Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 35 min czytania

Guz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

- Jeszcze puszkę coca coli. - Już podaję – odpowiedział Oskar uśmiechając się. Nienawidził, kiedy klient przypomina sobie nagle o czymś zamiast poprosić o wszystko razem, a czuł, że właśnie ta baba tak zrobi. Gruba, obleśna, niechlujnie ubrana z zbyt dużą ilością makijażu na twarzy sterczy przy ladzie już dobre 10 minut. Za nią robi się coraz większa kolejka, a do zamknięcia jeszcze ponad 4 godziny. Zaklął w myślach. - Czy coś jeszcze? – spytał, ciągle się uśmiechając. - Hmm. Tak. Tą dużą czekoladę z nadzieniem wiśniowym – wskazała palcem. Wyobraził ją sobie przed telewizorem opychającą się czekoladkami. Pewnie nie opuściła ani jednego odcinka koła fortuny. Siedzi co wieczór w dużym fotelu ubrana w za ciasną, różową koszulę nocną, trzymając w jednym ręku pilot do telewizora i oblizując roztopioną czekoladę z palców na drugiej. Poczuł do niej obrzydzenie. Przyniósł tłustej klientce słodycz, którą ona już jadła w myślach. Kolejny raz przyjął miły wyraz twarzy i grzecznie spytał się czy nie ma drobnych, mimo iż dobrze wiedział, że nawet gdyby miała to i tak powiedziałaby, że nie ma. - Nasz klient nasz pan – mawiał jego szef. Według tych słów starał się więc zawsze pracować. A pracował tu już 15 lat. Rzucił studia medycyny na czwartym roku gdyż jego dziewczyna zaszła w ciąże, a rodzice, skrajni katolicy powiedzieli, że nie chcą syna, który ma nieślubne dziecko z żydówką. Nie miał wyjścia. Musiał zacząć zarabiać. Nie mógł zostawić Elżbiety. Naprawdę ją kochał. Poroniła jednak w szóstym miesiącu i pół roku później rzuciła go dla jakiegoś bogatego prawnika. Nie wrócił na studia. Mieszkał teraz sam, wynajmując kawalerkę. Ledwo wiązał koniec z końcem, zwłaszcza po tym jak zachorował. Dużo pieniędzy pochłaniały leki i dojazdy do szpitala. Pewnego razu jego lekarz powiedział, że guz jest nieoperacyjny. Co dziwne, wcale go to nie zmartwiło. Sam się sobie dziwił. Chciałby nawet, aby wiadomość ta wywarła na nim jakiekolwiek negatywne wrażenie. Załamałby się wtedy jak na filmach bez happy endu. Ale nie. Wrócił natomiast do domu i zaczął się śmiać. Śmiał się długo i szczerze, aż zaczął tracić oddech. Od wielu lat nic go tak nie rozbawiło. Był to zarazem ostatni raz kiedy był wesoły. Ten sam lekarz wyjaśnił, że zostało mu najwyżej pół roku życia. Ale już minął prawie rok i nic się nie stało. Tydzień temu nie pojechał na kontrolę do kliniki i zastanawiał się czy jest sens wybierać się tam w przyszłym. Następny w kolejce był wysoki łysiejący facet w czarnym garniturze w prążki i walizeczką w ręku. Podszedł do lady i wymamrotał coś czego sprzedawca nie zrozumiał. - Czy mógłby pan powtórzyć? – uprzejmie zadał pytanie. - Marlboro! – prawie że odkrzyknął. Obrzucił przy tym ekspedienta pełnym pogardy spojrzeniem, po czym wyjął banknot dużego nominału i wykonał ruch jakby rzucał go na tacę w kościele. Zanim zdążył schować papierosy, zadzwonił telefon w kieszeni jego marynarki. Wyjął go, spojrzał na wyświetlacz, przybrał minę, jakby niezadowolenia zmieszanego z irytacją i zignorował rozmówcę. - Dziękuję. Życzę miłego dnia. – powiedział Oskar, lecz nie usłyszał odpowiedzi. Gość wychodził już ze sklepu. Od niedawna dziwna myśl zaprzątała mu głowę. A co, jeśli wszyscy dookoła są marionetkami grającymi rolę. Jeśli są aktorami, albo agentami na usługach jakiegoś wielkiego bossa, który siedzi w fotelu i śmieje się z niego. Myśl ta