Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Kryminał · 48 min czytania

Guślarz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Ciepło zachodzącego słońca otaczało ze wszech miar cały świat. Majestatyczne lipy tańczące w jesiennej nostalgii szumiały tajemniczo i spokojnie. Pola ścielące horyzont złociły się jeszcze mrowiem niskich snopów. Zagajniki uporczywie trzymające się łąk załkały żałośnie przesiewając delikatny zapach umierającego lata i zbliżających się mrozów. Jasne chmury wisiały na niebie, postrzępione za to, że ośmieliły się przykryć słońce swym całunem. Wszystko wydawało się takie piękne, wyrzucone z osi czasu. Niczym najpiękniejsze wspomnienie sprzed lat, nie zwracało uwagi na to, co działo się w najbliższym otoczeniu dziesięcioletniego chłopca. Pogoda, niczym piękna, rozpuszczona panna, drwiła z rodziny zebranej nad czarnym padołem otoczonym zaśniedziałym parkanem. Przed okazałą furtą, otwierającą drogę na zajeżdżony gościniec, niecierpliwiło się pięciu jegomości, odzianych w ciemne, zdobione tuniki. Kilka łez skropiło młodą skroń chłopca nim zorientował się, że tkwi w uścisku swej matki. Spłynęły okrążając pełne policzki, zaczerwienione od strachu. Cichy, tkliwy ton trąbki rozpoczął wojnę z wesołym trelem ptaków. Jasna bryła drewna połyskująca dostojnie żywicą zniknęła za ostateczną bramą. Bramą grobowca rodziny Kolhan.

- To nie miało się tak skończyć. – szepnął żałośnie starszy brat chłopca, stojący na uboczu. Pośród boleści, uśmiechnął się nieznacznie. Czymże on jest, by osądzać przeznaczenie.

Westchnął. Powietrze, łapczywie wciągnięte przez wzruszoną pierś, zagrało swym oszałamiającym, przejrzystym zapachem. Spojrzał na swego młodszego brata. Wtulony w matkę, wyglądał na, co najmniej, czternastolatka.

- Koniec z dzieciństwem. – pomyślał młodzian. – Teraz to ty jesteś dla niego ojcem. - słowa te, nawet w myślach, wydały się tak obce. Podobnie jak cała ta sytuacja.

Wzdrygnął się nieznacznie. Objął swymi silnymi ramionami matkę i brata, kierując jednocześnie twarz w stronę słońca. Intuicyjnie, z zamkniętymi oczyma, poczuł się jak najgorszy łajdak. - Nie czas na słońce i ciepło dnia. Czas na płacz i zgrzytanie zębów. Jakiś marny urzędnik z miejskiego ratusza, będący raczej pod wpływem gorzały, niż bolejący nad stratą rodziny, zrobił jeden, chwiejny krok do przodu. Chrząknął władczo, tak, by wszyscy zwrócili swą uwagę i uszy na jego osobę. Odbębnił przemówienie przesiąknięte polityką. Wiele Najjaśniejszy Pan zrobił dla miasta. Był człowiekiem szlachetnym, czystego serca. Walczył z naszymi wrogami zdradziecko napadającymi granice. Tak, jak wszyscy, pragnął dobrobytu z rąk rady miasta. Amen. Odszedł chwilę później wraz z innymi zebranymi tego pięknego dnia.

* * *

Tydzień nie minął do tamtego przedpołudnia, do chwili, gdy chłopiec zadał pierwsze, miażdżące pytanie. W obszernej kuchni, która niegdyś mieściła dwóch kucharzy i służki, była jedynie wdowa wraz ze swym młodszym synem. Zadbane pomieszczenie, przedzielone pokaźnym piecem kaflowym tonęło w ciszy zmieszanej z kurzem. Ostatnia mucha brzęczała gdzieś, pod osmolonym sufitem. Wesołe, milczące słońce, które wyszło zza chmur, zostało przywitane przez trzask rozpalanej szczypki.

- On… nie spadł z konia, prawda? – rzucił chłopiec. - Tata nie mógł tak po prostu spaść z konia i umrzeć.

Pulchna kobieta o niegdyś pogodnym wyrazie twarzy, zaniechała rozpalania w palenisku. Przetarła zmęczona skroń, kreśląc popiołem szarą smugę. Głębokie, piwne oczy, zaczerwieniły się wieszcząc łzy.

