Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Akcja · 26 min czytania

Gracz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

SZACHISTA Jolanta, Olga i Żorż istnieli naprawdę, ich dom również. Nie wiem jednak, czy Żorż grywał w szachy. Natomiast cała reszta tylko mogła się zdarzyć.

Otoczona starymi wierzbami droga biegła brzegiem wąskiej rzeczki i po kilkuset metrach skręciła ostro w prawo. Zatrzymał samochód przed wjazdem do starego parku. W światłach reflektorów zobaczył zrujnowaną bramę i pień – sądząc z rozmiarów – jakiegoś dużego drzewa. - To chyba tutaj – pomyślał. Ruszył wąską alejką, wjechał na zaniedbany, zarośnięty trawą gazon i znalazł się przed starym dworem. Budynek składał się z dwóch, jakby nie do końca dopasowanych części. Wschodnia, piętrowa, najwyraźniej mieszkalna, miała mury porośnięte dzikim winem. Zachodnia, parterowa robiła wrażenie gospodarczej. Uwagę zwracały wspierające wejściowe drzwi, dwie drewniane, jaskrawoczerwone kolumny. Przyjazd samochodu został zauważony gdyż w półowalnym okienku nad wejściem zaświeciło się światło. Drzwi uchyliły się i na zewnątrz wyszła ludzka postać z parasolem i ręczną latarką. Zgasił reflektory i przez uchylone okno spytał: - Przepraszam, szukam domu pana Deco. Czy trafiłem ? - Qui, qui monsier – usłyszał odpowiedź po francusku.- To pan Zbigniew, nieprawdaż ? Dobry wieczór, witam serdecznie, bardzo proszę do środka. Ostatnie zdania zostały wypowiedziane już po polsku, lecz z wyraźnym francuskim akcentem. Kobieta była średniego wzrostu, szczupła, mogła dobiegać sześćdziesiątki. Zwrócił uwagę, że mimo lat ma prostą sylwetkę i porusza się sprężyście. Ubrana była w wąskie spodnie i luźny, szary sweter z szerokim golfem. - Och, Żorż serdecznie ucieszy się pańskim przyjazdem i będzie niezwykle wdzięczny, że przyjął pan jego zaproszenie – powiedziała, gdy tylko weszli do salonu. - Pan usiądzie, a ja zaraz przygotuję kolację. Pan z pewnością jest zmęczony i głodny. Proszę się o nic nie martwić, wszystko jest przygotowane i zaraz pokażę pokój. Pan wybaczy, że go zostawię na chwilę samego. Mówiąc uśmiechnęła się smutno, jakby dając do zrozumienia, że i ona i ten dom pamiętają inne, lepsze czasy. Salon był sporych rozmiarów i żyrandol, zawieszony pod nie malowanym od dawna sufitem, nie zapewniał odpowiedniego oświetlenia. We wnętrzu panował prawie półmrok. Zbigniew dostrzegł wiszące na ścianach sporych rozmiarów portrety. W słabym oświetleniu widział białka oczu, które zdawały się patrzeć na niego, intruza. Pośrodku stał duży, stary fortepian. Podniósł klapę i lekko uderzył kilka klawiszy. Instrument wydał dźwięk głęboki i soczysty. - Nastrojony – stwierdził z uznaniem. Skrzypnęły drzwi i weszła gospodyni z herbatą. - O widzę, że pan ogląda. To bardzo dobrze. Zaraz wszystko pokażę. Postawiła tacę na stole i podprowadziła Zbigniewa pod obraz przedstawiający starszego, siwego mężczyznę, trzymającego w ręku półotwartą gazetę. W tle widać było skrawek nieba z sylwetkami samolotów. - To