Fantastyka · 19 min czytania
Grajek
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 6
Grajek
Chłopu Oharowi źle się wiodło. Krowy, co prawda, dawały mleko, ziemia rodziła plony, a baba – rok w rok dzieciaka. Jeno, że jemu o coś więcej chodziło.
Zaszedł więc do Ostróżki – bo wiadomo, jak problem, to do wiedźmy.
Przed sadybą czarownicy kwitły, a jakże, różnokolorowe ostróżki. Prawdę mówiąc nie ważyły się przestać kwitnąć nawet gdy nadchodziła zima. Ale poza tym drobnym kolorowym detalem wiedźmie siedlisko sprawiało przygnębiające wrażenie. Otaczały je strzeliste drzewa, pogrążając dom w cieniu. Okiennice były wyłamane, ściany niebielone, a na dachu przysiadł ogromny czarny kruk. Chata wyglądała tak ponuro bynajmniej nie dlatego, że gospodyni nie miała środków na utrzymanie, lecz dlatego, że wymagał tego prestiż profesji. Żadna wiedźma nie będzie mieszkała w domu otoczonym ogrodem, po którym biegają urocze, małe zwierzątka.
Ostróżka akurat czesała kota. Czasu miała dużo, a chowaniec musiał się prezentować, wszak to jej wizytówka - marny familiariusz oznaczał mierną czarownicę.
- …bry – zagaił w drzwiach chłop grzecznie, zdejmując czapkę i kłaniając się w pas.
- Trochę zajętam – odparła gospodyni, nie przerywając pracy. Czarny kocur popatrzył na intruza złotymi oczami, a Ohar aż się wzdrygnął. Bydlę było naprawdę spore. - Ale, zgoda, mówcie o co wam chodzi.
- Problem mam. Jeno nie taki zwykły, ale duszny. Znaczy na duszy mi leży.
Ostróżka skinęła głową, zachęcając go do kontynuowania.
Część 22 / 6
- Bo tak patrzę na swoje obejście i myślę sobie: inwentarz mam dorodny, ziemia żyzna, bab dzieci rodzi. Atoli co mi po tym wszystkim, kiedy umrzeć mi przyjdzie?
- Na umieranie się wam zebrało? - Wiedźma ironicznie urosła brew. - Toć wy w kwiecie wieku jesteście.
- E, nie żeby od razu umierać – żachnął się kmieć. - Ale kiedy już przyjdzie, to w godzinie ostatniej kto mnie wspomni? Kto pamięć zachowa? Pewnie, wieś na pogrzeb przyjdzie, żałoba będzie a potem zapomną.
- A jak ja niby mam pomóc?
- Bo widzicie, za młodu napatrzyłem się na wędrownych grajków, co to różne cudne opowiastki snuli. Tym to dobrze, chodzą, gdzie chcą, śpiewają i pieniądz z tego mają i zaszczyty. O dziewkach nie wspomnę.
- I wy chcecie grajkiem zostać – stwierdziła Ostróżka.
- Ano. Tyle że jak inni o tym usłyszeli, to od razu w śmiech. Nawet moja baba. Własna żona się ze mnie naśmiewała! Drwiny ze mnie wybiłem jej z głowy, ale przecie całej wsi nie obtłukę.
- Dobrze, zrobię z was grajka – zgodziła się wiedźma. Dziwne to dla niej było, chłop bardem (bo jasne, że chodziło o barda, tylko Ohar po prostu nie znał takiego słowa), ale cóż... - Ale do tego potrzebny instrument, a przecież sama go nie wykonam. Jestem czarownicą, nie rzemieślnikiem. Muszę się tedy wybrać do miasta, a to potrwa i będzie kosztować.
Część 33 / 6
Przytaknął skwapliwie, mnąc w dłoniach czapkę.
- Toć żem przewidział, że tak będzie. - Rozsupłał podróżną sakwę i wyjął dwie flaszki przedniej przepalanki, a zza pazuchy wyciągnął pękaty trzosik. - A choćbym miał całą trzodę, chałupę i babę sprzedać, to sprzedam.