doprowadzała go do szału. Może jest on nieświadomym elementem jakiegoś eksperymentu mającego na celu sprawdzenie jego reakcji i zachowań. Kilkakrotnie odniósł wrażenie, że wiele osób podejrzliwie mu się przygląda. Był prawie pewien, że mężczyzna z jego sąsiedztwa często go obserwuje. Gdyby się głębiej zastanowić to nawet miałoby sens. Nie rozumiał tylko celu tego przedsięwzięcia. Dzisiaj od rana myśli kłębiły mu się w głowie i różne pomysły przychodziły na myśl. Z godziny na godzinę stawał się coraz bardziej rozdrażniony. Odkąd przyszedł w południe do pracy, towarzyszyło mu jakieś dziwne przeczucie. - Paluszki solone – wyrwało go z zamyślenia. - Jakie? – spytał. - Paluszki poproszę. Solone – dodała z nieukrywaną irytacją chuda, blond włosa nastolatka w koszulce z napisem Hot Chick. - Przykro mi. Są tylko z sezamem odparł Oskar. Odwróciła się i wyszła bez słowa. Sklepik mieścił się na przedmieściach a mimo to wciąż było tu pełno klientów. Wyglądem przypominał małomiasteczkowy supersam gdzie można kupić prawie wszystko. Z tym wyjątkiem, że tu były tylko artykuły spożywcze. Powierzchnią zajmował 50 metrów kwadratowych. Południową stronę oświetloną przez duże okno zajmowały warzywa i owoce. Pozostała część zastawiona była wszelakiej maści rzeczami w mniejszym lub większym stopniu przydatnymi do zjedzenia. Elementem, który przyciągał uwagę zaraz po wejściu była podłoga. Był na niej nieregularny wzór w czerwono czarną kratkę. Czasami kiedy nikogo nie było w środku Oskar opierał się łokciami o ladę i liczył na zmianę, czerwone i czarne kwadraty. Za każdym razem wychodziła mu inna liczba. W kącie, naprzeciwko drzwi znajdowała się kasa ze sprzedawcą, nad którą mrugała teraz zepsuta jarzeniówka. Po woli mijały godziny pracy. Na dworze robiło się już szarawo. Jakiś pies przebiegł pod drzwiami sklepu. W oddali było słychać wycie syreny policyjnej, a może strażackiej. Oskar nigdy ich nie rozróżniał. Dobrze znał tylko sygnał karetki. Przypomniał sobie dzień sprzed kilku lat, kiedy po raz pierwszy stracił przytomność. Znalazła go wtedy sąsiadka, leżącego na klatce schodowej. Odzyskał świadomość w drodze do szpitala przy akompaniamencie właśnie tego dźwięku. Szef nigdy nie dowiedział się o jego problemie. Omdlenia zdarzały się rzadko, zawsze w najmniej oczekiwanych momentach, ale nigdy w pracy. Na komisję lekarską, w sprawie renty inwalidzkiej nie stawił się. Swoją chorobę skrzętnie ukrywał przed wszystkimi, czasami nawet przed samym sobą. Od kilkunastu minut nie było żadnego klienta. Wziął niedokończoną, starą krzyżówkę ze stolika za plecami. Pokręcił głową. Nie znał odpowiedzi na żadne z pozostałych pytań. Jednym ruchem ręki zsunął ją z blatu do kosza na podłodze. Zaczął przeglądać program telewizyjny na przyszły tydzień. Po chwili zastanowił się nad tym co robi. Przecież odcięli mu kablówkę za niezapłacony rachunek. Oskar Slavier był czterdziestoletnim, lekko przygarbionym, średniej budowy mężczyzną. Jego blada cera kontrastowała z czarnymi jak smoła włosami, które zdążyły już dawno odrosnąć po ostatniej chemioterapii. Wcześniej nosił na głowie chustkę. Miał duży, orli nos i zielone oczy, które, gdyby się dobrze przyjrzeć, zdradzały niewielkiego zeza. Od dzieciństwa posiadał tik nerwowy, polegający na mrużeniu prawego oka. Ubierał się dosyć pospolicie. Dzisiaj miał na sobie jasne, beżowe sztruksy, trochę sprany niebieski sweter, spod którego wystawała biała bawełniana koszulka oraz podniszczone sportowe buty bliżej nie określonej marki, kupione