Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

fantastyka · 32 min czytania

Gumisie - historia prawdziwa

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Król Gregor westchnął rozciągając się na wyściełanym fotelu. Drobnymi łyczkami popijał niemal wrzące wino. Kwaśny cienkusz nadmiernie przyprawiony cynamonem i goździkami, przesłodzony miodem. Taki, jaki lubił. Przypominał mu dawne dzieje. Najtańsze wino w okolicy – to była jego dewiza. Cała komnata zresztą przypominała przeszłość. Dawne czasy pełne bohaterskich czynów, przygód, podróży i ideałów. Rozejrzał się po komnacie. W starannie opracowanej kolejności spoglądał na zgromadzone w niej eksponaty. W rogu spoczywał olbrzymi topór Domdiego niedbale oparty o grubociosany barek. Oręż był tak ciężki, że musiało go tu wnosić trzech służących, a najsilniejsi rycerze określali go mianem broni trzyręcznej. Sir Taxfor przyrównywał go oczywiście do swojego przyrodzenia, którego na całe szczęście nie miał jeszcze przyjemności oglądać… z bliska. Gregor wrócił wspomnieniami do licznych potyczek, gdy niemal trzymetrowy Domdie siał postrach wywijając toporem na wszystkie strony osłaniając się przy tym równie nieporęczną tarczą. Głupi był…. A silny jak tur. Wspomniał też bohaterską śmierć ogra pod opuszczona kratą zamkowej bramy otoczonego kręgiem gwardzistów lorda Chestera. Wężownik twierdził później, że kołowrót się zaciął. Pierwsza zdrada. Przesunął wzrokiem po ścianie. Płaszcz Wężownika. Ten sam, który miał na sobie, gdy zginął, otruty. Gregor zawsze wybuchał suchym śmiechem na tę myśl. Wężownik otruty! Dobry nastrój szybko gasł, gdy spoglądał na przeciwległy róg pokoju. Zaschnięta róża wtopiona w żywicę przypominała mu o Laurze matce Kali. Zdrady! Zdrady! Zdrady! Nie miał dzisiaj nastroju na dalszą wędrówkę w przeszłość. Wstał, jednym haustem wypił gorące wciąż wino i wyszedł z komnaty nie zaszczyciwszy nawet spojrzeniem koronnego eksponatu. -Czas zająć się sprawami Dunway– rzucił oschle do czekającego za drzwiami sekretarza, mlaskając poparzonym językiem. Ten, chłopak nie język, pokornie kiwnął głową i otwarł przed królem sąsiednie drzwi. Weszli do pracowni. Prywatnej pracowni, gdzie mógł przebywać tylko on, jego osobisty sekretarz oraz sir Taxford. -To co dzisiaj do podpisu? – rzucił Gregor. Oskar, przedsiębiorczy młody chłopak westchnął. Czyli dzisiaj znowu nici z renegocjacji umów z księstwem Gryionu i opracowaniem nowej ustawy regulującej miejscowy handel. Nie wspominając nawet o cudownym usprawnieniu królewskich finansów, które to Gregor obiecuje od dawna. Król udał, że nie słyszał i nalał sobie cytrynowego trunku pochodzącego właśnie z Gryionu. Podobno to najgorsze wino, jakie tam produkują. Dostawca stawiał za to własną głowę. -Dwa wyroki. Dwie koncesje. I… trzeba zdecydować jak będziemy naliczać podatek od hm… nieruchomości klasy B podtyp 2a– zaryzykował. Gregor zainteresował się. -A co to za… -Nieruchomości… to szalety publiczne –cichutko odpowiedział Oskar. -No dobra… -król pacnął na tron. –I takie rzeczy na starość. Gadaj. -Otóż czternastego kwietnia roku… - Król podszedł do lustra i wysunął język. Oskar dalej retorował zawzięcie. Poczerwieniał, język nie chłopak, i lekko spuchł. -Konkrety –przerwał Oskarowi wściekle Gregor. Sekretarz widział, co się świeci eee... święci, więc szybko wyrecytował. -Liczymy ryczałt, czy od klienta? -Od klienta? To ktoś to liczy? I na to idą moje pieniądze? – zrobiło się groźnie. -Właśnie chcemy to wyrugować –nieśmiało próbował bronić się Oskar. -Walnij im jakiś ryczałt, żeby się zesrali –król ryknął śmiechem, Oskar nie. – A serio to ustaw na jakiś sensowny, w końcu każdy od czasu do czasu chce się wyszczać publicznie. –Dumny z siebie król dopił trunek, cmoknął i wstał z fotela. Rzucił okiem na stół. -Skazanych w ramach łaski wysłać do kopalni na… -zerknął na Oskara. -Dwa… -podpowiedział tamten. -…na dwa lata. Temu z lewej dać koncesje a temu z prawej nie. -A nie można na odwrót? –Zapytał nieśmiało sekretarz. Gregor wzruszył ramionami i podpisał świstek po prawej stronie. -A jebał ich muł… - Oskar westchnął, król nie. Zakończywszy w ten podniosły sposób dzień pracy Gregor niezauważalnie skinął głową sekretarzowi i wyszedł z komnaty. Chłopak przez chwilę zastanawiał się czy ukrytkiem nie nalać sobie z królewskiej karafki. Ale tego świństwa nie da się pić… eee… wuj kupi mu coś lepszego za tą koncesję.

