Fantastyka · 27 min czytania
Gwiazda Polarna w Jerzykowicach
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Na pobudkę było za wcześnie i za duszno. Niestety, dzwoniący budzik twierdził inaczej. Wyłączyłem drania, wstałem, umyłem się i ruszyłem na przystanek. Na przystanku patrzyliśmy z Olkiem, jak słońce leniwie wschodziło nad dachami domów, a Kuba próbował trafić kamykiem do studzienki kanalizacyjnej. Chociaż radiowozu w Jerzykowicach nie widziałem od lat, to ktoś w nocy napisał na rozkładzie jazdy „HWDP”. Gdyby jednak nie ten napis, cały przystanek i wszystko w jego okolicy wyglądałoby dokładnie tak jak wczoraj. I tak jak tygodnie temu. W naszej wiosce wchodziłeś do tej samej rzeki za każdym razem, kiedy wstawałeś z łóżka. Żaden dzień nie różnił się od poprzedniego i już na starcie wiedziałeś, że w następnym nie wydarzy się nic nowego. Co najwyżej zmienisz skarpetki. Lub do szkoły pojedziesz z jednym z dwóch kierowców. - Jak myślicie, kto dzisiaj kieruje, Walker czy Rudobrody? Ja stawiam na Rudobrodego. - odezwał się Olek, przerywając milczenie. Nic nie wyrażało lepiej monotonności i beznadziejności wioski niż milczenie młodego pokolenia. Kamień zniknął między kratami studzienki. - Rudobrody jechał tydzień temu. Dzisiaj będzie Walker. Czas dzielący nasze przybycie na przystanek od przyjechania autobusu marnowaliśmy na zgadywanie kierowców. Walker zawdzięczał swoje przezwisko czarnym okularom i brodzie, którymi podobny był do Strażnika Teksasu, a Rudobrody tylko brodzie. Nadjechał pekaes i wąskie drzwi pojazdu otworzyły się. Nie musieliśmy mówić, że mamy bilety miesięczne. Kierowcy wiedzieli o tym aż za dobrze. Przez chwilę widziałem w okularach Walkera odbicie swojej twarzy. Nieuchronnie zbliżał się czas poobcowania z maszynką do golenia. Autobus dowoził nas do szkoły i odwoził do domów. Mieliśmy po osiemnaście lat, ale tylko Kuba ciągnął kurs prawa jazdy. Szkoła, w której uczyłem się ja, splajtowała w połowie trwania kursu i zostałem na lodzie.
Chodziliśmy do różnych klas, a ponieważ był piątek, kończyłem lekcje najprędzej. W najmniej podejrzanej budce kupiłem kebab i colę. Potem poszedłem do antykwariatu i resztę pieniędzy zamieniłem na jakąś książkę sensacyjną. Wsiadłem do autobusu i w czasie jazdy czułem, jak zmieszana z warzywami, sosem i mięsem cola podchodziła mi na wybojach do gardła. Resztę dnia miałem dla siebie, bo rodzice wyjechali do mieszkającej w sąsiednim województwie ciotki. Mieli wrócić dzisiaj, ale zadzwonili, że samochód zepsuł się w drodze powrotnej i że będą musieli wynająć na noc pokój w hotelu. W domu poza mną była jeszcze tylko siostra Julka. Była młodsza ode mnie o trzy czy cztery lata, ale jeszcze do niedawna rozumem nie wyprzedzała szczeniaka sąsiadów. Na szczęście przeszła jej mania hip-hopu. Kiedy była "elo", wszystkie ściany w pokoju oblepiała ziomalami w czapkach z daszkiem. Rozumiecie - im większa wiocha, tym gorliwsi propagatorzy miejskich subkultur. Teraz na pamiątkę zostało jej jedynie trochę wyblakłych nalepek z "Bravo" na ramie roweru. Tak więc resztę dnia miałem dla siebie. Leżałem na tarasie bez koszulki w miarę oświetlonym miejscu i czytałem kupioną za resztę z kebabu książkę. Powoli przestawałem wierzyć, że w tamtym antykwariacie zdarzały się wycenione na grosze perełki. Ta była następna, w której trupów i nieuzasadnionej golizny było więcej niż konsekwencji w fabule. Miałem za sobą czterdzieści stron, nie znałem nazwiska głównego bohatera, a o bieliźnie jego żony mógłbym prowadzić wykład. Z tarasu dobrze było widać furtkę i to pod nią pojawił się nagle Kuba. O dziwo, na motorze. Podszedłem do barierki. - Hej, Szymon! - wołał, próbując przekrzyczeć warkot silnika - Patrz, co znalazłem! Chodź, zobaczysz, co to potrafi! Nie motorach znałem się tyle, ile nauczyły mnie filmy. Pulp Fiction nauczyło mnie odróżniać motor od harleya. Ale Kuba bez wątpienia nie miał harleya. Poszedłem zakomunikować siostrze, że brat wychodzi. - Julka... Julka! - siostra siedziała przy komputerze i przy dźwiękach Green Daya grała w jakąś strzelaninę - Wychodzę i będę później. Pilnuj domu. - Słyszę motor... Jakaś panienka podjechała po ciebie harleyem? - powiedziała przy dźwiękach punku. Założę się, że następnym utworem będzie coś z repertuaru Avril Lavigne... i żeby było śmieszniej, hm... Bartosiewicz? - To nie harley. To motor. I nie panienka, tylko Kuba.