jest stryjeczny brat mojego ojca. Oni mieli majątek niedaleko stąd, we Wzdowie, a stryj zajmował się samolotami. Ludzie wtedy jeszcze tego nie znali. Był nawet na wystawie, w Paryżu. - A ten ? – spytał wskazując pokazując postać mężczyzny w szlacheckim kontuszu i szablą u boku. Z trudem odczytał częściowo zatarty napis „........obrońca wschodnich kresów ojczyzny”. - Och! To jest długa historia. Opowiem panu innym razem, a teraz pijmy herbatę. - Uciekaj Puzi ! – psyknęła na kota, który wylegiwał się na krześle, z nadprutym siedzeniem, z którego wychodziły pasma włosia. Zbigniew łatwo rozpoznał autentycznego „ludwika”. - Pan wybaczy, że mąż nie zejdzie i będziemy jedli sami, ale on ma już dziewięćdziesiąt lat i śpi o tej porze. Pozna go pan jutro, przy śniadaniu i ja myślę, że to będzie dobry moment – powiedziała nalewając herbatę. Dziewięćdziesiąt lat? – Zbigniew był zaskoczony. Przyjechał, bo przez znajomych dowiedział się, że jest tu jakiś szachista z Paryża, który napala się, żeby zagrać o parę złotych, ale nie było mowy o jakimś prawie stuletnim staruszku, z pewnością głuchym i ślepym! Dotychczas jeszcze nic nie wiedział o swoim przeciwniku. Próbował coś ustalić, ale daremnie. Nazwisko Deco w szachowym światku nie było znane. Nikt nie umiał mu nic na jego temat powiedzieć. Nie znalazł również niczego w szachowej literaturze z ostatnich paru lat. Był więc przekonany, że ma do czynienia z jakimś nadzianym amatorem. Czyżby zaszło jakieś nieporozumienie ? Uprzejmą gospodynię dotąd uważał za matkę lub ciotkę swego przeciwnika, ale przez myśl mu nie przeszło, że ma do czynienia z jego żoną. - Przepraszam, a czy Pani mąż gra od dawna ? – spytał ostrożnie. - Och! Odkąd go znam. To jego prawdziwa pasja. Na pewno nie sprawi zawodu. Czy pan wie, z kim grał w ubiegłym roku. Z samym „S....” . Ten pan bawił u nas przez cały tydzień i Zorż był wniebowzięty – powiedziała z przejęciem. Zbigniew znał „S” . Wiedział, że jest dobry i że grywa o pieniądze. Fakt, że „S” gościł w tym domu, rzucał na sprawę nowe światło. - A może pani zdradzić, kto wygrał ? – spytał, jakby mimochodem. W tym momencie gospodyni spoważniała i patrząc Zbigniewowi prosto w oczy wolno i wyraźnie powiedziała: - Żorż. Muszę panu powiedzieć, że on zawsze wygrywa. Czy pan jest na to przygotowany? - Przygotowany! – żachnął się Zbigniew. Prawdę mówiąc, w tym momencie nie wiedział co ma o tym wszystkim sądzić, ale odpowiedział spokojnie: - Jestem i myślę, że pani mąż również. - To dobrze, to bardzo dobrze. Nie chcę, żeby Pan nas niemile wspominał - powiedziała z ulgą.

