Inne · 26 min czytania
Grześ (z Ercepowego bloku)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Idzie Grześ przez wieś, worek piasku niesie. Dwa patyczki, cztery koce, będzie dziś spał w lesie. Cześć, tu Grześ. Nie ma mnie w domu, bo poszedłem do lasu. Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość. Pip. Pip. - Cześć Grzesiu, tutaj Jarek. Jak jesteś w domu, to bądź taki grzeczny i podnieś słuchawkę, bo mam niecierpiącą sprawę. - No? - moja prawa ręka, nie wysyłając żadnego sygnału do mózgu, który gdyby taki sygnał odebrał, kategorycznie by jej tego zabronił, podniosła słuchawkę. - Jesteś tam? Wróciłeś z lasu? - Nie. Jestem jeszcze w lesie, a na moje miejsce postawiłem złego wilka, który zjadłszy Czerwonego Kapturka, zaczął mówić ludzkim głosem - byłem zły, że mnie wyrwał z jednego z moich fantastycznych snów. - Nie wygłupiaj się. Grześ? - zapytał niepewnie. - No jasne że Grześ, a kto? - czasami mnie zdumiewał, naprawdę. - No nie wiem... w każdym razie mam do ciebie sprawę. - Tak wiem, niecierpiącą - Jarek był kiedyś świadkiem wypadku. Zobaczył dwa trupy i odtąd wymazał ze swojego słownika wszystkie wyrazy, które w jakiś sposób kojarzyły mu się ze śmiercią. Nie używał nigdy wyrażeń "śmiertelnie poważny", "trupia bladość", "wisielczy humor" i tak dalej. Teraz, jak widzę, doszła do tego jeszcze "niecierpiąca ZWŁOKI sprawa". - Mam koleżankę - To fajnie - ucieszyłem się. - Nie dzwonię po to, żeby ci się pochwalić, że mam koleżankę - obraził się - dzwonię, bo ta koleżanka ma problem. - To już nie fajnie - starałem się wyjść na zainteresowanego. - No właśnie. Otóż Kasia, świetna dziewczyna zresztą, zamieszkała sobie z takim skurduplem, Wiktor czy Witold, nie pamiętam. No i on jej strasznie w głowie poprzestawiał. Mówię ci, nie ta dziewczyna się zrobiła, jak jej przez te dwa lata bebeszył po zwojach. - O, naprawdę? - rzuciłem podchwycony z amerykańskich filmów "podtrzymywacz rozmowy". - No - był wyraźnie ucieszony z mojego zainteresowania - Ale NA SZCZĘŚCIE - zaakcentował, wyrzucając przez zęby kolejne sylaby - Kasia się opamiętała i szuka pomocy. Tylko widzisz, ona tak już jest zakręcona, że nie potrafi sama wyjść z powrotem na ludzi. Biega po jakiś kursach i psychiatrach, żeby jej w głowie to domino poustawiali, ale sęk w tym, że od tego właśnie wszystko się zaczęło. Była normalna, ten jej pająk wysłał ją na kursy, które miały z niej zrobić nowoczesną kobietę, a teraz znowu szuka "fachowej" pomocy, by z niej zrobili kobietę zacofaną. Dlatego myślę, że to nie najlepszy pomysł. Poza tym nikt kursów na "zacofanie" nie prowadzi, nawet poradników na ten temat nie można kupić, co mnie zdziwiło, bo myślałem, że napisali już poradnik na każdą okazję. Kolejni psychiatrzy wyciągają z niej forsę, wmawiając jej, że to wszystko przez trudne dzieciństwo, a Kasia jako dziecko żyła jak w ulu - mały, ciepły domek, rodzina jak miód i wszystkie żądła pochowane. - No dobrze, a