Przyjaźń · 7 min czytania
Grunt to marzenia
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zatrzymałem się kiedy coś przecięło mi drogę. Pewnie szczur, pomyślałem. Ruszyłem dalej będąc jednak bardziej uważnym. W kanałach nie jest ciekawie. Odchody, śmieci, martwe szczury, żywe szczury, zagryzione koty, czasem jakaś ręka. Ale można przywyknąć. Zwłaszcza, że tam na górze wcale nie jest lepiej. Może fakt, iż nie śmierdzi tak tam obrzydliwie aczkolwiek niebezpieczeństwo jest większe bowiem do kanałów obcy wchodzą rzadko. To jest królestwo ludzi. Oczywiście nikt nim nie włada. Są pewne grupy, które walczą o monopol i są tacy którzy działają samotnie, jak ja. Było też kilku ludzi na przeciągu ostatnich lat próbujących zjednoczyć wtoczonych do kanałów ludzi aby wyprzeć obcych z miasta jednak ciemności szkodzą umysłowi i zryw się nie udał. Tamci zginęli z kilkoma towarzyszami i tak zostaję się męczennikiem za wolność. Ja wolę trzymać się z dala zarówno od obcych jak i od ludzi.
Rok około 2020. Dzień, jak co dzień. Pod oparami ciemnych chmur przepełnionych chemią i spalinami ludzie spokojnie wędrują przez miasto Kraków, jak za czasów, gdy jeszcze byłem młody. Idę i ja. W drodze do mojego małego mieszkania, dzielonego z Arkiem i Anetą. Jakaś taka średniowieczna kamienica widokiem śródmieściu z widokiem na super wieżowce wznoszące się i górujące tuż za wieżą kościoła Mariackiego. Przechadzam się Grodzką. Rząd kamienic z wielkimi, neonowymi szyldami. Coś tu nie pasuję. Eh… Tyle razy mijałem już tą i wiele innych ulic zmodernizowanych. Postęp. W końcu dochodzę. Mały klub. Dziś tutaj gramy. Sobotnie koncerty. To lubię najbardziej. Niewielka część wielkich marzeń dwóch młodych, ambitnych chłopaków. Wchodzę. Stary barman widząc mnie zza lady uśmiecha się do mnie. Odwzajemniam uśmiech i podchodzę. Uścisk dłoni. Rozglądam się. Mała scena. Jacyś ludzie montują perkusję. Ustawiają wzmacniacze. Sprawdzają dźwięk. I wyobraźnia przenosi mnie na wielką scenę w Rio de Janeiro… Z zadumy uwalnia mnie barman: - Co podać? – pyta by zapewne przerwać ciszę. Wszystko było ustalone. Warunki. Podział dochodu. Tak zarabiam. A właściwie dorabiam. Od poniedziałku do piątku od rana do wczesnego popołudnia pracuję jako psycholog w Liceum. Jest ciężko, ale uczniowie mnie lubią. Wieczorami gramy z Arkiem w naszym mieszkaniu, aby w weekendy pokazać się jak najlepiej. On pracuje w muzeum historii sztuki. Aneta zaś wykłada na Akademii polonistykę. Są szczęśliwym małżeństwem od kilku lat. W końcu zbierzemy pożądaną sumę i wybierzemy się w podróż po najpiękniejszych miejscach świata. Nie dużo już brakuje. Czynsze, rachunki i wszelkie składki płacimy na zmianę tak, więc żyjemy dość przyzwoicie. Życie jest piękne. - Nie dziękuję. – odpowiadam, rzucam jeszcze raz okiem na salę i wychodzę. Wracam do mieszkania. Arek już jest. Gra na basie. Aneta szykuje obiad. Rzucam im szybkie uśmiechy i zamykam się w pokoju. Kładę się na łóżku i myślę. „Jeszcze ten koncert wypłata w przyszłym miesiącu i będziemy mogli pojechać. Wezmę długi, nawet całoroczny urlop. Nigdy z niego nie korzystałem a jest wielu chętnych, aby zasmakować pracy na moim stanowisku na pewno znajdą kogoś w zastępstwie” Zasypiam. Budzi mnie Aru. Kubek wody wylany na mą twarz to najskuteczniejsza…