Romans · 29 min czytania
Grzybiarnia (cz. II)
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
4. GRZECH, ROZŻALENIE I DOBRY WUJEK Następnego dnia Rich nakazał przygotowanie przyjęcia na jego cześć. -Muszę tam iść? - zapytała Nati spoglądając bezradnie na Jeni. -Powinnaś. To przypadnie gangsterom do serca. Cenią odwagę. -Nie wiem czy jestem na tyle odważna, żeby wyjść pomiędzy tych mężczyzn w obcisłej błyszczącej sukience z taaakim rozpierdakiem... -Nie tkną cię. Lubią Richa, ale teraz, gdy jest szefem boją się go. -A on? -On też cię nie skrzywdzi. -Ale alkohol... pijany człowiek nad sobą nie panuje! -Rich nie pije. Natasza z powątpiewaniem kiwnęła głową. -Dobra, poddaję się. Nic mi nie grozi. Czy aby na pewno? Przecież ktoś planuje tutaj coś potwornego. Co dokładnie? Nie wiadomo. Ale chce się zemścić. Zemścić i uratować siebie jednocześnie. I jest w stanie posunąć się do wszystkiego, żeby tylko dobić swego.... Natasza wyszła z pokoju z Jeni pod rękę. W holu było gwarno i głośno. Niezliczona ilość gangsterów gadała, śmiała się, gdzie niegdzie dokańczano jeszcze dekorację. Nagle, jakby za ucięciem noża, wszystko zamilkło. Powodem tego nagłego milczenia była Nati, która ukazała się z Jeni na schodach. Czując kilkaset oczu wlepionych w siebie, dziewczyna zatrzymała się i spojrzała na towarzyszkę. W duszy wołała o pomoc. -Chodź. Nie możesz teraz wrócić do pokoju. Jesteś na razie uważana za gospodynię tego domu. -Ładny mi to dom. Nie chcę tu mieszkać. - spojrzała na twarze gangsterów. Wyglądali jak normalni ludzie. Patrzyli na nią serdecznie, uśmiechali się. Chcąc nie chcąc zarumieniła się, odpowiedziała uśmiechem i powoli zaczęła schodzić dalej. Rich słysząc, że nie słyszy swoich podwładnych, wybiegł z biura, ale widząc ich cielęce oczka wpatrzone w schody, zrozumiał, że idzie jego ukochana. -Szef to ma gust! - krzyknął ktoś ze zgromadzonych. -Jeszcze nie szef. - warknął Werner, wychodząc z drugiego ciemnego korytarza. -To tylko kwestia czasu, Wern. Przykro mi, że musiałem pozbawić cię ojca, ale... -Mi nie chodzi o ojca. Chodzi mi o zasadę. Oko za oko, ząb za ząb. Ojciec za ojca. -Mój już nie żyje. Zabił go twój ojciec. -To ja pozbawię ojczulka waszego synka. Twojego synka i tej ślicznotki na schodach. -A może już wystarczy? Może zaczniecie żyć w zgodzie, tworząc zgrany zarząd waszego gangu? Skoro już musi istnieć ten gang, niech ma chociaż dobrych zarządców! - zaproponowała Natasza, widząc, że robi się niebezpiecznie. - Niech nie będzie kłótni między wami! Kłótnia może być przyczyną upadku całego ugrupowania. Wern obrzucił dziewczynę obojętnym wzrokiem, za to Richard stwierdził, że pomysł jest nawet niezły. Komuś w holu również ten pomysł się spodobał. Młodemu, siedemnastoletniemu brunetowi stojącemu obok okna. Mówiono na niego Tajpej, chociaż wcale nie pochodził z Tajwanu, kraju, którego stolica była jego ksywą. Zaczął klaskać. Szybko jednak przestał, pod wpływem zimnych spojrzeń kolegów. -Pogrzało cię? - parsknął Veroy. - My w zgodzie? Chociaż... Może rzeczywiście należałoby skończyć z tym świństwem... Zabijanie sobie wzajemnie ojców nie jest przyjemne. -Miło patrzeć na dwóch mężczyzn podających sobie ręce na zgodę. - westchnęła Jenifer. Zaczęła się impreza. Przez pierwsze półgodziny było całkiem przyjemnie. Panowie jedli i śpiewali. Grała przyjemna muzyka. Później zaczęło się wszystko psuć. Wszystko przez alkohol. Zemsta też prowadziła przez alkohol. Nie minęło kolejne półgodziny, wszyscy, oprócz Nati, Jeni, Richa i Wernera byli potwornie pijani. Tarzali się pod stołami, albo próbowali tańczyć to muzyki techno. W holu zrobiono dyskotekę. Zgaszono