Piętro niżej Gregor spotkał zataczającego się Taxforda dzierżącego olbrzymie pęto kiełbasy, bochen chleba i ubity dzban. Prowadziły go dwie roześmiane posługaczki. Całkiem ładne roześmiane posługaczki. Całkiem ładne roześmiane posługaczki z ładnymi cycuszkami. Całkie… -Witam wasza królewska mość – o dziwo bezbłędnie wyrecytował rycerz. -Witam Taxfordzie – z uśmiechem odpowiedział. Klepnął bliższe dziewczę w tyłek. – Co to za smakowite piękności prowadzisz? -Chce wasza miłość się przyłączyć? –spytał jowialnie pierwszy rycerz króla. Szeroko otwarte oczęta smakołyków zdradzały wielką na to ochotę. -Nie musze jeszcze Kali bajkę opowiedzieć, na dobranoc –odparł i odszedł szybkim krokiem zostawiając zdziwioną gromadkę za sobą. -Czy królewna nie jest za duża na bajki? –spytała klepnięta przez króla posługaczka. -Zależy, na jakie bajki-zadrżał sir Taxford.

W oddali, za Starą Puszczą i Kamienistą Doliną, ledwo widoczna nawet z najwyższych wież zamku Dunway inna twierdza pięła się wokół poszarpanego szczytu ku mrokom nocy. Najwyższa, poskręcana od starości i nieudolności budowniczych wieża tonęła w ciemności. Jedynie jedno niewielkie okienko błyskało chwiejnym ogniem świecy. Nad wielką księgą nachylała się okryta płaszczem postać. Nie była tak postawna jak król Gregor, ale dorównywała mu na pewno wzrostem. Wyglądała demonicznie. Co prawda płaszcz służył raczej za wygodne mieszkanko dla pcheł, ale i tak w półcieniu robił wrażenie. Od chłodu zaś nie chronił niemal wcale. Książe był przyzwyczajony. Mamrotała coś pod nosem zapisując krótkie notatki na luźnej kartce przyciśniętej do stołu cynowym świecznikiem. W końcu postać przeciągła się i wyprostowała. -Koniec na dziś. W końcu Dunway to nie zając – szepnął piskliwie pod nosem. Ziewną. Od niechcenia kopnął leżącego obok biurka ogra, który nawet się nie poruszył i poszedł sapać. Od czasu do czasu złorzeczył przez sen. -Już cię mam, Gregor! Już cię mam…