- Gdy dorośniesz… Dowiesz się. – pierwsza łza spłynęła szybko, niczym smagnięcie bata.

Kobieta pociągnęła nosem. Wiedziała i - w głębi serca - była z tego dumna, że jej zdolny syn już dawno wydedukował, co stało się z jego ojcem, jednak młode oczka, tak bardzo podobne do oczu tego jedynego, kipiały chęcią pewności.

- Dowiesz się, gdy będziesz dorosły! – powtórzyła dobitnie, z widmem dawnej pewności. Usta zatańczyły w braku sił.

Nie przywykła do ciężkiej pracy, mimo, iż nie zawsze mogła być tylko panią dworu. Izba rozjaśniała jeszcze bardziej w tym momencie, ukazując tłustego kota drzemiącego w kącie, tuż przed piecem. Wyciągnął leniwie swe dostojne pazury i zniknął za progiem prowadzącym na zewnątrz.

- Idź już. – sapnęła pani, podnosząc z trudem spory kocioł z wodą.

Dawniej wybiegał bez pozwolenia, by cieszyć się obecnością ptaków, drzew, słońca. Teraz jednak wszystko było obce. Ten dwór nie był już jego domem. Drzewa nie były już tymi, które pamiętał sprzed tygodnia. Nic nie było takie samo od momentu, gdy wyniesiono ciało Wielmożnego Pana ostatni raz, za próg swego domostwa. Zbudowanego przez jego własne dłonie, zbroczone w pocie i krwi. Młodziutki dziedzic w głębi duszy wierzył, że dobrotliwy opiekun i nauczyciel życia kiedyś powróci. Przyjedzie na koniu, z twarzą wysmaganą wiatrem, by znów objąć twardym, ojcowskim uściskiem i poprowadzić przez świat. Być może stanie się tak, lecz nie teraz.

Wyłącznie na końcu czasów.

Ciasne podwórze tętniło jeszcze życiem. Okna niewielkiej kuźni, zaślepione przez świńskie skóry, trzepotały od przeciągu. Przez szeroką bramę wydobywał się miarowy dźwięk młotów uderzających o kowadła. W mniejszej o połowę drewutni, rąbano drwa na zimę. Słomiany dach stajni, nadszarpnięty przez ostatnią nawałnicę, naprawiany był teraz przez dwóch rosłych osiłków. Pokrzykiwali na siebie z prowizorycznych drabin. Każdy wiedział najlepiej, czego trzeba temu majątkowi ziemskiemu. Wszyscy dobrzy sąsiedzi przysłali swych parobków. Chcieli pomóc, ot tak, ze szczerego serca. Jedynie ewentualnością było zdobycie serca, no… w ostateczności… posagu młodej wdowy.

Chłopak stał tak, wpatrzony, zahipnotyzowany przez kipiący tłum robotników.

- Ojciec chciał, byś został rycerzem. – wyraźnie niski głos starszego brata rozbrzmiał gdzieś, za prawym barkiem. – Miałem sen. – baryton załamał się.

Dwóch mężczyzn wyniosło przed kuźnię dwa pakunki niedokończonych ostrzy. Zadzwoniły przeciągle metalicznym jękiem, zwiastując niepokój. Wojna, będąca sprawą zaprzątającą głowy wyłącznie dorosłych, zbliżała się nieuchronnie.

- Siedział na tronie… – kontynuował brat. – …za oknem rozgorzała bitwa. Słyszałem krzyki mężczyzn, szczęk stali…

- Oszczędź sobie! – przerwał młodszy. – jeszcze rok temu, nie wyściubiłby nosa poza spódnicę matuli. – Przejdź do konkretów!

Brat prychnął smętnym wspomnieniem zadziornego śmiechu.

- Czyżbyś mężniał? – rzekł zmieszany. – Nasz tatko powiedział mi we śnie, że tron, na którym siedzi, należy teraz do mnie. Zaś ty... – silna dłoń obróciła chłopca twarzą do swego brata. - …zaś ty masz być wiernym mi obrońcą.

Chłopiec wzruszył ramionami. Nagle zapragnął być zupełnie sam. Odszedł pewnym krokiem w stronę drewnianej, zadaszonej bramy, otwierającej swe skrzydła na gęsty las.