Pruliśmy sześćdziesiąt na godzinę bez kasku. - Udało ci się go naprawić?! - Taa! Ojcu ..ało się zna..źć ory…al…ne - kiedy powietrze wpada z taką prędkością do ust, mówi się naprawdę ciężko - części... pół ..odziny... i ...yło... po wsz..ys-kim! Zjechaliśmy z drogi na otoczoną polami łączkę. Wkoło Jerzykowic było ich od cholery. Olek już na nas czekał. Kuba postawił motor, a ja położyłem się na trawie. . - Ma kopa, co? – zapytał. - Człowieku... Bałbym się żeby mi rąk nie urwało. Kuba wyciągnął z bagażnika trzy piwa, rozdał nam i położył się parę metrów dalej. Nie wiem, czy zimny tyskacz był najlepszym pomysłem na przewiane gardło, ale wypiłem go szybciej niż bym chciał. Potem gadaliśmy o motorze, filmach na Polsacie, panienkach w Internecie i tak zeszło parę godzin. Jakoś o jedenastej na niebie pokazały się gwiazdy i Kuba zapytał: - Szymon. - No? - Ty jesteś mądry człowiek. Znasz się na gwiazdach? - Trochę się znam, nie powiem. - Nauczyłbyś mnie? - Nas? - dodał Olek. Zabrzmiało to dziwnie, ale kiedy leżysz z najlepszymi kumplami na trawie, kiedy w trójkę znosicie na co dzień ten sam beznadziejny los i przed chwilą wypiliście kupione przez jednego z nich piwo, nie macie ochoty na żarty. - Jasne. Dzisiaj lekcja pierwsza. Wiecie, gdzie jest Gwiazda Polarna? Widzicie na niebie gwiazdy ułożone na kształt wozu? Takie bardzo jasne. - Tam. Z mojego miejsca wylądowało to tak, że celowali do nikąd, ale byłem pewien, że pokazywali Wielką Niedźwiedzicę. Część gwiazd konstelacji, jednych z najjaśniejszych na niebie, układały się wyraźne w wóz. - Weźcie dwie gwiazdy, które tworzą przód wozu. Nie te od strony dyszla, te od frontu. - No... - Wyobraźcie sobie, że prowadzicie przez nie linię. Teraz palcami odmierzcie na tej linii w prawo pięć odległości dzielących te dwie gwiazdy. Liczyli. - O kurde! Tam coś jest... Mały Wóz?! - krzyknął Olek. - Dokładnie. Gwiazda, którą wskazaliście jest Gwiazdą Polarną. Proste, co? - Jesteś mistrzem. - Po prostu czasami zaglądam w Internecie na coś innego niż na gołe panienki. Pośmialiśmy się chwilę. Potem Kuba odwiózł każdego z nas pod dom.
Z podwórka widziałem jak w oknie salonu migało niebieskie światło. Julka oglądała telewizję. - Co oglądasz?! - krzyknąłem, kiedy wszedłem do przedpokoju. - Film o facecie, który... Wszedłem do salonu i spojrzałem na telewizor. Nie oglądała niczego, co mogłoby zepsuć jej psychikę jeszcze bardziej, więc poszedłem coś zjeść. Z braku innych pomysłów zdecydowałem się na płatki. Potem poszedłem spać.
