co dalej? Podobno trzeba było podążać w stronę światła... ale światło samo się zbliżało. Poczuł coś na kształt radosnego podniecenia, choć przede wszystkim wciąż czuł wielki spokój. Światło zbliżało się z dość dużą szybkością, po chwili można było rozpoznać, że w rzeczywistości pochodzi ono od ogromnego, świetlistego napisu – z tej odległości litery zlewały się w jedno, ale po kolejnej chwili dało się już je rozróżnić. W ten właśnie napis Quentin Farell mknął coraz szybciej głową naprzód. Napis głosił: GAME OVER. Litery rosły, ogromniały, wypełniały już całe niebo. Jeszcze sekunda i Farell runał głową w sam środek napisu, w róg świetlistego V. Światło pochłonęło go, wszystko wokół zrobiło się białe. Wtedy usłyszał głos. Głos był damski, miły dla ucha. Przemawiał z ciepłą łagodnością: - Nastąpiło opuszczenie przestrzeni gry. Przygotuj się do odłączenia od cyberprzestrzeni. Powtarzam: nastąpiło opuszczenie... Słowa były dziwne, ale Farell nie zwracał na to uwagi, bo ogarniający go spokój był coraz większy, zmienił się wręcz w błogość. Tak właśnie zawsze sobie to wyobrażał. Było mu dobrze i spokojnie... teraz zapewne spotka swoich nieżyjących bliskich, a potem zobaczy Boga. Najpierw zapewne Chrystusa, Matkę Boską i kogoś tam jeszcze... to w końcu nie takie ważne. Jedyne, co w tej miłej chwili go martwiło, to że żona i dzieci będą się martwić, rozpaczać... Gdyby tak można było się z nimi zobaczyć... Tymczasem zobaczył, że otaczająca go całkowita biel tak naprawdę jest przytłumionymi światłami. Miał wrażenie ze widział je cały czas, już wcześniej, ale nagle jakaś półprzejrzysta, ciemna zasłona została zdjęta z jego oczu. O czymś takim też słyszał... świat jako materialna przeszkoda, przeszkadzająca dojrzeć Boga... Zobaczył też, że leży w czymś ciepłym i miękkim. Coś chłodnego dotykało go w skronie i kark, coś innego jakby wysuwało się z jego ciała: z pgrzbietu, nadgarstków, krocza... Dziwne wrażenie, ale wciąż czuł się błogo. Jakieś postacie w bieli – anioły? – pomagały mu wstać z legowiska. Słyszał przez mgłę ich ciepłe głosy, identyczne z tym który słyszał na początku. - Objawy syndromu odłączeniowego... Powtarzam, wyraźne objawy syndromu... Pomieszczenie reimersji... powtarzam... Stan błogości wciąż trwał i Quentin Farell spędził następne minuty jakby w półśnie. Postacie w bieli gdzieś go prowadziły, widział pogrążone w półmroku korytarze, zdawało mu się że dostrzega całe rzędy ludzi leżących w legowiskach identycznych z tym, z którego wstał. „To pewnie inni zmarli” – pomyślał... W końcu, jakby budząc się z krótkiej drzemki, stwierdził że znalazł się w zacisznym pokoju o jasnych ścianach. Siedział w bardzo miękkim fotelu, pod ręką miał szklankę i dziwnego kształtu butelki z wodą. Wokół snuła się spokojna muzyka, syntezatorowa… „Chóry anielskie” – poprawił się w myśli. Sam nie wiedział, kiedy zauważył że w pokoju wraz z nim jest jakiś człowiek. Wysoki, bardzo przystojny, ubrany oczywiście na biało. Uśmiechnięty. - Dzień dobry - powiedział. Jego głos, choć męski, w dziwaczny sposób przypominał damski głos który słychać było wcześniej - Zanim przejdziemy dalej, prawo