- Słusznie! – przyznał głośno młodzian sądząc, że w stosunku do młodszego brata, może sobie wreszcie pozwolić na namiastkę męskiej szczerości. – Przemyśl to! Ja zaś wyruszę do miasta po służki, bo nie godzi się, by matula męczyła się przy kotłach. Później wyruszę do klasztoru po nasze umiłowane siostry! – ostatnie słowa umknęły gdzieś między starymi drzewami otaczającymi dwór od strony północnej.

Starszy chrząknął oczekująco. Po chwili kilku bystrzejszych parobków, przyprowadziło mu niespokojnego wierzchowca. Wspiął się z trudem na siodło. Młody ogier parsknął nerwowo w reakcji na ściągnięcie lejców. Podreptał niechętnie wzniecając tuman kurzu i pognał, wypadłszy z drugiej, węższej bramy prowadzącej na zachód. Nie mógł zrozumieć, dlaczego Najjaśniejszy Pan już nigdy nie usiądzie na jego grzbiecie.

* * *

Cmentarz górował posępnie nad złocistymi polami. Wzgórze pełne grobowców nie było już tak straszne jak kiedyś. Teraz, gdy ostatnie w tym roku ciepłe promienie słońca spływały z najwyższego miejsca na nieboskłonie, pokryte mchem nagrobki wieśniaków nie wydawały się już tak upiorne. Nawet niewzruszone grobowce mieszkających w okolicy możnowładców, straciły swój mrok, pozostając jedynie wymyślnymi bryłami z kamienia. Jeden z najokazalszych, pokryty niskim, trójkątnym dachem, bielał świeżą pieczęcią.

Nieobecny dotąd wietrzyk zmienił się w silniejszy, zimny wiatr. Chłopiec znalazł się już przy wejściu do grobowca, uklęknął. Jasność dnia uciekała powoli przed ciemną chmurą. Minęło kilka chwil zanim zza obłoków wyszło nie słońce, a czarna tarcza połyskująca świetlistą obwódką. Przez kolejne minuty nic się nie działo. Wiatr zwiewał kolejne kwiaty i wieńce z kolejnych nagrobków, drzewa szumiały niespokojnie. Półmrok nie ustawał. Jedyne, co ustępowało, to niewzruszona, młodzieńcza odwaga.

Chłopiec spuścił obolały wzrok na manuskrypt wykuty w kamiennej tablicy. Zesztywniały kark zaskrzypiał niemiło. Gęsia skórka wzbudzona przez sytuację, rozpełzła się po plecach. Kątem oka zauważył jakiś dziwny kształt kłębiący się na niezbyt spadzistym zadaszeniu kamiennego kurhanu. Przeklął tą chwilę, w której coś kazało mu iść na grób ojca.

- Na miłosierne boginie! – rozbrzmiał gruby, młodzieńczy głos. Pełen przerażenia i zdziwienia.

Młode nogi odmówiły posłuszeństwa. Ni drgnęły, niczym przyklejone do zdobionego klęcznika. Tuż nad jego głową, siedział drobny starzec okryty postrzępionymi łachmanami. Pamiętały zapewne czasy młodości swego właściciela. Chłopiec jęknął uparcie, szarpiąc znieruchomiałe nogi. Nerwowy oddech utknął w płucach.

Wyblakłe oczy starca, ukryte w głębokich oczodołach, zabłysły nienaturalnie. Krzaczaste brwi niemalże zetknęły się z długą, przerzedzoną brodą. Wiatr ustał, przywracając światu spokój. Wszystko ucichło, jednak tarcza słoneczna nadal zakryta była przez księżyc. Chłopiec wstrzymał się od dalszych prób. Blada twarz nie okazała jakiegokolwiek uczucia. Jedynie serce dzikim stukotem dawało upust strachowi. Staruszek poruszył małą głową. Wykonał kilka kiwnięć, mlasknięć, mrugnięć, po czym wyprostował się najbardziej, jak tylko był w stanie.

- To ty. – skwitował nienaturalnie młodzieńczym głosem. Rzadka broda rozbujała się w ganiącym kręceniu głową. – Nie wiesz, że gdy Nemoia zakrywa Teideos, z grobów wychodzą trupy?

- A ty jesteś z takich? – zadziorność wypaliła w ustach chłopca.

- Wypraszam sobie! – fuknął staruch. – Jesteś najlepszym przykładem, że nie jestem z takich! Zapomniałem, jaki to ja pyskaty byłem. – chrząknął stłumionym śmiechem. Serdecznie, tak, jakby przypomniał sobie wdzięczne i ważne wspomnienie z najodleglejszej przeszłości. Jakby widział obraz, który odwiedził go, podobny do starego, dawno niewidzianego przyjaciela.