z przeceny w second-handzie. Całą jego postać z tłumu wyróżniał tylko dziwny chód. Otóż, idąc, nie poruszał rękami, jak to robi każdy inny. Po prostu trzymał je sztywno opuszczone wzdłuż tułowia. Właśnie teraz czuł, że zaczyna mu się mrużyć powieka. Starał się o tym nie myśleć, ale im większe były jego starania tym bardziej wyraźne stawało się to uczucie. Nie lubił swojej pracy. Od samego początku mu się nie podobała. Klienci niesamowicie go denerwowali i irytowali. Nawet nie chodziło o żadne konkretne sytuacje. Im dłużej tu był, tym bardziej ich nienawidził. Wszystkich. Doprowadzali go do szału. Coś było w ich postawie, w tym, jak patrzą i jak się do niego zwracają. Gryzł sobie wargi nie umiejąc nigdy przybrać innej postawy i powiedzieć, co myśli i czuje. Słowa układały się w zdania ale utykały w gardle. Nie tylko ludzie ze sklepu. Od pewnego czasu odczuwał awersję do większości osób mijających go na ulicy. Była to wręcz nieodparta chęć zrobienia czegoś, jakiegoś kroku, ruchu, czegokolwiek. Tak, jakby wiedział co, ale nie wiedział jak. Po odejściu Elżbiety przestał utrzymywać jakiekolwiek kontakty ze znajomymi. Nie rozmawiał prawie z nikim. Chwile wolne od pracy spędzał zamknięty w domu, patrząc w sufit i od czasu do czasu zerkając w przez okno. Teraz nasiliło się to dziwne uczucie, jakie czuł zaczynając dzisiejszą pracę. Zamknął sklep o 21.20, później niż planował. Nie zgadzały mu się pieniądze w kasie. Liczył 4 razy i za każdym brakowało mu 20 Euro. Dzisiejszy dzień należał do wyjątkowo pechowych. Nic nie szło jak należy. Szedł chodnikiem na przystanek autobusowy zły i zmęczony. Prawe oko mrugało mu nieustannie od godziny, co go jeszcze bardziej wkurzało. Minął stację benzynową i właśnie wchodził do małego parku kiedy ją zauważył. Siedziała na ławce pod jednym z drzew, ubrana w prostą, ale elegancką czerwoną sukienkę. Blond włosy miała upięte w kok. Wyglądała może na 30, maksymalnie 35 lat. Była całkiem atrakcyjna, ale nie to przykuło jego uwagę. Wpatrywała się w niego tym samym tempym spojrzeniem, jak osoby, które podejrzewał o spisek przeciwko niemu. Siedziała z założonymi rękami i nie robiła nic, ale wyraz jej twarzy wystarczył aby Oskar zrozumiał. Udał, że jej nie zauważył. Idąc dalej, kątem oka widział jak kobieta wstaje i podąża w jego kierunku. Dreszcz przeszedł mu po plecach. Przyspieszył kroku. Skręcił w ulicę, którą jeszcze nigdy nie szedł. Przebiegł parę metrów. Obrócił się. Nikogo nie zauważył. Odetchnął z ulgą. Doszedł do skrzyżowania, lecz co chwile rozglądał się wypatrując podejrzanej osoby. Zmierzał dalej na swój autobus. Kiedy przystanek był już w zasiągu jego wzroku, znieruchomiał. Ona tam była. Stała tyłem i nerwowo zerkała na zegarek. Nie było wątpliwości. Czekała na niego. Kropla potu spłynęła mu po twarzy. Co ona chciała? Co oni wszyscy chcieli od niego ? Dlaczego właśnie ja – pomyślał. Niczego nie rozumiał. Jednego był pewien. Musiał być w tym jakiś cel. Poczuł gwałtowny ból z tyłu głowy. Strużka krwi spłynęła mu z jednej dziurki w nosie. Nawet tego nie zauważył. Przystanek zawirował mu przed oczami i zatoczył się do tyłu. Ból z sekundy na sekundę stawał się nie do zniesienia. Cała głowa mu pulsowała. Jakby ktoś nagle zaczął wwiercać się wiertarką w potylicę. Przy takich bolesnych atakach zwykle tracił przytomność na kilka godzin, ale nie teraz. Stanął twardo na chodniku, opierając się tylko o szybę wystawową jakiegoś marketu. Już chciał krzyknąć, ale nagle ból ustąpił. Fala ciepła rozlała się po jego