Grafi zastanawiał się czy lepiej marudzić, że Bunia robi dzisiaj pranie czy, że robi to za wolno… -Wiesz co, Buniu? Robisz to za wolno – stwierdził, po czym zadowolony z siebie dodał. – A w ogóle to darowałabyś sobie dzisiaj. -Jasne, i zarośniecie jak ogry. – Bunia podniosła przy tym palec do góra jakby miała zacząć wyliczać.- Dawaj łachy! Bo jak… -O nie! – przerwał jej Grafi uciekając do spiżarni. Potknął się o Tamiego, który leżąc próbował wyciągnąć coś spod regału wypełnionego niejadalnymi przetworami Buni. -A co ty tu w ogóle robisz? – spytał Grafi, po czym stwierdził, że jednak nie chce wiedzieć. – A zresztą… - Odwrócił się by nie widzieć jak grubas zjada mało apetyczne skarby wykopane z kurzu zalegającego podłogę. Przecisnął się przez niewielkie okienko i znalazł się w kanale klimatyzacyjnym zanim Bunia poradziła sobie z obejściem Tamiego. -Auu… za co? – Doszedł go jeszcze trzask wałka. -Ciemo jak w dupie czarnego ogra -z braku towarzystwa Grafi pomarudził dla sportu. Przysiadł na stercie papierów próbując odpocząć od ludzi, znaczy gumisiów. – A co, do jasnej, robią tu te papiery – spróbował jeszcze raz bez przekonania. Na próbę wziął jedno i poczłapał do najbliższego wywietrznika. Zamaskowany roślinnymi wykończeniami dawał równie mało światła, co powietrza. Papier okazał się cienką gazetką. Otwarł na losowej stronie i zbliżył do światła. Pornos. -Fuj… ludzkie. – Odrzucił z niesmakiem, czy może raczej wymuszonym niesmakiem. -Będę musiał Cabiemu dać namiary na moją kolekcję. – Postanowił i zsunął się szybem wentylacyjnym do zagraconej łazienki, której od lat nikt nie używał. Bo i po co? Łazienka! Starożytne gumisie nie używały takich… Hm… Łazienka jakoś nie wyglądała na nieużywaną. Ze zdziwieniem spojrzał na kolekcję różnych różności leżących na półeczce. Nie wyglądała też na zagraconą. Następnie dostał w głowę czymś ciężkim i odpłynął.

-Grafi! Obudź się. Ja nie chciałam. Myślałam, że to Cabii! – Grafi otworzył oczy i zobaczył Sani. Nagą Sani. Zatęsknił za ludzkimi pornosami. Sani stwierdziwszy, że nic mu się nie stało walnęła go jeszcze raz.

-Mogę otworzyć oczy? – spytał Grafii podnosząc się na kolana. Ciągle szumiało mu w głowie. -Tak –zimno odpowiedziała gumiśka. – Co ty tu w ogóle robisz? –rzuciła lodowato. -Uciekam przed Bunią. Myślałem, że nikt nie używa tej łazienki…-próbował się tłumaczyć. Głupio wyszło. -Acha… - powiedziała nieufnie. Kątem oka przyjrzał się jej. Kusy szlafroczek i frywolna postawa odsłaniały dużo za dużo. -No dobrze. Niech będzie –odetchnął z ulgą. – Grafii? –zapytała słodziutko. -Co? – spróbował nie burknąć. -Jak… jak wyglądam? – Zrozumiał. -Świetnie – gładko skłamał. -Naprawdę? Ach Grafii… -spróbował nie trzasnąć drzwiami.

Wychodząc zobaczył przyczajonego Cabiego udał, więc że go nie widzi i krzyknął przez ramię. -I jak następnym razem nie będzie leciała woda to nie ciągnij z całej siły… - mijając gumisia szepnął jeszcze jakby do siebie. – Ach ta dzisiejsza młodzież, zupełnie jej nie rozumiem. Za węgłem natknął się na Zamiego, który z dzikim wyrazem twarzy próbował coś wyczarować. Nagle świecznik obok niego poruszył się i zaczął stepować. - Czy tu wszyscy powariowali? Idę na zwiad do Drekmor. Wydaję się, że jest tam bezpieczniej – warknął przez zęby do magika. – Słyszałeś matole? – Zami kiwnął głową i przymierzył się do kolejnego czaru.