co ja? - zacząłem mieć mgliste jeszcze uczucie, że Jarek nie dzwoni tylko po to, by mi opowiedzieć historię smutnej Kasi. - No właśnie pomyślałem sobie, że ty jako zaprzyjaźniony psycholog mógłbyś jej pomóc. - Nie jestem psychologiem, dopiero się uczę. - To lepiej, bo bez dyplomu, gabinetu i kozetki nie jesteś jeszcze tak stuknięty. - Słuchaj Jaruś, to miło, że tak mi ufasz, cokolwiek rozumiesz pod pojęciem "nie stuknięty", ale to chyba nie jest najlepszy pomysł. - Dlaczego? - szczerze się zdziwił. - Bo ja te studia robię siedem lat! Siedem! I dopiero jestem na czwartym roku - wkurzyłem się, bo dobrze o tym wiedział, a zmusił mnie, żebym to powiedział głośno. - To świetnie - ucieszył się - to nawet więcej niż świetnie. - Świetnie? - chyba nie tylko Kasia potrzebuje tu pomocy. - Jasne! Weź sobie tych, co robią studia w terminie. Co oni z tego mają? Przyjdą, dostaną materiał, wykują, zaliczą, następny egzamin, następne zaliczenie i zaraz - siup na następny rok. Znowu kują, znowu egzamin, następny roczek, następny egzamin i koniec. Co im w tych głowach zostanie, jak przejdą przez te studia jak burza? Co innego ty - powoli, dokładnie, każdy rok dwa razy. Przecież to logiczne, że jeżeli uczysz się czegoś przez dwa lata, a oni przez jeden, to ty umiesz dwa razy więcej niż oni. - No nie wiem - jakoś miałem wątpliwości co do tej "logiki". - Zobaczysz, będzie dobrze. Kasia wkrótce do ciebie zadzwoni. Muszę lecieć. Pa. No jasne, jak szybko się wyłączył. I co teraz? Przecież taki ze mnie psycholog, jak z Kulczyka asceta. Jak mam się z tego wywinąć?
- Biały miś dla dziewczyny - ale ja fajnie śpiewam - kupiłem i poszedłem na imieniny - bas też mam niezły - Jak wrócę i się wyleczę, to oddzwonię - dokończyła już "słownie" sekretarka - Pip. - Dzień dobry, tutaj Kasia. Ja dostałam ten numer od Jarka... - Kaasia - przerwałem robienie cytrynowo-witaminowego "odtruwacza" po wczorajszej imprezie i podniosłem słuchawkę - Tak, wiem, Jarek mi o tobie mówił. - Czy..., czy ja mogłabym przyjść? Chciałabym porozmawiać, ale nie byłam umówiona. - Nie szkodzi, nie jestem dentystą w państwowej przychodni. Gdzie mieszkasz? Powiem ci, jak tu trafić. - Słoneczna 12 - No to droga Kasiu nie musisz nawet beretu zakładać, bo mieszkamy w tym samym bloku. Jarek nic o tym nie wspominał, ale nie szkodzi. Zaraz - coś mi przyszło do głowy - czy ty przypadkiem nie jesteś tą blondynką z trzeciego piętra z różowymi warkoczykami? - jesteś, jesteś, jesteś! - Nie jestem. - Szkoda - Powiedziałem to czy tylko pomyślałem? - Przykro mi, że zawiodłam twoje oczekiwania - Aha, czyli powiedziałem. - To nic, nie martw się, ja tylko tak spytałem - zełgałem w wrodzoną łatwością - Poza tym nie byłabyś pierwsza - westchnąłem - No ale nieważne. Zjeżdżaj tu do mnie, mieszkam na drugim, pod czternastką - powiedziałem wyciskając z siebie zalegające gdzieś we mnie jak wczorajsze piwo resztki optymizmu i pognałem szybko zaścielić wyrko.