ciele. Cisza. Spojrzał na odwróconą plecami kobietę w czerwonej sukience. Po chwili zamyślenia zdecydował. Wyjął z torby przerzuconej przez ramię składany nóż, którego używał do otwierania pudeł z dostawami. Rozejrzał się dookoła. Znajdował się na skrzyżowaniu ulic, jakieś 100 metrów od przystanku. Ona stała cały czas odwrócona do niego plecami. Z jednej strony znajdował się park, a z drugiej rzędy bliźniaczych domków. Blade światło księżyca mieszało się z błykającymi na zmianę dwoma latarniami. Wokół nie było widać żywej duszy. Starając się iść jak najciszej zszedł z chodnika na trawnik. Zaszedł kobietę od tyłu. Jednym zwinnym ruchem złapał ją wpół i przyłożył nóż do gardła. Przylgnął do niej całym ciałem i wyszeptał do ucha: - Kim jesteś? Zdawało mu się, że trzyma jakąś kukłę. Ani nie drgnęła. Najmniejszej reakcji. Powiedział jeszcze raz: - Kim jesteś? Odpowiadaj albo poderżnę ci gardło – starał się aby głos jego brzmiał zdecydowanie, chociaż nie bardzo mu to wychodziło. Teraz usłyszał wyraźnie przyspieszony oddech. Czuł jak bije jej serce. Boi się – pomyślał. To dobrze, że się boi. - Nie uda ci się. - usłyszał - Co?! - Jesteś sam Oskarze. Nigdy ci się nie uda – wyszeptała. Zamarł. Jego podejrzenia się potwierdziły. Więc to prawda. Dreszcz przerażenia przeszedł mu po plecach. Zaczął się bać. Ręka z nożem zadrżała. Zalał się potem. Kobieta nawet nie próbowała się bronić. Zapytał jeszcze raz: - Czego chcecie? - Ciebie Oskarze – odpowiedziała. Po tych słowach zrobił coś, co oglądał tylko na filmach. Strach pomieszał się z nienawiścią do tej kobiety, do wszystkich, którzy mieli z tym coś wspólnego. Przestał myśleć. Piana pojawiła się w kąciku jego ust. Odepchnął ją na chwilę, jakby brzydził się, że się czymś zarazi. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, zadał jej cios poniżej prawej łopatki. Dźgnął nożem z całej siły. Poczuł jak rozrywa mięśnie i ociera się o kość. Kiedy wyciągał ostrze strumień krwi chlusnął ze świeżej rany. Wydała stłumiony okrzyk bólu i upadła na kolana. Złapał ją za włosy i zaczął ciągnąc pomiędzy dwa budynki gdzie nie padało światło. Nie zastanawiał się nad tym co robi. Jakby miał to od dawna zaplanowane. Wlekąc swoją ofiarę, nie widział jej twarzy. Nie chciał nawet na nią patrzeć. Słyszał jednak jak charczącym głosem mówi: - Jesteś zbyt słaby. Jesteś sam. Przeciągnął ją za jeden z garaży. Nie pamiętał kiedy ostatni raz się tak zmęczył. Z trudem łapał oddech. Serce waliło mu jak szalone. Odwrócił kopnięciem kobietę na plecy. - Dlaczego? – spytał, łapczywie łapiąc oddech. - Dlaczego ja? - dodał Spojrzała mu w oczy. Nie zauważył nawet cienia strachu. Widać było, że cierpi ale w jej spojrzeniu było coś czego nie potrafił zrozumieć. Miała wzrok jak zwierze. Patrzyła na niego z nienawiścią ale jednocześnie odnosił wrażenie, że zachowuje pewnego rodzaju respekt. - Wybraliśmy ciebie – otwierając usta pokazała zakrwawione zęby – przez wieki szukaliśmy, aż trafiliśmy na twoją osobę. – mówiła z trudem, ale wyraźnie. Oskar przykucnął, żeby lepiej słyszeć. Widział, że jest zbyt słaba, żeby cokolwiek zrobić, a chciał się czegoś dowiedzieć. - Jest nas wielu – ciągnęła dalej. – Zostałeś wybrany Oskarze. Przerwała. Zaczęła kaszleć, zachłysnęła się własna krwią. Oskar słuchał. Z trudem docierało do niego, to co mówiła. Wszystko było, jakby snem. O czym ona mówi? Z każdym następnym wypowiedzianym zdaniem wzbierała w nim złość. - Twój guz Oskarze. My go tam umieściliśmy. Przyspieszy on zgon i szybciej dostaniemy