światło, paliły się tylko reflektory dyskotekowe. -Boję się... - szepnęła Natasza. -Spokojnie... przecież Rich jest całkiem trzeźwy. Obroni cię w razie czego. - uspokajała ją Jenifer. I w tym momencie, jakby na zaprzeczenie jej słów, Richard wyszedł niepostrzeżenie razem z Wernerem do biura. W holu robiło się coraz głośniej. Pijani gangsterzy darli się w niebogłosy. -Gdzie on jest? - rzuciła w przestrzeń Jeni. -Boję się... - powtórzyła Nati. Po chwili panowie pojawili się w holu. Werner szedł spokojnie, za to Rich chwiał się. Nie potrafił iść po prostej linii. -Boże, Richard, ty jesteś pijany! - krzyknęła Jeni. -Kim jest ta kobieta? - zapytał szef niewyraźnie. -Co to ma znaczyć?! -Nie tym tonem starucho! Precz mi stąd! Wyprowadzić ją! Dwóch równie nawalonych gangsterów siłą wyprowadziło Jenifer z holu. -Rich, co ty robisz? - jęknęła Nati. Szef spojrzał z zaciekawieniem na nią. -A to co? -Natasza. Porwałeś ją szefie. - pośpieszył z wytłumaczeniem Werner. -Czyli jesteś moja? - Rich zachwiał się. Złapawszy równowagę uśmiechnął się i wyciągnął do niej ręce. - Moja! Moja! Chodź no tu do mnie. Chodź, chodź... Natasza widząc, że to nie przelewki zaczęła uciekać. Nie miała praktycznie dokąd. Wszędzie wokoło napaleni, pijani gangsterzy. Schody! Jedyna możliwość. Ale gdzie dalej? Rich był tuż za nią. Coś krzyczał. Właściwie to bełkotał. "Nigdy nie pije! Jest nawalony jak szpak! Do tego napalony szpak... Jestem sama, nie mam drogi ucieczki, Boże, ratuj mnie!" Ślepy zaułek. Nie ma już wyjścia. Rich zagradza jej przejście. Gwałtownie chwycił ją za rękę i pociągnął do swojego pokoju. Jeni w końcu uwolniła się od przymulonych gangsterów. Wyłączyła muzykę. Pijani mężczyźni nie zareagowali na tą zmianę w otoczeniu. Zgasiła światło i zapaliła je po chwili. Nic. Dopiero gdy strzeliła z broni jednego z pijanych spod stołu, wszyscy umilkli i spojrzeli na nią. -Gdzie jest Natasza? -Nie wiemy... - wybełkotał któryś bardziej trzeźwy. -A Rich? -Gonił ją. - stwierdził jakiś młodzieniaszek wychylając się spod stołu. -Kogo? -Dziewczynę... -Cholera jasna! - Jenifer wbiegła po schodach na górę. "Miałam ją bronić!" - myślała zrozpaczona. Werner poszedł za nią. W całym Pałacu było potwornie cicho. Dało się słyszeć czyjś szloch i ciche błagania. -To z jego pokoju. - stwierdził Wern. -Rich! Otwieraj! - wrzasnęła Jeni, szarpiąc za klamkę i tłukąc w drzwi pięściami. -On jest nachlany jak wół. Nie usłyszy cię, a na pewno nie zrozumie. Trzeba wywarzyć drzwi. Niestety drzwi były zbyt masywne jak dla Wernera. Dopiero po chwili rozwalił zamek strzałem z pistoletu. Jeni wyprowadziła stamtąd przerażoną Nati, w tym czasie Veroy uderzył Richa w głowę. Młody szef upadł na ziemię nieprzytomny. Skończono imprezę. Pijani gangsterzy zostali przepędzeni z holu do swoich pokoi. Nastała cisza. Martwa cisza. -Nati... - szepnęła Jenifer, obejmując ją. - Zostać z tobą? Dziewczyna była tak roztrzęsiona, że nie potrafiła wydusić słowa. Wtuliła się w swoją przyjaciółkę i zasnęła. -Biedne dziecko. To moja wina. Gdybyśmy nie poszły na tą imprezę, to by się nie stało... - Jeni zwierzyła się synowi, gdy wrócili do holu. -To po części moja wina... Gdybym nie namówił Richa do wypicia braterskiego kieliszka wina, to nie miałby ochoty pić. Wydoił całą butlę wina i dwa mocne drinki z czystej wódki. Mówiłem, że nie powinien tego robić, ale on mnie nie słuchał. - nagle uklęknął przed nią i trzymając matczyną dłoń, mówił. - Mamo, wybacz mi to wszystko, co ci wyrządziliśmy, ja i ojciec. Jestem głupcem! Przepraszam... Rozpłakał się jak dziecko. Ujęło to matczyne serce. -Oczywiście, że ci wybaczam... - wzruszyła