nakazuje mi uprzedzić pana, że znajduje się pan pod wpływem środków uspokajających i przeciwpsychotycznych, wstrzykniętych panu w momencie wyjścia z gry. Było to konieczne dla pana bezpieczeństwa. Zgodę na to podpisał pan przed rozpoczęciem gry, ale spodziewam się że pan tego nie pamięta. - Pan jest Świętym Piotrem? Czy jakimś aniołem? - spytał Farell, tylko pobieżnie rozumiejąc usłyszane zdania. - Zawsze to samo... - człowiek potrząsnął głową z uśmiechem - Jeśli chodzi o imię, w zasadzie go nie posiadam, ale na użytek graczy mam nazwę kodową; Samael-6. Może mi pan mówić: Sam. Jestem jednym z aspektów Mistrza Gry. - Mistrz... dobre i to, niech będzie - zgodził się Farell. Całkiem dobre imię dla Boga - Wiem, że właśnie zginąłem, hmm, tego... nie śmiem się kłócić z tą decyzją, ale... ale moja żona i dzieci, na pewno będą rozpaczać, jeśli mógłbym jakoś... urwał, widząc że facet nazywający siebie aspektem Mistrza wyraźnie chce coś powiedzieć. - Zdaję sobie sprawę, że będzie to dla pana niezrozumiałe, a zapewne też szokujące... Najlepiej jednak przejdziemy od razu do rzeczy. Jak rozumiem, uważa pan że... proszę poczekać, dostęp do danych... - facet przez chwilę dotknął czoła - ...uważa pan, że nazywa się Quentin Farell i żyje w roku 2010. - Tak. A w każdym razie żyłem... - wzdrygnął się na wspomnienie huku. Błogość powoli mijała. - Trafna uwaga. A więc, w istocie mamy rok 2126, a pan nie nazywa się Farell... - Może jestem martwy, ale wiem, jak się nazywam - rozgniewał się jego rozmówca - Po co ta idiotyczna rozmowa? Chcę zobaczyć żonę i dzieci. - ...Nazywa się pan Quan Fun, numer ID: 101190602422. Urodził się pan w roku 2090 w Nowym Stalingradzie. Lat 36, samotny, niedopuszczony do rozmnażania ze względu na niską jakość genetyczną. Od siedmiu lat był pan aktywnym użytkownikiem naszej gry Tellus Vintage. - Chcę zobaczyć żonę i dzieci - powtórzył uparcie, choć już mniej pewnym głosem. Szalone słowa poruszały jakieś odległe wspomnienia w jego umyśle. - Dzieci nie zobaczy pan poza grą. Pański syn i córka nie istnieją w sensie fizycznym. Typowe moduły z częściowo niezależną sztuczną inteligencją. - A Martha?... - To co innego. Pańską żoną był inny gracz, prawo pozwala nawet podać panu jego personalia. Huyang Mołotow, 122letni użytkownik, numer zastrzeżony. W grze utrzymywał stosunki, jak pan chyba wie, głównie z młodymi mężczyznami. Farell parsknął śmiechem. To musiała być jakaś próba charakteru… może zamiast do nieba trafił najpierw do czyśćca? Ale przed oczami zaczynały mu migać jakieś ponure obrazy. Spojrzał na idealną twarz rozmówcy i nagle wydała mu się sztuczna, podobna bardziej do manekina niż anioła. - Odczyty wskazują, że derealizacja ustępuje, to świetnie. Stopniowo wróci też pamięć. Teraz należy się obawiać szoku, ale dzięki lekarstwom jakoś pan to zniesie. Widzi pan, życie na Ziemi z przełomu XX i XXI wieku, które pan pamięta, było tylko grą w cyberprzestrzeni. - Cyber… - powtórzył z trudnością Farell. - Wirtualnej rzeczywistości, jeśli pan woli. Ogół wciąż stosuje te tradycyjne terminy, choć powinniśmy w zasadzie mówić o w pełni imersywnej interaktywnej