Część 22 / 2
Pokój miałem urządzony na poddaszu. Było cicho i przyjemnie, ale była jedna wada. Na noc dach oddawał zgromadzone za dnia ciepło i wieczorami panował tu taki zaduch, że chwilę poważnie zastanawiałem się nad spędzeniem tej nocy na tarasie. Nie było rodziców, więc nikt nie miałby nic przeciwko temu. Ostatecznie jednak rozebrałem się do majtek i nie ścieląc łóżka położyłem się na nim na brzuchu. Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem. Śniło mi się, że Kuba wygrał swoim motorem jakiś wyścig. Stał na podium ze złotą statuetką i szampanem w rękach. Dostał buziaka od dwóch dziewczyn, tłum wiwatował, a ja robiłem zdjęcia. Potem Kuba otworzył szampana. Korek poleciał wysoko w górę, napój tryskał dookoła. Podążałem wzrokiem za korkiem i zobaczyłem, że zawisł dokładnie na kocu dyszla Małego Wozu, który jakimś cudem pojawił się w dzień na niebie. Nagle szum szampana i wiwat ludzi zaczęły przechodzić w znajome, jednostajne buczenie. Chwilę zastanawiałem się, skąd dźwięk odkurzacza wziął się w moim śnie, ale potem doszło do mnie, że nie miał z nim nic wspólnego. To Julka szalała machiną po parterze. Otworzyłem oczy i zaraz je zamknąłem. Był ranek, było duszno i gorąco. Przez noc spociłem się od stóp do głów, majtki przykleiły mi się do czterech liter, a ja przykleiłem się do narzuty łóżka. Powinienem był włączyć wentylator, ale za cholerę nie chciało mi się wstawać. Buczenie ustało i słyszałem, jak Julka tarabaniła się po schodach z urządzeniem. Dawałem sobie głowę uciąć, że wejdzie do mojego pokoju i będzie próbowała wyciągnąć mnie z łóżka. Niech próbuje. Kiedy drzwi do pokoju otworzyły się, udawałem, że śpię. Usłyszałem dźwięk zamykanych drzwi, stukot plastikowych kółek urządzenia o dywan i Julka zaczęła odkurzać pokój. Kiedy zbliżyła się do łóżka, nie wytrzymałem i walnąłem ją jaśkiem. - Dobra, już dobra, wygrałaś! Tylko wyłącz ten odkurzacz! - Nie wyłączę dopóki nie ruszysz się do stajni! Jest prawie jedenasta i konie zaraz pewnie poumierają z głodu. Proszę cię, idź do nich, przecież to twoja działka! - Już dobra, dobra, wstaję! Zaraz, zaraz... Powiedziałaś "proszę"? - Tak, co w tym dziwnego? Wstawaj już! Usiadłem na skraju łóżka. Na piersiach i brzuchu porobiły mi się odciski od zmiętej narzuty. Julka zagrała fair i wyłączyła buczenie. To "proszę" nie było do niej podobne. Umyłem się, ubrałem i poszedłem do koni. Była sobota, a wtedy, kiedy nie chodziłem do szkoły, karmienie zwierząt należało do mnie. Rodzice zabiliby mnie, gdyby zobaczyli, że dochodziło południe a ja jeszcze nie wywiązałem się ze swoich obowiązków. Jak niejednokrotnie wspominałem, mieszkaliśmy na beznadziejnej wsi. Chyba tylko to zobowiązywało mieszkańców do hodowania zwierząt, z których i tak nie było żadnego dochodu. My mieliśmy konie i kury. Kury rozumiałem - dają jajka. Konie hodowaliśmy jednak chyba tylko po to, żeby mieć co przy nich robić. Kiedyś ktoś, a zapewne była to Julka, rzucił myśl o założeniu szkoły jeździeckiej, ale pomysł upadł zbyt szybko, żeby traktować go poważnie. Inna sprawa, że nigdy nie rozumiałem, jak można próbować ujeżdżać takie bydle. Konie nakarmiłem, wyprowadziłem na wybieg i posprzątałem stajnie. Byłem wolny. - Rodzice