się mocno. Podniosła go i przytuliła do siebie. "Ale się dała nabrać! - myślał Werner, tuląc jednocześnie matkę z niewinną, skruszoną miną. - Teraz mam już mamuśkę po swojej stronie. Do akcji musi wkroczyć "dobry wujek" i kolejną osobę będę miał w kieszeni. Jak te kobiety wywierają nacisk na Richu! Biedaczek będzie robił wszystko co mu rozkażą, żeby tylko uzyskać ich zaufanie. A ja jestem teraz królem. Obie będą mnie chronić i wmówią szefowi, że jestem dobrym człowiekiem." Następnego dnia, skoro świt, wielu gangsterów przyszło do holu. Starali sobie przypomnieć co się stało poprzedniego dnia. -Co tu się dzieje? - warknął Werner. Gdy tylko się pojawił, wszyscy zamilkli. -Właśnie... Co tu się stało? - powiedział któryś. -Rich się upił i zgwałcił panienkę. -Co?! Stary masz kaca większego ode mnie czy żeś się naćpał? - chyba nikt nie uwierzył. -To co powiedziałem jest prawdą. -Szef nie pije. - stwierdził jeden zdecydowanie. -A jednak. Jeżeli mi nie wierzycie zapytajcie się mojej matki. Najpierw jednak posprzątajcie tutaj. Wyznaczywszy jednego do zwołania towarzystwa i sprzątnięcia Pałacu wrócił na górę. W tym czasie obudził się Rich. -Boże! - jęknął łapiąc się za bolącą głowę. - Co się u licha stało? Po chwili wyszedł na korytarz. Pojawił się na schodach i swoim wyglądem pozwolił kilku swoim ludziom zwątpić w jego świętość z dnia poprzedniego. Wszyscy zebrani w holu zamilkli. Tajpej i Trevisto podeszli do niego. -Szefie... to prawda? -Co prawda? I ciszej z łaski swojej, w głowie mi huczy... -To o czym mówił Werner. To prawda? -A co on mówił? -No, że... żeś się upił i... -Upił? Nic nie pamiętam... Tajpej spojrzał na Trevista. -Wern mógł mieć rację. Trzeba znaleźć Jeni, ona będzie wiedziała. - i nie czekając na nic, ruszył na górę. Dwaj młodzi gangsterzy stali po chwili przed drzwiami pokoju Nataszy. Lekko zapukali. -Czego? - zapytała Jeni, trochę niegrzecznie. -Witaj. Chcieliśmy się tylko dowiedzieć, czy to o czym powiedział nam Werner jest prawdą. -Jest. O ile mówił o alkoholu i o niej. - odparła wskazując śpiącą dziewczynę w głębi pokoju. Gangsterzy spojrzeli na siebie ze zdziwieniem. -On był taki porządny... - westchnął Tajpej i odszedł od drzwi. -Jak ona się czuje? -A jak myślisz, Trevisto? Podłamana psychicznie... I mam nadzieje, że na tym się skończy... Chłopak westchnął i poszedł za swoim kolegą. Gdy tylko zjawili się na schodach, padły w ich stronę pytania. -I co? -Zaczynam wątpić czy dobrego szefa żeśmy sobie wybrali. -westchnął Tajpej. Trevisto kiwnął na Osza, żeby do niego podszedł, po czym zwrócił się do pozostałych gangsterów, kontynuując wypowiedź kolegi. -To nie szef. To zwykła, najpospolitsza świnia. - w jego głosie wyczuwalny był gniew i odraza. - Oszo, póki starszyzna nie rozsądzi, co z tą świnią zrobić, jest zawieszony, a ty pełnisz jego funkcje. Wszyscy w holu zrozumieli, że Werner mówił prawdę. Byli wyraźnie zawiedzeni nowym szefem. Ten z kolei niczego nie mógł zrozumieć. -Co ja takiego zrobiłem? - zapytał się w końcu. -Wstydziłbyś się nawet pytać. - warknął Tajpej. -Ale... ja nic nie pamiętam... - Rich złapał się za bolącą głowę. -Zawiodłeś nas. - krzyknął ktoś. -Powiedziałam jej, że ty nigdy nie pijesz. - rozległ się z góry srogi głos Jenifer. -Bo nie piję. -Ale wczoraj nawaliłeś się tak, że nic nie pamiętasz! - krzyczała Jeni. - I wczoraj też nic nie pamiętałeś! I skrzywdziłeś ją! -Co? - jęknął szef. -To, co słyszałeś, świnio perfidna. - warknął Trevisto. Rich stał jak skamieniały. Nie mógł słowa wydusić. -Ja nic nie pamiętam... - szepnął w końcu. Poszedł pod pokój Nataszy. Delikatnie zapukał. -Nati, kwiatuszku... otwórz, proszę... ja