rzeczywistości symulowanej na poziomie neuralnym. „Cyberprzestrzeń” oznacza zaś w tym przypadku przestrzenie gry z udziałem wielu użytkowników. Pan brał udział w jednym z niezliczonych symulowanych światów systemu Tellus Vintage, czyli „normalne życie na dawnej Ziemi”, w jednym z wielu perfekcyjnie odtworzonych epok historycznych. Konkretnie świat nr 1024, przedział historyczny 20d, lata 1980-2012. - Jeżeli natychmiast nie skończy pan z tymi bzdurami... - dłuższa chwila minęła, zanim Farell przestał atakować rozmówce i zaczął docierać do niego sens usłyszanych słów. Z jego wspomnień wypływały czasem słyszane wyrazy: „cyberprzestrzeń”, „MMORPG”, „wirtualne życie”... Wyrazy kojarzyły mu się z komputerowymi zabawami dla dzieci lub ludzi pozbawionych życia prywatnego. Ale napływały też inne wspomnienia, nierealne, niepokojące... - Chce mi pan wmówić, że byłem podłączony do jakiegoś pieprzonego Matrixa? - zakończył pytaniem. - Matrix?... Proszę poczekać, dostęp do danych... tak jest, rozumiem. Zobacz również: Jean Baudrillard, Phillip K.Dick, Stanisław Lem, solipsyzm, gnostycyzm. Proszę wybaczyć, ale w tej samej chwili moje egzemplarze od 1 do 5 rozmawiają z innymi użytkownikami. A więc, krótko mówiąc, tak. Życie, które prowadził pan przez ostatnie siedem lat na Ziemi w dawnej epoce to tylko symulacja, interakcje z innymi graczami i modułami w sztucznym świecie. Przez cały ten czas leżał pan w jednej z naszych masowych gralni podłączony do odpowiednich systemów wspomagających i stymulujących czynności życiowe. Fałszywe wspomnienia, które pan wytworzył w sobie w trakcie tej gry, zastąpiły prawdziwe i cierpi pan teraz na tak zwany syndrom odłączeniowy i jedną z odmian po-wirtualnej dysocjacji osobowości. Na szczęście jednak po zakończeniu gry ma pan szansę wrócić do życia w realnym świecie. - Ale... ale dlaczego ta... gra się skończyła? Dlaczego zginąłem? - To chyba jasne? Skończyły się panu pieniądze. Farell znów parsknął. Nie, to była jednak próba, jakaś kara w czyśćcu. Te demony dokuczały mu słownie, chciały go ukarać za jakieś grzechy... Żona też często wyrzucała mu rozrzutność... Za to, że rzucał petardami w manifestacjach przeciw prezydentowi G. W. Bushowi, będzie pewnie smoła i ogień piekielny. W głębi serca jednak Quentin Farell... Quan Fun... zaczynał bać się, że sztucznie wyglądający człowiek mówi prawdę. Zdjął go śmiertelny strach... Czy można bać się śmiertelnie po śmierci? - Gra w pełni imersywna kosztuje 10.96 kredytów tygodniowo. Pana konto bankowe jest wyczyszczone do zera, wyczerpał pan zasób środków po dokładnie 2686 dniach ciągłej imersji. Bardzo wielu użytkowników decyduje się na pełną imersję, chce spędzać absolutnie cały swój czas w sztucznym świecie. Pan należał do tej grupy. Proszę... - aspekt Mistrza pokazał mu ekran, który nie wiadomo skąd się pojawił. Były tam zdjęcia dokumentów podpisanych jego, Farella, charakterem pisma. Nazwisko w podpisie brzmiało „Quan Fun”. - Oto pana podanie o pełną imersję w maksymalnym wymiarze czasowym, decyzja o nieodłączaniu nawet w razie zagrożenia zdrowia lub życia, i umowa zwalniająca nas od wszelkiej odpowiedzialności