Wstał wcześniej niż zwykle i wyszedł przed dom. Deszczowe chmury, które w nocy przykrywały niebo, znikły bez śladu i nastał cudowny, pogodny poranek. Wokół domu było pełno półdzikich, błyszczących kroplami nocnego deszczu, kwiatów. W głębi parku dostrzegł sylwetkę. Ktoś wolno zmierzał w jego stronę. Patrzył wprost pod ostro świecące słońce i dopiero z bliska rozpoznał mężczyznę, ubranego w jasne, podkasane spodnie, luźny sweter i słomkowy kapelusz na głowie, który na dodatek był boso. - Bon jour, monsieur – powiedział podchodząc do Zbigniewa i wyciągnął rękę na powitanie. - Ja jestem Żorż – dodał po polsku. A pan jest Zbigniew, nieprawdaż ? - Przepraszam, że ja bez butów, ale uwielbiam tak spacerować po mokrej trawie. W Paryżu tego nie ma – zaczął się tłumaczyć, widząc, że Zbigniew z zaciekawieniem patrzy na jego gołe stopy i podkasane spodnie. – Ja tak lubię codziennie, a najlepiej wrzesień albo październik jak już jest taka zimna rosa. Monsieur Deco okazał się żwawym, niskim, niezbyt otyłym mężczyzną. Miał bystre, przenikliwe spojrzenie i zdawał się nie dosłyszeć, gdyż w trakcie rozmowy wpatrywał się w usta rozmówcy i odpowiadał z małym opóźnieniem. Było to jednak powodowane nie głuchotą lecz niezupełnie biegłym opanowaniem polskiego języka. W podkasanych spodniach, słomkowym kapeluszu i boso Żorż Deco nie wyglądał na więcej niż siedemdziesiąt lat. Zbigniew chciał zagadnąć o cel swojego przyjazdu, ale Żorż natychmiast przerwał. - Teraz ani słowa, pan przyjechał wczoraj, zmęczony, trzeba odpocząć. Na wszystko jest czas i teraz idziemy na śniadanie. Pan na pewno głodny, a ja też. W kuchni natknęli się na starszą, tęgawą kobietę, obraną w granatową spódnicę i luźną bluzę, podobnego koloru, która przy stole szatkowała jarzyny na sałatkę. - To jest nasz gość, Zbigniew, a to Olga, siostra mojej żony - Żorż dokonał prezentacji. - Parlevou francaise? Sprechen si deutsch? Do You speak Englisch ? – nie przerywając pracy niewiasta wystrzeliła w kierunku Zbigniewa serię pytań, których celem niewątpliwie miał być jego natychmiastowy, intelektualny nokaut. - English, Deutsch, ja, trochę – odpowiedział spokojnie. Z zaciekawieniem spostrzegł na jej palcach kilka zdobionych kamieniami, złotych pierścieni, które kontrastowały z szorstkim, mocnym uściskiem podanej na powitanie, nie wątliwie spracowanej ręki..

Po śniadaniu Zbigniew skorzystał z okazji i pod pozorem zwiedzenia okolicy pojechał do Rymanowa. Odnalazł budkę i zatelefonował do Krakowa. - Mam prośbę – powiedział do słuchawki, nie przedstawiając się swojemu rozmówcy. – Spróbuj ustalić, czy S. w ubiegłym roku grał z niejakim Żorżem Deco w Ladzinie. Tak, w Ladzinie..... To taka wioska koła Rymanowa, ze starym dworem. Tylko załatw mi to koniecznie dzisiaj....... Nie, nie mam telefonu. Sam zadzwonię do ciebie, o drugiej.... Pilne i naprawdę ważne...... Miał kilka godzin czasu. Włóczył się bez celu po miasteczku, posiedział w małej lodziarni przy rynku, nawet zwiedził zabytkowy kościół. W końcu, zniecierpliwiony, jeszcze przed czternastą ponownie zatelefonował do Krakowa. - Stary – usłyszał w słuchawce podekscytowany głos – jak S. usłyszał o tym Ladzinie, to o mało co szlag by go trafił. Nie chciał w ogóle rozmawiać, tylko strzelił słuchawką. Nie mam pojęcia, co go ugryzło, nie dało się z niego nic wyciągnąć.. Trzeba ci coś więcej ? - Nie, nie. To wszystko. Dziękuję. Wsiadł do samochodu i ruszył w powrotna drogę.