ci wszystko wytłumaczę. Milczenie. Słyszał, jak otwarła okno. Zapukał ponownie. -Kochanie, ja nie chciałem zrobić ci krzywdy... Milczenie. -Ja byłem pijany. Nie wiem jak to się stało... ale byłem pijany. Boże, ja nie pamiętam nic... -Ale ja pamiętam! - rozległo się po drugiej strony drzwi. Głos Nataszy był przesiąknięty goryczą i rozżaleniem. - Odejdź! - krzyknęła i więcej się już nie odezwała, chociaż Rich jeszcze przez półgodziny ślęczał pod drzwiami próbując się wytłumaczyć. Na nic się zdały jego tłumaczenia. Nic nie było dla niej wytłumaczeniem
5. NIESZCZĘŚLIWE URODZINY I PIERWSZE OFICJALNE "KOCHAM" Richard, w głębokim poczuciu winy, dzień w dzień przynosił rano kwiaty przed drzwi pokoju Nataszy. Przed drzwi, gdyż nigdy nie były one otwierane dla niego. Przez dwa tygodnie Nati nawet słówkiem nie odezwała się do Renegisa. Mijała go z daleka, nigdy nie zostawali sam na sam. Zawsze gdzieś w okolicy była Jenifer, albo Werner - jedyny mężczyzna, którego się wtedy nie bała. Na dworze było już szaro. Ostatnie promienie słoneczne tego dnia siadały na czerwonych, jesiennych listkach. Natasza - czy to z rozżalenia, czy to z przyzwyczajenia do wieczornych spacerów - wybrała się do ogrodu. Przemknęła po cichutku przez hol, wyszła na podwórze. "A może zajrzę na grób Arnolda? Pewnie nikt go tam nie odwiedza i jest mu smutno... - po drodze zerwała kilka kwiatków i ułożyła z nich mały bukiecik. - Sądzę, że będzie mu miło..." Gdy stanęła przez tym przykrym miejscem, jej oczom ukazał niespodziewany widok. Otóż zamiast zaniedbanego, jak podejrzewała, nagrobka, ujrzała czysty, marmurowy pomnik, dwie palące się lampki oraz trzy wazony świeżych kwiatów. Natasza stała chwilę w milczeniu. Zastanawiała się, kto o to zadbał. "Ten ktoś musi mieć naprawdę dobre serce..." - pomyślała i położyła bukiecik na marmurowej płycie. W tym momencie usłyszała kogoś za plecami. Podniosła się gwałtownie. W duszy odwołała to, co pomyślała. Ku swojemu zdumieniu zobaczyła Richarda. W pierwszej chwili chciała uciekać, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Stała w miejscu, spoglądając na niego niepewnie. -Nie myślałem, że mogę cię tu spotkać. W ogóle nie wiedziałem, że ktoś tu będzie chciał przyjść. -Też tak myślałam. -Nati... ja byłem pijany... -Nie chcę o tym mówić. Nie chcę z tobą rozmawiać o niczym. - ucięła krótko, odwracając głowę. Natasza ruszyła w stronę Pałacu. Chciała go wyminąć, ale Rich chwycił jej rękę, rzucając się na kolana. -Wybacz mi! Błagam... Wyrwała dłoń z jego uścisku. -Nie dotykaj mnie. -Każ mnie związać i wychłostać, ale wybacz... Nati nic powiedziała. Pobiegła do Pałacu, zostawiając Renegisa przy grobie poprzedniego szefa. Zamknęła się w swoim pokoju i zaczęła płakać. Po chwili usłyszała pukanie do drzwi. -Nati... Możesz wrócić do domu, będę opłacał wasze rachunki, pokryję koszty nauki całego twojego rodzeństwa, kupię wam nowe mieszkanie... cholera... zrobię wszystko żebyś mi tylko wybaczyła. Milczenie. -Słyszysz mnie? Możesz wrócić do domu. Weź wszystko, na co masz ochotę i zaraz cię zawiozę do domu. Znowu milczenie. -Nati? Zwracam ci wolność, słyszysz? - Richard już prawie jęczał. Po chwili ciszy otwarły się drzwi. -Rich... - głos Nataszy drżał. Szlochała między wyrazami. - Ja... Ja jestem w ciąży. Młodzieniec zdębiał. -Chyba nie możesz jej teraz odwieść do domu. - nagle, ni stąd ni zowąd zjawiła się Jenifer. Szefowi gangu głos ugrzązł w gardle. Stał naprzeciwko drzwi i nie potrafił się ruszyć z miejsca. Richard próbował dowiedzieć się, czy Natasza czegoś nie potrzebuje, ale ani ona, ani Jeni nie odpowiadały na jego pytania. Po krótkim czasie…