Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 8 min czytania

Gwardzista

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział 1.

Krew była wszędzie. Azazel biegł przez pole bitwy nie zwracając uwagi na szaleństwo, które go otaczało. W rękach ciążyły mu miecz i chorągiew. Krew była wszędzie. Jego towarzysz padł pod ciosami wrogich mieczy. Teraz został sam, a od wzgórza wciąż dzieliła go spora odległość, musiał zacząć myśleć. Z letargu wyrwał go świst strzały, która przeleciała mu tuż koło ucha. Podniósł głowę i ujrzał stojącego nieopodal łucznika, który już szykował się do kolejnego strzału. Teraz nie było czasu na rozmyślanie. Uniósł miecz przed siebie i całym ciężarem uderzył we wroga. Strzelec z wyrazem zdziwienia na twarzy osunął się na ziemię. Z olbrzymiej rany w jego brzuchu tryskała krew. Krew była wszędzie. Z pancerza i miecza Azazela powolnie spływały czerwone stróżki. Wiele się napracował by dotrzeć aż tutaj. Trup leżący przed nim był jedynie rybą w oceanie istot, które pozbawił dziś życia. - Zabiłem, bo musiałem- pomyślał zaraz, przywołując się tym samym do porządku. Czekało go jeszcze zadanie do wykonania. Nie mógł zaprzątać sobie głowy bredniami. Znów zaczął biec. Po drodze podziwiał krajobraz bitwy. Ludzie zwarci ze sobą w śmiertelnej walce zdawali się zapomnieć o całym świecie. Brudni i zmęczeni próbowali jedynie zabić swego przeciwnika, by ich koszmar skończył się jak najszybciej. W ich oczach błyszczała wściekłość. Krew była wszędzie. Po kilku minutach szybkiego biegu zauważył, że ziemia zaczyna się stopniowo podnosić. Wreszcie dotarł do wzgórza. Azazel przystanął na chwilę i obrzucił okolicę badawczym spojrzeniem. Pagórek mierzył najwyżej dwadzieścia metrów. Porastały go jakieś iglaki, za którymi kryli się przeciwnicy. Na jego szczęście nie mieli łuków. Uśmiechnął się sam do siebie i ruszył ku szczytowi. Walka na miecze nie powinna sprawić mu większych trudności. Biegnąc pod górę stopniowo zaczął wkraczać w nieduży lasek porastający zbocze. Pod nogami trzeszczał mu sypki żwir, który wcale nie ułatwiał poruszania się. W jego ciężkiej stalowej zbroi nawet powolne chodzenie wymagało treningu. W krzakach dostrzegł pierwszych przeciwników. Wyglądali na przerażonych i zagubionych. Jeden wzrokiem szukał czegoś w pobliżu. - Nie ma litości! - Krzyknął Azazel i z mordem w oczach natarł na dwie skulone postacie. Pierwszy żołnierz nie zdążył się nawet odwrócić. Jego głowa potoczyła się po leśnej drodze, a ciało z głuchym tąpnięciem odżyło o kamienie. Drugi przeciwnik okazał się nieco bystrzejszy. Zdołał sparować jedno uderzenie, lecz zaraz padł pod nawałem kolejnych. Powietrze przesycił zapach krwi. Wojownik wytarł swoje ostrze o trawę i ruszył dalej Do szczytu pozostało kilka metrów. Po chwili stwierdził ze zdziwieniem, że reszta wrogów na wzgórzu jest martwa. Ich gardła pyły rozszarpane, a ciała nosiły ślady pazurów. - Szybki jest- mruknął i ruszył w dalszą drogę. Opuścił las i znalazł się na szczycie. Chorągiew w jego dłoni zaczęła powiewać na wietrze. Nie ociągając się podszedł do skraju urwiska. Nieopodal na skale dostrzegł siedząca postać mężczyzny, którego dzieło odnalazł przed chwilą. Jego lekka zbroja błyszczała na słońcu. Nigdzie nie dostrzegł broni wojownika. Wyglądał całkiem niepozornie. -Do czasu- powiedział cicho. Azazel zbliżył się do krawędzi skarpy i zaczął podziwiać krwawy spektakl. Przed nim rozpościerało się pole bitwy tak straszne i krwawe, że niewielu ludzi potrafiło by ująć je w słowa. Wszędzie leżały sterty ciał. Zarówno znajomych, jak i całkiem obcych. Tysiące ludzi umierało na jego oczach. Niemalże jednocześnie. -Tak-pomyślał.- Śmierć to bardzo dokładna maszyna. Mógłby tak stać w nieskończoność. W niektórych miejscach walka zaczęła przygasać. Jego…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Gwardzista — czytnik · opowiadania