Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

kultura · 6 min czytania

Guliczna

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kończyło się paliwo, a i my z żoną byliśmy głodni. Postanowiliśmy więc zatrzymać się, by coś przegryźć i napoić auto. Dojeżdżaliśmy właśnie do miasteczka, w którym bywałem jeszcze w gierkowskich czasach i mile to wspominam. Pamiętałem, że na rynku była niezła, jak na tamte czasy, knajpa o nazwie „Hawana”. Wiedziony nostalgią i ciekawością, zaproponowałem, żebyśmy jej poszukali. Miasteczko wyglądało jak przed laty. Domy były szare, ulice dziurawe i tylko zamiast furmanek jeździły po nich auta. Wyjątek stanowił rynek, który był w remoncie. Poprawiano tynki, elewacje budynków malowano na cytrynowy kolor, a drzwi, ramy okien i rynny robiono na czarno. Ten zestaw kolorów wydawał mi się dziwaczny, ale podobno o gustach się nie dyskutuje. Budynek restauracji był obstawiony rusztowaniami i obawiałem się, że jest ona nieczynna. Na szczęście była otwarta. Zachowała nawet starą nazwę, tylko dawny różowy neon zastąpiło krzykliwe graffiti. Weszliśmy i wtedy poczułem się jak w tamtej Hawanie sprzed pięćdziesięciu lat, bo prawie wszystko w niej wyglądało jak wtedy. W sali było może z dziesięć stolików. Miały nogi z metalowych rurek i nakryte były zielonkawymi obrusami. Z podobnych rurek wykonane były krzesła, a ich siedzenia i oparcia pokrywała zielona derma. Trzy ściany restauracji były obite pod sufit miodową boazerią, na której fantazyjnie rozmieszczono kilka doniczek z paprotkami. Ścianę od strony rynku tworzyła zespawana z grubych kątowników krata, w którą wstawione były na kit duże szyby. Ta oknościana kończyła się nisko osadzonym parapetem z szarego lastriko, pod którym był kaloryfer w postaci żebrowanych rur. Na równie szarej posadzce stał w drewnianej donicy rozłożysty filodendron podtrzymywany w kilku miejscach przez drewniane podpórki. Obok stało jeszcze kilka donic z jakimiś palmopodobnymi roślinami. Cała ta dżungla miała pewnie podkreślać egzotykę lokalu, ale też uniemożliwiała przechodniom zaglądanie z chodnika do środka. Im dłużej się rozglądałem, tym bardziej czułem się jak dawniej. Może obrusy były inne, może rośliny przy oknie też, ale generalnie wszystko było po staremu. Inna była jedynie klientela. W tamtych czasach był to jedyny lokal w mieście, gdzie lano piwo i dlatego był zawsze gwarny. Teraz gości było niewielu. Przy stoliku w kącie siedziała przy kawie zapatrzona w siebie parka, a na drugim końcu sali sączyło piwo trzech facetów. Tylko oni przypominali nieco dawnych klientów, bo byli w stanie mocno wskazującym na spożycie. Ledwie usiedliśmy, a już pojawił się przy nas kelner ubrany w czarne spodnie i białą marynarkę. Określenie „biała marynarka” jest mocno na wyrost. Była ona już bardzo pożółkła, a ślady po niedopranych plamach na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Guliczna — czytnik · opowiadania