Młodzieniec odetchnął z ulgą, gdy znów mógł wyprostować kolana. Cofnął się o krok, ostrożnie, by nie runąć na kolejny grobowiec. Umysł podsuwał mu postacie Guślarzy - starych dziadów o osobliwych cechach. „Porywają takich jak ty i zatruwają mleko w krowich wymionach” – zwykła mawiać każda, wredna służka.

- Nie odchodź, do diaska! Dawno me oczy nie widziały tej twarzyczki!

Chłopiec dał wyraz głębokiego zamyślenia. Guślarze raczej odpadli z typowań, więc postanowił powziąć inną, bardziej ryzykowną myśl.

- Dziadek Ulrich? – wypalił dość niepewnie.

Starzec zastanowił się chwilkę, po czym pokiwał energicznie głową. Młodzieniec w odpowiedzi odrzucił głowę do tyłu. Uświadomił sobie jednocześnie, że nie trafił i że starzec kłamie.

- Dziadek Ulrich umarł trzy wiosny temu! W takim razie jesteś Guślarzem! Wiedz, że się nie boję! Odejdź precz…

Staruszek zerwał się z miejsca. Oczy zaszły namiastką bolesnych łez.

- Zaczekaj! – jęknął błagalnie. – Tak! Przypominam sobie! Dziadziunio Ulrich odszedł tamtej deszczowej wiosny… - zabełkotał przejmująco, by dać sobie czas na znalezienie kolejnych argumentów. – złamałem wtedy prawą nogę… Nie! Lewa to noga była! Jechałem powozem i… stoczył się do wąwozu!

Chłopiec pobladł jeszcze bardziej. Szczęka powędrowała na dół.

- Byłeś tam? – szepnął, mrużąc oczy z niedowierzania. – Wtedy? – jeden, wielki mętlik w głowie zahuczał w jego umyśle. – Ale… wtedy ze zbocza stoczył się tylko jeden powóz. Jechały na nim wyłącznie moje dwie siostry i ja.

- Tak! – uradował się starzec. – Guenna i Aleia ofiarowały się do klasztoru za uratowane życie!

- Jesteś duchem! – orzekł chłopiec. Bez jakiegokolwiek uczucia. W stu procentach pewny tego, co mówi.

Starzec przetarł usta drżącymi dłońmi. Wzdrygnął się, gdy zauważył, jak koniuszki palców znikają w powietrzu.

- Nie! – zacharczał, osuwając się po gładkiej powierzchni zadaszenia. – Jestem przestrogą!

Gdy runął na ziemię, poczuł całym sobą powracające siły. Odkaszlnął z ulgą, z twarzą wpatrzoną w pylistą ziemię cmentarnego pagórka. Z trudem podniósł swe zdrewniałe kończyny. Otrzepał „szaty”, wzbudzając niewielki tuman kurzu. Nawet marmurowe cherubiny wspierające fasadę zakasłały bezdźwięcznie. Starzec wzrostem nie przewyższał chłopca, jednak wydawał się o wiele groźniejszy. Przynajmniej z daleka.

- Baaves!

- Tak mam na imię! – chłopak warknął z niedowierzaniem i złością. Znienawidzone od urodzenia imię, przyprawiało go o mdłości.

- Posłuchaj! – starcza, pomarszczona dłoń spoczęła na ramieniu młodzieńca. – Nie ukrywam, że wkrótce będę musiał cię opuścić. Szkoda, że nie porozmawiamy dłużej. Tylko tych kilka chwil mogę ci ofiarować. – westchnął boleśnie. - Tak więc przekażę ci to, z czym do ciebie przybyłem. – zamilkł na chwilę, w oczekiwaniu na gorączkowe pytania chłopca. Warknął jednak, gdy nie otrzymał żadnego. - Powiem ci teraz, gdzie ukryta jest broń twego ojca. Naszego ojca.

- Naszego ojca? – pytanie niemal drwiące, wypadło natychmiast z ust Baavesa. Wzrok starca zbył pytanie rzucone mu w twarz.

- „Kozioł” ukryty jest w tym oto grobowcu. – wskazał ręką na świeżą pieczęć włazu, ani na chwilę nie spuszczając namiętnie skupionego wzroku z chłopca. Ten zdołał jedynie jęknąć w niezrozumieniu. – Pamiętaj o nim. Wydobądź go, gdy będziesz dorosły.

