psychologia · 6 min czytania
Granatowe Serce
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Trzymałem w garści pistolet celując mu w tył głowy. Za moment pociągnę za spust a jego mózg znajdzie się na murze przede mną. Skazany odwrócił swoją złą, brzydką twarz i splunął mi na mundur. Pociągnąłem za spust. Huk ogłuszył mnie suchym, metalicznym trzaskiem. Otworzyłem oczy i przez chwilę patrzyłem bezmyślnie w sufit. To był piękny sen. Usiadłem na łóżku i rozejrzałem się po swoim pokoju. Cały był zagracony wszelkiego rodzaju śmieciami i resztkami gnijącego jedzenia. Wszechogarniający mrok rozświetlało jedynie niebieskie światło włączonego komputera. Pomieszczenie atakowało ze wszystkich stron odurzającym smrodem zgnilizny, jednak ja już dawno przyzwyczaiłem się do tego zapachu. Matka zawołała na śniadanie. Odpowiedziałem, że za raz schodzę obrażając ją pod nosem od kurew. Poszedłem do małej, szarej łazienki obok swojego pokoju, okręciłem zimną wodę i obmyłem twarz. W dużym, zakurzonym lustrze pojawiła się sylwetka wysokiego, zgarbionego chłopaka o tłustych, rozczochranych włosach. Pod czerwonymi oczami malowały mu się dwa, duże cienie. Schodząc po długich, rozlatujących się schodach spotkałem starszego brata, który rzucił na mnie spojrzenie złych, zielonych oczu i poszedł na górę. Ojca nie było a matka leżała rozwalona na kanapie i oglądała jakiś paradokument. Usiadłem przy dębowym stole w małej, czystej kuchni. Jakby na wyspie spokoju w tym morzu zgiełku. Zjadłem śniadanie gapiąc się na jakiś filmik na YouTube, a gdy skończyłem złapałem za plecak leżący od wczoraj w holu i wyszedłem na podbój kolejnego dnia. Na dworze panowała szara, deszczowa pogoda. Z rynien lała się strugami mętna woda. Założyłem na głowę kaptur i ruszyłem naprzeciw tego nijakiego krajobrazu. Gdzieś w środku drogi złapał mnie Michał z parasolem w lewej ręce. Dlaczego sam o tym nie pomyślałem? Kiedy tylko mnie zauważył, zaczął gadać energicznym, niskim głosem. Mówił jak to mu idzie na siłowni i jakie to ma relacje ze swoją dziewczyną. Gdy doszliśmy do szkoły, pożegnał mnie i ruszył w swoją stronę. Byłem przemoczony i wściekły jak pies. Nienawidziłem Michała. Nienawidziłem tej jego energicznej paplaniny. Wszedłem do szkoły i skierowałem się do swojej szafki. Spróbowałem ją otworzyć. Raz, drugi, trzeci. Zamknięta. Rzuciłem przemoczoną kurtkę w kąt szatni i powlokłem się na pierwszą lekcję robiąc za sobą małe kałuże. Przekroczyłem próg klasy, usiadłem w ostatniej ławce i zasnąłem z głową położoną na książkach. Byłem wielki, ogromny, unosiłem się nad światem jak grecki bóg. Ludzie pod moimi nogami wyglądali jak mrówki. Tylko jedno moje słowo a zegną karki w poddańczym ukłonie. Obudził mnie krzyk baby od angielskiego. - Pobudka panie Dąbrowski! Zaczęła wrzeszczeć, że nie mam przyszłości bez angielskiego, że bez niego niczego w życiu nie osiągnę. Bez słowa wstałem, spakowałem rzeczy i wyszedłem z klasy. Na korytarzu stał wysoki, bardzo przystojny blondyn patrzący w sufit. Po chwili kucnął i, wciąż patrząc w górę, wyjął coś z plecaka. Przez…