w razie takich zagrożeń - informował aspekt Sam, szczególnie podkreślając ostatnie zdanie - Pomimo to, polityka naszej firmy nakazuje nam szczególną dbałość o klienta w trakcie odłączenia, które dla wielu graczy jest nieprzyjemne, szokujące lub nawet tragiczne. - Tragiczne... tak... - Quan Fun zakrył oczy - To jakieś szaleństwo. Wolałbym już być w niebie... Albo i piekle. Ale to... - Jeśli o to idzie, to owszem, światy typu Tellus Afterlife są dostępne jako część wszelkich gier, najczęściej część końcowa w osobnych pakietach. Nieba, piekła, Valhalle, Pola Elizejskie, do wyboru i do koloru. Okrojone wersje są też oferowane w programach eutanatycznych, nawet tych opłacanych z funduszu socjalnego. Ale pana żadna z tych możliwości nie dotyczy - na eutanazję z socjalu jest pan o wiele za młody i zdrowy, a na kontynuację jako Afterlife ani na jakąkolwiek inną nie ma pan już kredytów, gdyż jest pan po prostu spłu-ka-ny - zakończył dobitnie aspekt Mistrza. - Szaleństwo - oświadczył kategorycznie Quan Fun - Nie wierzę w to. Ani w jedno słowo. - Nikt nie wierzy, że jest spłukany - Sam pokiwał współczująco głową - Po zakończeniu gry może pan spędzić jeszcze do godziny w pokoju wypoczynkowym. Gwarantuje to panu umowa, tak jak niniejszą rozmowę ze mną. Ponieważ jednak wszystko już panu wyjaśniłem, a w kolejce czeka już następny gracz, muszę pana prosić o opuszczenie pokoju reimersji... - A proszę bardzo - Quan Fun pojął, że nie tylko nie zobaczy żony, ale że zaraz wyrzucą go z tego dziwacznego powitalnego pokoju zaświatów. Które może i rzeczywiście nie były zaświatami, bo po pierwotnym spokoju nic już nie pozostało - Proszę bardzo! Nadal nie wierzę, ale już wiem że mam w dupie i pana, i całą waszą firmę ! Aspekt wyglądał na lekko urażonego, ale uśmiech nie schodził mu z twarzy. - I tak ma pan dużo szczęścia. Nasza firma zawsze stosuje realistyczne zakończenie gry, w formie „śmierci” – losowo wybranej, zawsze logicznie dopasowanej do przeżywanego scenariusza. Wiele tańszych rozgrywek oferowanych przez konkurencję nie stosuje takich środków bezpieczeństwa. Proszę sobie wyobrazić, że w swoim „zwykłym życiu”, w środku odpoczynku, a może nawet rozkoszy, nagle i bez ostrzeżenia budzi się pan w kapsule... Nie mówiąc o zapewnionych przez nas zabezpieczeniach w postaci leków, odpoczynku i pokoju reimersji takiego jak ten... Quan Fun nie chciał już niczego sobie wyobrażać. Wstał wściekły i ruszył do drzwi, aby nimi trzasnąć. Lek uspokajający osłabił go, więc klapnął na tyłek. A drzwi i tak były rozsuwane.

Umundurowani na szaro strażnicy odprowadzili Quan Funa do jego kabiny, to znaczy mieszkania w gigantycznym bloku, podobnym do ula. Przydzielono mu je z puli socjalnej jako świeżo odłączonej ofierze szoku po-wirtualnego. Kabina była nad wyraz malutka. Spało się na wąskiej pryczy pod sufitem. Miniaturowa lodówka była pusta, do jedzenia były tylko okropnie twarde suchary i jakaś kleista, podobna w smaku do mokrego papieru breja dostarczana grubą rurą, niby z wodociagu. Woda też była, z wyglądu…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Gra zwana życiem — czytnik · opowiadania