Zaledwie zatrzymał samochód, gdy przed dom wyszedł Żorż. Miał na sobie poplamiony fartuch, w ręce trzymał duży kuchenny nóż. - W samą porę przyjechałeś - powiedział, przechodząc na ty. - Akurat kończę robić obiad. Gotowanie wymaga doświadczenia i talentu. Kobiety stanowczo do tego się nie nadają. To jest prawdziwie męskie zajęcie – objaśniał z dumą, prowadząc Zbigniewa do kuchni. - Wymyśliłem kilka potraw, może niektóre jeszcze poznasz, a dzisiaj zapraszam na schab w jarzynach ze śliwkami – dodał siadając przy kuchennym stole. Stół zastawiony był mnóstwem różnych rondli i patelni, które zawierały już częściowo przygotowane składniki. Były tam pocięte na plasterki pomidory, żółta i zielona papryka, pęczki szczypioru, naci selera, pietruszki i jeszcze jakieś inne warzywa. - Wiesz – mówił Żorż – ja w życiu dwa razy przeszedłem prawdziwy głód i zawsze wtedy mówiłem sobie, że jak bym tylko miał co zjeść, to już bym był szczęśliwy. To mnie dużo nauczyło. Sięgnął po pocięte pomidory i wsypał je do naczynia z rozgrzaną oliwą. Dosypał pozostałe warzywa i przykrył pokrywką. - Jak by robiły to moje panie, to dostalibyśmy górę mięsa, prawie bez jarzyn i na pewno bez smaku. A tymczasem trzeba odwrotnie - skomentował. Po chwili odsunął pokrywkę i zaczerpną łyżką gęstawy sos. Ze skupieniem na twarzy posmakował, pokręcił głową na znak niepełnej aprobaty i dodał przypraw.. - Może być – w końcu zawyrokował. Przy obiedzie Zbigniew musiał przyznać, że danie istotnie było wspaniałe. Mięso i jarzyny układały się w rzadką kompozycję smaków i zapachów. Gdy chwilę potem poprosił o kawę, Żorż skrzywił się z dezaprobatą. - Kawa? Po obiedzie? Nie gniewaj się, ale to jest barbarzyństwo! Jak można samemu pozbawiać się tak wspaniałej rzeczy jaką jest poobiednia drzemka. Kawy można się napić potem. - Ach, jeszcze jedno, żebyśmy nie zapomnieli o najważniejszym – rzekł uśmiechając się.- Proponuję, żebyśmy zagrali w sobotę wieczorem. Będzie kilku znajomych z okolicy, którzy z przyjemnością będą nam towarzyszyć. Nie masz nic przeciwko? Zbigniew kątem oka spostrzegł, że siedzące przy stole kobiety wymieniły między sobą szybkie spojrzenia, a ręka Olgi nerwowo drgnęła, zrzucając na podłogę leżący na skraju blatu widelec. Oczywiście udał, że niczego nie zauważył i odpowiedział z udaną swoboda: - Wspaniale. Prawdę mówiąc już zaczynałem się niecierpliwić. Był czwartek i do rozgrywki zostało jeszcze dwa dni. - Co ten staruch knuje ? – pomyślał, gdy wstali od stołu. Nie poszedł jednak do swojego pokoju na poobiednią drzemkę, do której tak gorąco namawiał go gospodarz, lecz w kuchni zaparzył sobie kubek mocnej, czarnej kawy. Usiadł w bambusowym, plecionym bujaku przy oknie. Akurat raczył się gorącym napojem, gdy zauważył, że Żorż i Jolanta wyszli z domu i przeszli tuż obok okna, nie zauważając, wystającej ponad parapet, jego głowy. Usłyszał fragment ich rozmowy. - On jest taki sympatyczny, więc chcę abyś wobec niego był w porządku – mówiła Jolanta . - Jestem w porządku. Przecież to tylko gra. – odpowiedział jej Zorż. - Gra! – żachnęła się Jolanta. Tylko, że on nie ma w niej szans. Przecież wiesz o tym. W dodatku gra o pieniądze. Spore pieniądze. - Ma takie same szanse jak i ja i może wygrać, o ile..... - O ile co ? – przerwała mu Jolanta. - ...o ile będzie dość inteligentny – spokojnie kontynuował Zorż. Szachy są grą równych szans, no prawie równych, jeżeli pominąć ten drobiazg, że zaczynają białe. Głosy oddaliły się, więc dalszego ciągu już nie usłyszał. Kiedy ostrożnie wychylił się z okna, zauważył, że wchodzą do stojącej opodal domu starej szopy. Dotychczas nie zwracał uwagi na tę drewnianą ruderę. Jeszcze tego samego wieczoru, gdy domownicy byli zajęci przygotowaniami do kolacji, wymknął się do ogrodu. Wrota zamykane były na drewniany skobel, więc uchylił je bez trudu. Ktoś musiał tu często zaglądać, bo zawiasy były naoliwione i nie skrzypiały. Przez wąską szparę wśliznął się do środka. W półmroku dostrzegł…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Gracz — czytnik · opowiadania