Baaves mrugnął tępo. Stracił pewność siebie. Nawet strach ustąpił zakłopotaniu. Może zasnął podczas modlitwy o zbawienie ojca?

- Dorosły? – jęknął. – Czy ja kiedykolwiek będę dorosły?

Staruszek przełknął ślinę. Rozejrzał się dookoła, lawirując wzrokiem po majestatycznych lipach, coraz bardziej nerwowo poruszającymi gałęziami.

- Wiatr się wzmaga. – szepnął ze zgrozą. – Czymże jest dorosłość, powiadasz? Przez te wszystkie lata słyszałem teorie wielu dorosłych mężczyzn i kobiet. Dorosłość osiągasz wtedy, gdy zdajesz sobie sprawę, że śmierć istnieje, gdy widziałeś czyjąś śmierć, gdy pierwszy raz obcowałeś z niewiastą, gdy założyłeś rodzinę, gdy nauczyłeś się szermierki, gdy wylądowałeś na ulicy, gdy przeklinasz bezkarnie najgorszymi epitetami, gdy odbierzesz komuś życie, gdy straciłeś wszystko, gdy stałeś się za coś odpowiedzialny… Każdy ma swoją teorię. – westchnął kolejnym, bolesnym westchnieniem. – Jeszcze jedno… Przynajmniej to chcę teraz zmienić… Nie ufaj mężczyźnie zwanemu Quaron! Bądź szlachetnym i dobrym rycerzem! Nie lękaj się przeciwności losu i zła tumaniącego twoje serce! – kolejne słowa zlewały się z coraz silniejszym wichrem. Pęd powietrza rozwiał poszarpane szaty, przemieniając je w sypki piach, natychmiast ulatujący w dal.

Nieobecny wzrok chłopca wbił się w pustą przestrzeń pozostałą po tajemniczym przybyszu. Cały świat stawał się coraz jaśniejszy. Pątniczy świst ustał. Powróciło słoneczne, ciepłe, umierające lato. Zazwyczaj kłócące się ze sobą myśli Baavesa, milczały.

Ruszył z miejsca ku zaśniedziałej furcie. Chwilę później stał nieruchomo na samym środku drogi. Na środku tej krainy, na samym środku świata, na samym środku siebie samego. Nie zauważył nawet nadjeżdżającego powozu. Gorące powietrze owiało jego obojętną twarz. Rozgrzane, pędzące czarne konie parskały pianą. Popędzający je jeździec odziany w biały, szyty złotem płaszcz smagał piekielnym batem na prawo i lewo. Żarzące kopyta wzbudzały dzikie iskry.

Coraz bliżej.

Istny mrok ciągnął się za rozgrzanymi kołami, tnącymi bruk ogniem i czarną linią. Demoniczny zew rozbrzmiał dookoła, przesłaniając wszystkie młodzieńcze zmysły. Pozostawiły go samego, bezbronnego przed majestatem piekła.

Coraz bliżej, na wyciągnięcie ręki...

Zza jego pleców ozwały się wysokie fanfary niebieskich zastępów. Siedmiu jeźdźców na białych rumakach zjechało z nieba, rozbudzając do życia potężne błyskawice. Runęły z całych sił przerywając świadomość. Zasnął błogim snem. Być może wiecznym, być może krótkim i ulotnym, niczym życie ludzkie.

- Dorosłość. – głęboki, hipnotyzujący głos rozbrzmiał na obu poziomach istnienia. We śnie i na jawie. Należał do wieczności, potęgi, życia i śmierci. – Dorosłość jest złym słowem. Złe z powodu znaczenia, jakie mu przypisano. Stworzone przez ludzi, by ustalić granice. Ludzie nie zostali stworzeni, by ustalać granice. Zostali stworzeni, by żyć. Przeznaczenie jest prawdziwym, odwiecznym sensem człowieka. Odnajduje człowieka we właściwym dla niego czasie. Przeznaczenie nie jest nieodwracalne. Przeznaczenie to wybór. Dorosłość stworzona przez człowieka daje możność wyboru. Ludzie rezygnują z dorosłości, rezygnują z przeznaczenia, umierają. Przeznaczenie to wybór między dobrem, złem a medium. Idź. Bądź przeznaczeniem.