Zamek Drekmor nigdy nie należał do najschludniejszych a odkąd przejęły go ogry wyglądał wręcz jak skrzyżowanie śmietnika z klozetem. Wiadomo ogry… Nawet Grafi musiał przyjąć, że tu śmierdzi. -Że też Igthorn tu wytrzymuje… -mruknął przechodząc kanałem odwadniającym biegnącym pod dziedzińcem. – To w sumie kanał oduryniający… - Zatykając nos ledwo dotarł do wąskiego szybu biegnącego w górę wieży. Szybko piął się po zardzewiałej drabince. -Trzeba to kiedyś pomalować. Przydałaby się pomoc. Że też wszystko muszę robić sam… Tłuścioch, maciora i kret… Muszę zacząć wdrażać Cabiego. – Zrezygnował. Sarkanie bez zniechęconego lub wściekłego słuchacza nie miało sensu. Dotarł wreszcie do malutkiego pokoiku wciśniętego między zsyp a filar konstrukcyjny. Rozwalił się na wąskim tapczaniku i sięgnął do leżących na półeczce butelek. -Gin czy Ogrza? –skupił się chwilę na tej egzystencjalnej decyzji. Westchnął i odłożył w większości pustą butlę szlachetnego, no szlachetniejszego, trunku. W końcu ogrzej miał pod dostatkiem. Przetarł palcem zakurzony kieliszek, ogrzy kieliszek, kieliszek Taudiego – tego sprytnego pokurcza. Z sufitu zwieszały się gumowe węże poznaczone kolorowymi pasami. Grafi schwycił ten oznaczony na czerwono. Odsunął zaślepkę. Z otworu sączyły się mściwe i pełne tryumfu słowa księcia. -Wreszcie pogrążę zamek Dunway i tego… tego… błazna Gregora. -O najwyszukańszoobrażliwszy, jak zamierzasz tego dokonać - zawołał Taudi kończąc cichutko - tym razem? -Wyczytałem w tej no… tu tego… eee… księdze gumisów… gumisiów , jak zrobić niesłychanie silny napój przeczyszczającyyyy – zapiszczał w końcówce Książe. -O… wasza najretoryczniejszość Taudi nie rozumie… - Książe zafasował mu kopniaka -Czego nie rozumiesz ty… imbecylowaty imbecyluuu?? – zaskrzeczał w końcówce Igthorn. –Zdobędziemy zamek, gdy załoga srać będzie w kiblu – i tonem mentora dodał. - Środek działa zabójczo już w dwa dni po zażyciu. -O najokrótniejszości, co za błyskotliwy plan - zawołał Taudi kończąc cichutko – jak zawsze zresztą. -Ha nawet lepiej! Wyruszamy jutro o świcie – w pełni składnie zapowiedział Książe. -Ależ panie… a kiedy podamy środek? – zapytał niepewnie Taudi świadom, że wytykanie książątku błędu nie jest najlepszym pomysłem. -Już go podałem kijanko… Pamiętasz tą małą beczuszkę, którą wrzuciliśmy do fosy przedwczoraj? – aksamitnie spytał Książe. Taudi padł na kolana. - Taudi jest rozczarowany, książatko już nie ufa Taudiemu, już go nie kocha – ogrek rozkleił się do końca. -No już dobrze, już dobrze –poklepał go po ramieniu Igthorn – nie chciałem żeby te wszędobylskie gumisie nas podsłuchały. – Taudi przestał szlochać. -A teraz zabieraj się wołać ogry. Jutro wszyscy mają być gotowi i trzeźwii – zaskrzeczał i kopnął ogra na pożegnanie.

-Ale będą kłopoty – bez entuzjazmu posumował Grafii. – Trzeba zabrać gumisie. I może nawet Kewina…