- Dzień dobry - na progu stała drobna blondynka. Byłaby nawet całkiem fajna, gdyby nie ubranie, sztywne jak kołnierzyk w koszuli Giertycha. - Cześć, wejdź - powiedziałem, kopiąc dyskretnie w kąt przedpokoju leżące na środku podłogi spodnie. - Czego się napijesz? - zapytałem, starając się włożyć w to pytanie cały swój osobisty urok i w tym samym momencie potknąłem się o buty. No tak, cholera, jak zwykle kiedy widzę kobietę, tracę równowagę. I to zarówno tą wewnętrzną jak i tą na zewnątrz. - Mineralną poproszę, najlepiej niegazowaną, bo bąbelki są niezdrowe - taktownie udawała, że nie widzi mojego desperackiego wymachiwania rękami w poszukiwaniu balansu. - A co to ja knajpa jestem? - miałem na końcu języka, bo byłem zły, że tak głupio na początku wypadłem - "mineralną, niegazowaną, zdrową" - przedrzeźniałem ją w myślach. Przed powiedzeniem tego na głos powstrzymały mnie wiszące na cienkiej nitce resztki dobrego wychowania wpojonego mi przez mamę. Zamiast tego siląc się na grzeczność powiedziałem - Droga Kasiu, coś takiego jak mineralna, już od kilku lat nie zagościło w skromne progi mojej lodówki. Ale zamiast tego mogę ci zaproponować Fantę albo piwo, bo te dwa napoje mieszkają tam na stałe. - No to ja może Fantę poproszę - widać było, że napicie się pomarańczowo-niezdrowych bąbelków sporo ją kosztuje. Otworzyłem lodówkę. -Eee, Kasiu? Właśnie się okazało, że Fanta tymczasowo się wyprowadziła i został tylko jej kolega. - Ale jest dopiero dziesiąta, nie wiem czy... - Lekcja numer jeden - powiedziałem wręczając jej butelkę - na piwo nie ma złej godziny. Chyba za bardzo jej to nie przekonało, więc stanąłem na środku pokoju i przybierając teatralną (przynajmniej według mnie) pozę, wyrecytowałem: Na piwo jest zawsze odpowiednia godzina Powie ci to znajomy i cała rodzina. Czy świeci słońce, czy deszczem zacina Pij piwko na zdrowie, jeśliś nie Balbina. Roześmiała się. Nie wiem czy z sensu wierszyka czy z moich mizernych poetyckich zdolności. - No to od czego zaczynamy? - spytała - mam się tutaj położyć? Popatrzyłem na łóżko. Nie wytrzymam. No normalnie nie wytrzymam. Dziewczyna dzwoni do mnie pierwsza, przeprasza, że chce przyjść, a się nie umówiła, przychodzi do mnie bez wciskania jej kitów o znaczkach i jeszcze po dziesięciu minutach pyta się, czy się ma położyć. Niech mnie ktoś uszczypnie, bo ja chyba śnię. Albo NIE! Nie, nie, nie. Niech mnie nikt nie szczypie, bo jeżeli to sen, to ja nie chcę się obudzić. No tak, ale to nie sen i ja muszę teraz jakoś zareagować. Otrząsnąłem się z zamyślenia i zrobiłem to, co zawsze w takich (bardzo nielicznych zresztą) sytuacjach. Spojrzałem na nią najbardziej samczo, jak tylko potrafiłem i spytałem - To co, może pójdziemy na spacer?
No i poszliśmy. Ona w niewygodnych chyba, za to bardzo modnych butach i ja, wyglądający przy niej jak Żwirek Muchomorek. Byłem zły jak kibice po meczu Cracovii. Złościłem się na Jarka, że mnie w to wplątał, na siebie, że się na to zgodziłem, a mogłem sobie teraz grzać tyłek w ciepłej pościeli i odpoczywać po wczorajszej imprezie, na nią, że w ogóle ma jakieś problemy, na małą muszkę, że mi siedzi w oku i się strasznie wierci... zaraz, na jaką muszkę? - Coś ci wpadło do oka. Czemu nic nie mówisz, tylko tak idziesz z tym czerwonym ślepiem? - zapytała Kasia i pochyliła się w moją stronę - no stój, nie kręć się tak, bo jej nie mogę wyciągnąć - Aaaaaaa - No przestań, przecież to tylko muszka - Aaaaaa - Stójże, przecież to wcale nie boli - Aaa, piecze, piecze, piecze - jak każdy prawdziwy mężczyzna byłem