Umysł Baavesa powrócił do rzeczywistości. Powieki podniosły się boleśnie, ukazując błędny wzrok. Rozmierzwiona czupryna czarnych włosów błysnęła światłem odbijanym od słabych świec.

- I co dalej? – burknął odległy, skrzypiący głos pijaka.

Powoli rozbudzany ze wspomnień, odzyskał przytomność. Przetarł brudną dłonią mokre czoło. Przewrócił oczyma, obserwując klarujący się obraz otoczenia. W obserwacji wyraźnym przeciwnikiem był buzujący alkohol, zmieniający co chwila orientację podłogi.

Zapluta karczma, w centrum bogatego miasta zwanego „Niczyim”. Na tyle podupadająca i tandetna, że brak w niej prawdziwych biesiadników.

- I co dalej! – warknął drugi, bardziej dobitny głos.

Do pomieszczenia weszło najwyraźniej kilku zbrojnych, bo zadzwoniły ciężkie kolczugi. Dobrze wyszkoleni wojowie potrząsali nimi miarowo podczas krótkiego marszu przez salę. Umięśniony mężczyzna będący obiektem zainteresowania zarówno pijaków, jak i gwardzistów, przeklął pod nosem.

- No co, co? – wybełkotał. – Nic! Dajcie spokój mojej głowie, albo dajcie szylinga mojej kiesie i odejdźcie. Obiema rzeczami się mi przysposobicie.

- Obłąkany jakiś. – odezwał się trzeci głos. Kobiecy, nie pochodzący z tego obrazu. Pełen pożałowania i troski, mimo iż szumiący obcością.

Uderzenie metalu o kamienną posadzkę rozbudziło go całkowicie z meandrów umysłu. Nie znajdował się w żadnej zaplutej karczmie. Nie znajdował się w żadnym pomieszczeniu oświetlonym świecami. Z sufitu zwisały proste żyrandole jarzące energooszczędnymi żarówkami. Dookoła stały okrągłe, zielone stoliki zastawione krzesłami. Między nimi przemykała niska kobietka dość ciemniej karnacji, operując w brawurowy sposób skołtunionym mopem. Zza baru wychylał się chwila drugi pracownik wycierający kufle, oglądający je z satysfakcją i pożądaniem.

Kobieta wycisnęła brudną szmatę tkwiącą na plastikowym trzonku, stwarzając dźwięk podobny do skwierczącego tłuszczu.

- Zamykamy, proszę pana. – rzekła z wyrzutem, gdy zauważyła rozbudzonego, ostatniego klienta.

Ten rozejrzał się za okno. Oświetloną ulicą przejeżdżały ciemne sylwetki samochodów okraszone słabymi światłami. Obraz urozmaicany przez łuny neonów, tętniący spokojem i ordynarnością sprawił, że mężczyzna wzdrygnął się z niesmakiem.

- Długo tu śpię? – zapytał dość niskim głosem, zaskakując tym wyłącznie siebie.

- Przeszło godzinę. – pokiwała młoda sprzątaczka. – od wyjścia ostatniego klienta.

Mężczyzna strzelił zastanym karkiem i rozciągnął się ospale. Dopiero teraz zauważył, że od stolika, przy którym siedzi, bije poświata działającego laptopa. Kolejne wersy tekstu wyświetlanego przez ekran, przypomniały mu resztę odpowiedzi na pytania typu: „Skąd ja się tu znalazłem?”

- Może to hamskie… – bąknęła kobieta wyciskając narzędzie pracy. - …ale jak w taki sposób będzie pan pisał książkę, to niech mnie grom zabierze z tego świata, ale prędzej wyjdę za mąż!

- To można zmienić! – zalotny uśmiech posłany przez mężczyznę został zniweczony przez jeszcze bardziej obojętny i jeszcze bardziej żałujący wzrok kobiety.

Barman interesujący się dotychczas wyłącznie naczyniami, spojrzał na mężczyznę wilczym wzrokiem. Kobieta uspokoiła go powabnym kiwnięciem głowy.

- Od miesiąca jestem zaręczona. – odpowiedziała spokojnie.

Mężczyzna zaśmiał się stłumionym śmiechem. Przed oczyma pojawił się zamglony obraz faceta podobnego do tego za ladą. Po chwili wydedukował, że zna od dawna tą drobną kobietkę i jej chłopaka.

- Tak więc to dobra wróżba dla mnie, nieprawdaż?