-To nie do wiary! Jak im się to udało? Tamtej nocy prawie na pewno razem z Unwynem byliśmy wyjątkowo trzeźwi i co najwyżej drzemaliśmy… Na pewno usłyszelibyśmy księcia i jego ogry… - Kewin był załamany. – Nigdy nie zostanę rycerzem. -Nie przejmuj się każdemu się zdarza – pocieszał go Cabi. -Tobie, mam nadzieję, nie – zagrzmiała Bunia. –Prawda? -E… dajcie już spokój – uratował chłopaka Grafi. – Trzeba wymyśleć co z tym zrobić. -Wymyślić – automatycznie poprawił go Zami. Grafi walnął go w łeb. -A ta – zgodził się mag.- To może poszukamy w Kielkiej Wsiędze… Wielkiej Księdze Gumisiów. -Nie mam zamiaru zbliżać się do tej pleśniejącej i śmierdzącej… sterty- Sani głośno wyraziła ciche zdanie reszty. Zani wyglądał na obrażonego. -Szkoda już się dokonała. Mleko wylało, lustro stłukło i tak dalej. Myślę, że trzeba to tak zostawić – ciągnęła nieubłaganie Sani. -No nieee! Tak nie można – zaskomlił Kewin- to by oznaczało koniec Dunway… -Dobra, dobra tylko mi się tu nie rozklejaj – warknął Grafii. -Ja mam pomysł – plując okruszkami powiedział Tami. Sala zamarła. -Ty? – sceptycznie zapytał Cabi. -No –ucieszył się grubasek.- Może Księciu zgotować ten sam los –uśmiechnął się mściwie. -Jaa… jakkk? –popluł się Kewin. -Tak sobie myślałem… -Tami zamilkł na chwilę. Dłuższą chwilę. -I? –pośpieszył go Grafi. -Zapomniałem -wyszeptał Tami. –A nie jednak pamiętam, a może wymyśliłem to jeszcze raz? -Co? -Grafi poczerwieniał. Szykował się już do ręcznego uzyskania odpowiedzi, gdy Tami wypalił. -Mamy zapasy Buni! Można by podłożyć Księciu. -Ale ich nie można otwierać –zawołała ze strachem Bunia. -Nie martw się szlachetna Buniu, obronię cię przed każdym potworem, jaki mógłby wyleść z słoików. -Wyleź…-poprawił go Zami, ale Bunia przerwała mu lodowatym głosem. -Nie o to chodziło skarbie. Jak je otworzymy to się zepsują, a czekają na specjalną okazję. -To one mogą zepsuć się jeszcze ba… tego, mogą się zepsuć –Grafi zmiękł pod ołowianym spojrzeniem kucharki. -To jest doskonała myśl. Uratujemy zamek Dunway i wyślemy Ightorna do kibla –wrzasnął wreszcie Kewin wywołując, prawie, jednomyślną euforię.

W oddali, za Starą Puszczą i Kamienistą Doliną, ledwo widoczna nawet z najwyższych wież zamku Dunway inna twierdza pięła się wokół poszarpanego szczytu ku mrokom nocy. Najwyższa, poskręcana od starości i nieudolności budowniczych wieża tonęła w ciemności. Jedynie jedno niewielkie okienko błyskało chwiejnym ogniem świecy. Nad wielką księgą nachylała się okryta płaszczem postać. -Wyborna… -cmoknęła postać popijając zielono-niebieski płyn z wyszerbionego pucharu. -Lasencja czy ugh… wino? –zapytał karduplowaty ogr. Przepraszam, kurduplowaty ogr. -To nie wino tylko musujący napój z żywinka szarego. -Już żałuję, że się pytam, Panie, ale co to jest żywinek, o najkroniczniejszamądrości? -Żywinek szary to bardzo szlachetna odmiana pijawki. -A to by się zgadzało –mruknął i cicho dodał – swój do swego ciągnie. -Mówiłeś coś? –spytał Ightorn obracając księgę dookoła. –Ta tutaj jest całkiem wygimnastykowana –dodał do siebie. -Ach najuważniejszości, Taudi głupio spytał czy ten napój jest zrobiony z pijawek. -Zabawne, że o to pytasz, ale nie tylko. Ciekawe, co zrobi z tym saksofonem –zastanowił się przewracając stronę. Odpowiedź czaiła się na następnej. –O! To jest w ogóle możliwe? –Zamknął gwałtownie księgę. –Co tego… a.. to… W tym delikatesowym trunku można doszukać się również marynowanego mózgu szczura, prażone odwłoki pająka i specjalny, niepowtarzalny aromat z……

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Gumisie - historia prawdziwa — czytnik · opowiadania