- Nadaje się – oceniła wiedźma, ważąc w dłoniach monety i pociągając próbny łyk z butelki. Nieźle musiał się Ohar wykosztować, wódka ze szklanego naczynia to nie byle co. Widziała takie tylko na dworach i u co bogatszej szlachty. - Najbardziej akuratna będzie lutnia. Gdy już ją zdobędę, przyślę do was moje zwierzątko. A teraz wynocha. - Machnęła ręką ku drzwiom, a jej kot fuknął donośnie. I już chłopa nie było.
Gdy Ohar sobie poszedł, przywołała leśnego demona, którego zaklęła kiedyś w czarną wiewiórkę. Grasowało jej toto po obejściu bez pozwolenia, hałas czyniło, to musiała mu pokazać, że z czarownicą nie ma żartów. A teraz stworek mógł okazać się użyteczny.
- Drzewo mi znajdź. Niezbyt stare, ale też nie za młode, zdrowe, giętkie i mocne. Najlepiej jesion albo klon. A jak znajdziesz, to daj znać.
Oczywiście, że umiała zrobić lutnię. Była wiedźmą i to wystarczyło, by wszystko co żywe i nieżywe poddawało się jej woli. Po prostu stwierdziła, że nie zawadzi zarobić trochę grosza, a jeszcze tego brakowało, żeby ludzie zaczęli rozpowiadać, że czarownica potrafi wytwarzać instrumenty, jak jakiś byle rzemieślnik! Stąd już tylko krok, by uznali ją za równą sobie, a na to nie zamierzała pozwolić. Ohar więc myślał, że lutnię przygotuje mu lutmistrz, a wiedźma zadba o to, by zrobić z niego barda.
Podczas gdy wiewiórka szukała odpowiedniego drzewa na pudło instrumentu, Ostróżka postanowiła zadbać o struny. Musiała tylko znaleźć owcę, gdyż właśnie owcze jelita po odpowiednim spreparowaniu dawały najczystszy dźwięk.
Zdobycie bydlątka nie nastręczyło trudności. Wystarczyło, że przeszła się do gospodarstwa pierwszego chłopa, jaki przyszedł jej na myśl - w miarę bogatego, biednych nie stać było nawet na królika - i grzecznie poprosiła. Postarała się przy tym, by raz czy dwa strzelić z nieba błyskawicą w odpowiednie miejsce, by wywrzeć należyte wrażenie.
Część 44 / 6
Wiewiórka wróciła akurat wtedy, gdy Ostróżka ukończyła drugi etap wytwarzania strun.
- Znalazłeś? To świetnie – pochwaliła zwierzątko. Ale zaraz potem musiała je przeganiać doniosłym „a kysz!”. Demony były osobliwie łase na świeżą posokę, a tej z zabitej owcy wystarczyłoby na porządną ucztę.
- Dostaniesz nagrodę, ale pierwej ocenię, czyś się spisał jak trzeba – powiedziała.
Nasmarowała tłuszczem jelita i zostawiła je do wyschnięcia. Następnie kiwnęła palcem i przez kuchenne okno wypadły dwa solidne noże, które od razu zabrały się do ćwiartowania tuszy. Drugie kiwnięcie i posoka przelała się do podstawionego kociołka. Będzie miała czym nakarmić demona a i mięso nie mogło się zmarnować.
Nie poświęcając więcej uwagi owcy, poszła za wiewiórką w las. Drzewo, które znalazł demon, nadawało się idealnie. Powaliła je jednym ruchem dłoni i teleportowała na podwórko. Naturalnie, do zrobienia lutni nie wykorzysta całego, ale przecież cieśla, lutnik, czy bednarz chętnie kupią potrzebny im surowiec.
Z wysłaniem posłańca poczekała kilka dni, żeby Ohar myślał, że faktycznie zapłacił za lutnię zrobioną przez najlepszego lutnika w mieście. A gdy wręczyła mu swoje dzieło, z radości ledwie wykrztusił krótkie „dziękuję” i w te pędy pognał do domu.