dzwonili? - Nie, jeszcze nie. Teraz zauważyłem, że od czasu odkurzania Julka przebrała się w jakiś super ciuch. Na sobie miała nowe japonki, dżinsy i zieloną koszulkę na ramiączkach z napisem "Juicy" pod dekoltem. Gdyby wiedziała, co to znaczy, chyba popadłaby w kompleksy, ale nie zamierzałem jej uświadamiać. Na razie. - Będziesz miała gości? - O pierwszej przyjdą Ewa i Jowita. - Jakbyście zamawiały pizzę, to kupcie mi jedną. – pizzeria znajdowała się w oddalonym o trzy kilometry mieście i aż dziwne, że chciało im się dowozić zamówienia na koniec świata. Miałem iść do pokoju po kasę, ale Julka powstrzymała mnie kręceniem głowy. Coś tu dalej nie grało. - Jaką chcesz? Powiedz, to ci kupię. - Średnią margheritę. - chciałem dodać, "i nie chcesz ode mnie pieniędzy?" ale postanowiłem nie tracić szansy na darmowe jedzenie. - To tak jak my. Świetnie. - powiedziała, a ja uśmiechnąłem się na myśl o Jowicie jedzącej margheritę. Brzmiało zupełnie, jakby jadła jeszcze głupiej nazwaną siostrę. Ale nie ma się co śmiać, nikt sobie imienia nie wybiera. Julka zrobiła teraz zamyśloną minę. Po jej wycieniowanych oczach widziałem, że czegoś ode mnie chce. - Wiesz co... tak sobie pomyślałam... Wyświadczysz mi przysługę? - Jaką? - A nie powiesz nic rodzicom? Milczałem. - Szymon! Nie powiesz nic? Milczałem. - Dobra, kupię ci dużą! - Będę milczał jak grób. - Mamy piętnaście lat, a ty masz osiemnaście i dowód osobisty... Kupiłbyś nam piwo? - Nie jesteś za mło... - Daruj sobie umoralnianie! - No dobra. W waszym wieku też trochę piłem. Jakie chcecie? - Trzy... cztery Lechy? Jowita jedząca margheritę i popijąca Lecha. Fajna impreza. - OK. - Lechy były stosunkowo mało procentowe. Jeśli będą piły powoli i zagryzały pizzą, to może się nie upiją. - Kocham cię. Zamurowało mnie. - Dobrze się czujesz? - Daj spokój. Chciałam być miła, a jako rodzeństwo powinniśmy się trzymać razem, a zwłaszcza... Słodziła i słodziła, a ja nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Udaje? A może ona naprawdę zmądrzała?
Pod jedynym w wiosce sklepem spotkałem Kubę na motorze. Wkładał kask i właśnie miał odjeżdżać. - Hej, Kuba! Odwieziesz mnie do domu? Muszę tylko kupić siostrze zestaw wstrząsowy. - Zaczyna pić piwo? Nie za wcześnie? - kask powiesił na kierownicy. - Daruj sobie. My w jej wieku też nie byliśmy grzeczni. - Stare czasy. Słuchaj, może wpadlibyśmy potem do Olka? Dzwonił do mnie rano i mówił, że ma nam coś do powiedzenia. Był strasznie podekscytowany... Mówił, że to będzie bomba i nie uwierzymy mu. Będzie nad stawem z wędkami. - Pewnie, czemu nie. I tak nie mam nic lepszego do roboty.
Kiedy wróciłem z reklamówką Lechów, Julka siedziała na fotelu i odprawiała dziwny seans nad paznokciami. - Włóż je do lodówki. Pamiętaj: jedno piwo na osobę. Czwarte na późnej albo na spółkę. Mam nadzieję, że rodzice nie wrócą, kiedy będziecie piły. – poinstruowałem ją. - Nie bój się. Jak byśmy nie usłyszały silnika to, ostrzeżesz nas, prawda? Warkot silnika naszego starego fiata słychać było już z daleka. Nie było lepszego oznajmiacza przyjazdu rodziców, ale po młodszej siostrze możecie się spodziewać wszystkiego. - Chyba nie będę mógł, umówiłem się. Zrobiła wielkie oczy. - Z tą dziewczyną na…