czuły na punkcie swojego zdrowia. - Przestanie jak wyciągnę. No czego się drzesz? - Bo mi grzebiesz chusteczką w oku - No przecież muszę. Faceci - westchnęła chowając chusteczkę - Jak dzieci, naprawdę. Zatrzymam ją, na wypadek, gdyby ci się coś jeszcze stało. No co stoisz? Już po wszystkim. Obraziłem się. A raczej to ona obraziła moje męską dumę. Postanowiłem przestać się do niej odzywać, aż sama dojdzie do wniosku, że to nie ma sensu i pójdzie sobie do domu. Po piętnastu minutach chodzenia w milczeniu chyba osiągnąłem swój cel, bo Kasia skręciła w stronę naszego bloku. Już tylko kilkanaście metrów dzieliło mnie od upragnionego spokoju w postaci własnego mieszkania, kiedy w drzwiach naszego budynku natknęliśmy się na iwonowego Ercepa. - Cześć Kasia, Grzesiu, a co wy tak razem? Ponieważ nie wiedziałem co mu odpowiedzieć, postanowiłem zaatakować. - A ty? - Ja? - zdziwił się - ja nie razem, ja sam, jak widzisz. No tak, znowu wyszedłem na idiotę. W której ja stałem kolejce, jak Bóg rozum rozdawał? W której ja w ogóle stałem wtedy kolejce, skoro nie było mnie w tej po siłę, ani po odwagę, ani po błyskotliwość, poczucie humoru, męskość, spryt, zaradność, pamięć, wdzięk, urok osobisty, talent ani nawet równowagę? Gdzie ja w ogóle wtedy kurna byłem, jak Bóg cokolwiek jeszcze rozdawał? - On chyba chciał się spytać gdzie idziesz? - wyjaśniła za mnie Kasia. - Aa, na pocztę, rachunki Iwonce zapłacić. Może pójdziecie ze mną? - A wiesz, że to dobry pomysł? - rozjaśniła się Kasia - muszę sobie buty nowe kupić, to po drodze wstąpimy do sklepu, a potem pójdziemy na tą pocztę. - No to w drogę - ucieszył się Jędrek. Jasne, jemu to łatwo się cieszyć, bo jest zaprogramowany, żeby być marzeniem kobiet. Przecież żaden zdrowy facet nie przeżyje ciągania się z kobietą po sklepach. No chyba, że zostanie przyciśnięty do muru, ale żeby tak dobrowolnie? Przepraszam? Odwracałem się właśnie, żeby cichaczem wejść do klatki, kiedy poczułem na ramieniu wielką łapę Jędrka. - A ty gdzie idziesz Grzesiu? Do sklepu jest w tamtą stronę - uśmiechnął się słodko i jednym ruchem zmienił kierunek, w którym podążałem. No i poszliśmy. Zaraz przy wejściu obskoczyły nas ekspedientki: "może to" "a może tamto" "oferta" "zniżka" "promocja" "srocja" . Nienawidzę sklepów i gdyby nie to, że człowiek musi się w coś ubierać, a rzeczy, które się lubi mają to do siebie, że zadziwiająco szybko się zużywają, to w ogóle bym nie wiedział, jakie są nazwy sklepów w moim mieście. Tymczasem niespodziewanie zostaliśmy sami, bo ekspedientki widząc stopy Jędrka zawołały szefa i teraz otaczając go szczelnie razem podziwiali jego płetwy. Zrobiło mi się żal Kasi, która stała sama i rozglądała się bezradnie po stosach kartonów. - Chodź, pomogę ci - powiedziałem wbrew sobie i pociągnąłem ją za rękę. Piętnaście minut później wyszliśmy ze sklepu. Ja, wymęczony jak po egzaminie poprawkowym, Kasia uśmiechnięta, stukając nowymi butami i wniebowzięty Jędrek z miną gwiazdora filmowego. -Wiecie co? To było nawet fajne. Może gdzieś jeszcze pójdziemy? - zaproponował i nie powstrzymało go nawet moje mordercze spojrzenie. - Możemy - podchwyciła Kasia - O tutaj chodźmy - krzyknęła i znikła za drzwiami ozdobionymi czerwonymi gwiazdkami. Weszliśmy za nią do środka. To był nocny koszmar w świetle dnia. Nagle znalazłem się pomiędzy tysiącem wieszaków na kółkach z wszelkiego rodzaju bielizną, jaką tylko człowiek może sobie wyobrazić. Z taką, którą człowiek nie może sobie wyobrazić, również. - O, byłem tutaj raz z Iwonką. Chodź, coś ci pokażę…