Cały zadowolony zamierzał od razu wypróbować dar wiedźmy i choć nastała pora sianokosów, jemu nie w głowie była praca w polu. Zawarł się w komorze, żonę i dzieci wygonił precz, żeby mieć spokój i przystąpił do ćwiczeń. Pod wieczór uznał, że idzie mu niezgorzej i polazł do karczmy. Odczekał, aż chłopy zbiorą się w odpowiedniej ilości, wypił kubek i zaczął grać.
Rychło przestał. Rozwścieczony tłum począł rzucać w niego tym, co akurat było pod ręką. Leciały więc kubki, talerze i resztki jedzenia. Oberwało mu się nawet od ladacznic. Upokorzony, wśród gwizdów, przekleństw i wyzwisk, uciekł z gospody.
Część 55 / 6
Pierwsze kroki skierował do chaty Ostróżki. Na początku był wściekły, ale w miarę jak zbliżał się do jej domostwa, wzburzenie ustępowało miejsca strachowi. Do celu dotarł więc zupełnie struchlały i ledwo miał śmiałość wydusić parę słów.
- Nie działa – wybąkał.
Gospodyni siedziała w bujanym fotelu tyłem do drzwi i widział tylko kędzierzawą brązową czuprynę. Wiedźma czytała jakąś opasłą księgę. Tomiszcze po rozłożeniu było szersze od fotela i zadziwiało opisami, ze szczegółami tłumaczącymi zasady przyrządzania rozmaitych dekoktów. Oczywiście, jeśli ktoś umiał czytać.
- Co nie działa? - Odwróciła głowę. - A, lutnia. Jakże to?
- Wygonili mnie z karczmy, ledwom zaczął grać – przyznał Ohar. - A lutnia przecież magiczna być miała – dodał z wyrzutem.
- Załatwić lutnię owszem, miałam – zgodziła się. - Ale ani słowem nie powiedziałam, że będzie zaczarowana. - Na powrót zajęła się lekturą.
- No jakże to? Po to do was przyszedłem, żebyście mi magiczny instrument wyrychtowali. Jesteście wiedźmą, mieliście ze mnie zrobić grajka! - O mało nie zaczął krzyczeć, ale w porę przypomniał sobie z kim rozmawia. Bądź co bądź, wolał wyjść z chaty na własnych nogach, a nie wypełznąć czy wyfrunąć.
- Lutnię zrobił lutnik, ja ją dostarczyłam. To zawierało się w cenie. Zaczarowanie tego pudła to już jest usługa dodatkowa. I kosztuje odpowiednio.
Część 66 / 6
Ohar westchnął. Wiedźma, jak to wiedźma, oszukała go, ale on zrezygnować nie zamierzał. Będzie grajkiem i kropka.
- Czyńcie tedy tę usługę – rzekł, podając jej instrument.
Ostróżka wzięła go i położyła na ławie. Potem zniknęła w drzwiach sąsiedniej izby, skąd dobiegły chłopa odgłosy szurania, przesuwania, po czym brzęk i grube przekleństwo.
Pod nieobecność swojej pani czarny kot wskoczył na ławę, obwąchał lutnię i wlepił zmrużone żółte ślepia w gościa. I patrzył, nie spuszczając wzroku.
Gdy Ohar zaczął się już pocić pod tym spojrzeniem, wróciła Ostróżka z naręczem fiolek. Nie umiał czytać, toteż nie wiedział, że są one opatrzone napisami typu „Sproszkowana szczurza wątroba. Czas przydatności do spożycia: trzy miesiące od pozyskania. Podawać w czasie pełni, zmieszawszy uprzednio ze śliną nietoperza”.
Zmieszała ze sobą w naczyniu jakieś substancje z dwóch ampułek, wypowiedziała zaklęcie, dolała czegoś z trzeciej i potrząsnęła.
Tak powstałym płynem nasączyła szmatkę i natarła struny. Następnie przesunęła materiałem po całym instrumencie.
- Spróbujcie