to, na co czekamy. Widzisz, sami nie możemy cię zabić. Nie pozwolił jej dokończyć następnego zdania. Tego było już dla niego za wiele. Podniósł rękę z nożem i dźgnął kilkakrotnie, raz za razem. W brzuch, w szyje, w klatkę piersiową, gdzie popadnie. Po jednym z uderzeń krew trysnęła mu na twarz. Mimo, że kobieta już konała, zacisnął dłonie na jej gardle. Zaczął dusić z całej siły. Usłyszał bulgoczące syczenie dochodzące z jej torsu. Pewnie przebił płuco – pomyślał. Po minucie kobieta wydała z siebie ostatni zduszony jęk. Nie poprzestał jednak na tym. Wiedział, że już nie żyje, ale rozwścieczony nie potrafił się opanować. Sięgnął po kawałek cegły leżącej przy jednej ze ścian. Zamachnął się i zaczął z całej siły walić ofiarę w twarz. Kilkanaście głuchych uderzeń rozbrzmiało się cichym echem wśród murowanych garaży. Spojrzał na krwawą miazgę pod stopami. Zerknął na ociekające krwią dłonie. Poczuł skurcz w żołądku. Oparł się o ścianę i zwymiotował. Wszystkie wydarzenia dzisiejszego wieczoru sprawiły, że nie wiedząc czemu, odczuł pewnego rodzaju ulgę. Może było to spowodowane tym, że w końcu zrozumiał, co się wokół niego dzieje. Myśli znowu kłębiły mu się w głowie. Co to miało znaczyć? Wszystko działo się tak szybko. Bał się. Otarł pot z czoła zostawiając czerwone ślady nad brwiami. Panicznie rozglądał się wokoło, jakby czekając na coś lub kogoś. Nic jednak się nie stało.

Anna Migler idąc ulicą, mruczała melodię z jakiegoś filmu. Nie potrafiła sobie przypomnieć z jakiego. Lekko pociągnęła smycz ze swoim owczarkiem, wabiącym się Ben, ponaglając go do dalszego spaceru. Rozpięła kurtkę. Była to wyjątkowo ciepła noc jak na początek kwietnia. Wpatrując się w księżyc w pełni, zaczęła pogwizdywać w rytm utworu, który jej siedział w głowie. Gęsia skórka obleciała jej ciało, kiedy uświadomiła sobie, że gwiżdże kołysankę, z „Dziecka Rosemary”. Uśmiechnęła się, przypominając sobie jak przytulała się do Marka, a może Pawła, oglądając go po raz pierwszy. Spojrzała przed siebie. Ten rząd budynków przed nią, nawet przypomina kamienicę, do której się wprowadziła Rosemary z mężem. W świetle dnia nigdy nie zauważyła podobieństwa. Pies szarpnął się na smyczy i zaczął szczekać w kierunku drzew pobliskiego parku. Zjerzył się przy tym, podniósł jedną z łap i obrócił się wokół własnej osi. Zanim Anna zdążyła poprawić ucisk na smyczy, owczarek wyrwał jej się i ciągle ujadając pobiegł do parku. Spojrzała na swoje buty na obcasach i zrezygnowała z biegu po trawniku. Wolała, drobnymi kroczkami, szybkim marszem przejść dookoła drzew chodnikiem. Jej rude, pokręcone włosy powiewały przy lekkim podmuchu wiatru. Była drobnej budowy, szczupła i niska. Z twarzy podobna zupełnie do nikogo. Na twarzy, piegi miejscami mieszały się z trądzikiem. Na szyi widniały ledwo widoczne ślady brokatu a na nadgarstku pieczątka z wczorajszej dyskoteki. Taka sytuacja zdarzyła jej się również w zeszłym miesiącu. W parku często chodzili inni ludzie z psami. Ostatnim razem Ben, prawie pogryzł o wiele mniejszego od siebie kundelka. Jego właścicielka, starsza pani, prawie dostała zawału i obrzuciła Annę stekiem wyzwisk. Tej nocy założyła mu kaganiec, więc nic takiego nie mogło się stać, ale mimo wszystko wolała pospieszyć się i zapobiec nieprzyjemnym sytuacjom. Coraz bardziej przyspieszając kroku widziała znikającą wśród drzew sylwetkę psa. Nagle szczekanie ucichło. Odetchnęła z ulgą. Pewnie zobaczył kota, który teraz siedział już na…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%