- Cóż… najważniejsze w tej chwili jest to, że już zamykamy, a pan ma do zapłacenia spory rachunek.

Przypomniał sobie, że powinien mieć gdzieś portfel. Obszukał wszystkie kieszenie ciemnych bojówek, następnie skórzaną kurtkę, po czym znalazł, z nieukrywaną ulgą, w kieszeni jasnej koszuli.

- Ile płacę? – zapytał z pewnością. Nie dbał o to, ile pieniędzy uleci z jego konta.

Pozostała mu jeszcze spora sumka z honorarium za poprzednią, dość denną książkę.

- Dwieście.

Chyba zakrztusił się czymś, co jeszcze tkwiło mu w gardle po posiłku przed tą drzemką. Z trudem i wielkim bólem wyjął banknot dwustuzłotowy. Rzucił na stolik, obserwując jednocześnie małe obrazki zawieszone na ścianach, w połowie drogi między wyjściem a blatem baru. Na kilku było to samo. Statyczna scena przedstawiająca idealną amerykańską rodzinę. Reszta wypełniona była kiczowatymi widoczkami urzekającego lasu w środku lata.

- Co taka dziwna mina? – zapytała z satysfakcją kobieta. – Jest pan dorosły! Miał pan wybór.

Lokal stylizowany na lata 60-te wypluł ostatniego klienta, który ledwie zdążył na ostatni miejski autobus jadący w znajome strony. Zdziwienie, zakłopotanie i zafascynowanie wywołane w barze, nie mijały aż do chwili przejścia przez próg starej, dobrej kawalerki, w której to sypialni złożył swą obolałą głowę. Na miłej poduszce, zamiast snu, nasunęły się pytania i dedukcje. Lustrowane w myślach rozdziały nie napawały go absolutną dumą. Podjął błahy temat dorosłości, tak często gwałcony przez massmedia. Brak tu jakiejkolwiek epickości. A fantasy… W szczególności fantasy, prócz słodziutkich opisów, czasem „rogatych”, musi być epickie. Przewrócił się na drugi bok, w stronę małego telewizorka pamiętającego poprzednią epokę. Przeżyli ze sobą wiele wspólnych chwil, jednak od tygodnia, po małym pożarze wewnątrz obudowy, stał się całkowicie martwy.

- Z drugiej strony… - uśmiechnął się głupkowato. – …nic przecież nie wiem o fantasy. Jestem bezczelny w stosunku do mistrzów tego kawału wszystkich fabuł. Jestem marnym amatorem, nie mistrzem pióra.

Kości zabolały przyjemnie. Mięśnie rozluźniły się układając na ciasnawym łóżku.

- Głupota. – ziewnął do siebie. – Niepotrzebnie dodaję do tego moją przeszłość. Cała dorosłość, czy, dokładniej – dojrzałość, nie potrzebuje szlachetnego rycerza z książki. Młodym ludziom zostanie wymiotowana przez Internet. Nim zauważą, jak bardzo są zepsuci, ich własne dzieci zrobią to samo. Ja jestem tego najlepszym przykładem.

Nie jestem potrzebny.

Gdyby pisał w tym momencie opowiadanie, z chęcią by je zakończył. W tym właśnie momencie…

Często mu się to zdarzało w pierwszej książce. Każdy rozdział zakańczany był sceną zasypiania. Los jednak szykował zgoła odmienny scenariusz.

Stłumiony hałas kilku samochodów za oknem zdziwił i rozbudził mężczyznę. Gorączkowe wchodzenie po schodach, coraz bliższe, ustało tuż za drzwiami. Kilka sekund szeptów , powarkiwań, zgrzytnięcie klamki.

- Kto tam?! – całkowicie wyzbyty snu zawołał groźnym okrzykiem.

Odpowiedzią była cisza. W jednej chwili coś uderzyło o topolowe skrzydło. Zerwał się z łóżka. Gdzieś w komodzie schował broń. Brat-policjant zawsze nad nim czuwał i martwił się o bezpieczeństwo. Według młodszego brata-pisarza było to całkowicie głupie, aż do teraz.

Kolejne uderzenie niemalże wyrwało drzwi z zawiasów. Zapalił światło. Kolejne szuflady wypadały na podłogę. Pomięte ubrania pokryły całe łóżko.

- Nie ma…

Zerwał się po swój telefon komórkowy. Odblokował klawiaturę.…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%