Romans · 24 min czytania
Gwiazdy i ja
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
A tak się to wszystko zaczęło…
Sobotni ranek. Przed dziesiątą. I po co ja tak wcześnie wstałam?! Teraz mi się nieziemsko nudzi. Wciąż odczuwam zmęczenie po wczorajszej morderczej „wycieczce rowerowej”. Darujcie, wypad na rower, jak to ktoś mądrze określił, nie powinien trwać pół dnia, ani mieć czterdziestu kilometrów długości. To lekka przesada. Ale przyznam się szczerze: było naprawdę fajnie. Wróciłam padnięta, ale szczęśliwa. A teraz nie mogę się ruszać. Piekielne zakwasy paraliżują mnie przy każdym ruchu i w dodatku jestem niewyspana. Po gwizdek tak wcześnie wstawałam?! Tak więc w tym fatalnym dniu zostałam sama w domu. Tata – zacięty geolog amator – pojechał pogrzebać w ziemi na jakieś wykopaliska, a mama była w pracy. Tym to dobrze. Przynajmniej ruszać się mogą. Siedziałam przed telewizorem oglądając jakąś beznadziejną telenowelę z gatunku tasiemców wenezuelskich i wcinałam płatki kukurydziane (staram się zwalczyć nadwagę), gdy zadzwonił domofon. Jęknęłam. Teraz muszę wstać. Zebrałam się w sobie i pokonałam odległość dzielącą salon i przedpokój. Podniosłam słuchawkę. Usłyszałam charczenie. Świetnie. Teraz muszę wyjść na dwór. Domofon znów się popsuł. Już mniej obolała w miarę szybko pokonałam schody i podbiegłam do bramy. -Tak?- zapytałam wychylając głowę między szczeblami. Przed bramką stał wielki facet w ciemnych okularach. Za nim stała limuzyna. -Dżiemdobri.- powiedział łamaną polszczyzną. –Mozie pani na chwile wyjszć? Nie byłam pewna. Z jednej stron zainteresowała mnie limuzyna, a z drugiej… nie czarujmy się. Nie ma nic dziwnego w baniu się wielkiego faceta w ciemnych okularach. Ciekawość jednak zwyciężyła. -Jasne. – rzuciłam w wyszłam przed bramę. Z limuzyny wysiadł szofer i otworzył mi drzwi. Nie błam do końca pewna, czy powinnam wchodzić. Słyszałam wiele opowieści o porywaczach… Ale zobaczę limuzynę! Będę w niej siedzieć! Dziewczyny padną z zazdrości! Wnętrze było luksusowe. Panował półmrok. Po drugiej stronie zobaczyłam trzy postacie, które (cóż za zaskoczenie) miały na nosach czarne okulary. Czy oni przez nie w ogóle coś widzieli? – przemknęło mi przez głowę. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do półmroku zobaczyłam więcej szczegółów twarzy owych tajemniczych postaci. Wydały mi się one nagle dziwnie znajome… -Jeśtem Sam.- powiedziała jedna z nich. – A to reśta grupy: Jason i Gerry. -Wy jesteście…! To wy! Ale numer!- pisnęłam. Przede mną siedział mój ulubiony zespół. The Qix. Od miesiąca byłam ich fanką (jak na mnie to dużo, uwierzcie), zwłaszcza Sama, w którym kochały się wszystkie dziewczyny ze szkoły. Kiedy pierwszy szok opadł, przypomniałam sobie, że jeszcze się nie czesałam, a ponadto mam na sobie stare, wypłowiałe rybaczki i poplamioną farbą koszulkę. Super. Najważniejszy dzień mojego życia, a ja tak wyglądam! -Kamila.- przedstawiłam się, już prawie spokojna. -Czi moźlibyśmi pszienocować w twoim domu? Nie chcemy ścziągać na siebie uwagi w hotelu. Wiesś ci fani… Musiałam się nad tym zastanowić. Rodziców nie ma. To pewien problem. Może gdybym zadzwoniła… Tak, to genialny plan! Mama na pewno się zgodzi! I przekona tatę! Mamy parzcież na piętrze dwa wolne łóżka… Tylko jedna noc… Zgodzą się. -Muszę zapytać rodziców. Zaraz wam odpowiem.- rzuciłam i otworzyłam drzwi. Już miałam wstać, gdy… -Aaaaau!- zawyłam. Zakwasy. Opadłam ponownie na fotel. Mój pies, słysząc mój jęk odpowiedział „Aauuuuuuuuuuu!”, a ja, chcąc ocalić twarz i uniknąć ponownej próby wyjścia z auta, powiedziałam: -Jasne, możecie. Chłopcy uśmiechnęli się do mnie i powiedzieli szoferowi, żeby otworzył bramę. Wjechali na moje podwórko. Wysiadłam z limuzyny, aby wpuścić ich do domu. Tym razem nawet udało mi się wstać. W myślach kombinowałam jak by tu usunąć wszystkie ich plakaty z pokoju. Przecież nie mogą mnie uznać za maniakalną fankę, (choć w gruncie rzeczy nią byłam) i pojechać sobie! Gdy opuściłam samochód usłyszałam, jak jeden z chłopców mówił do innych: Dziwni ludzie z tych Polaków…
To może się udać…!
Kiedy zespół i jego ochroniarze weszli do domu podałam im herbatę. To pewnie było dla nich śmieszne, gdyż przywykli do luksusu… Podczas, gdy ja w kuchni gotowałam wodę, oni rozmawiali. Po angielsku. Orłem w językach to ja nie jestem, ale udało mi się co nieco podsłuchać. To co, że niegrzecznie się zachowałam? Przynajmniej dowiedziałam się, że będą niedaleko kręcić teledysk. Nie dlatego, żeby to było jakieś niezwykłe miejsce, tylko mieli coraz więcej fanów w Polsce i nie chcieli ich dyskryminować. Kiedy przyniosłam herbatę, szofer zadał mi pewne trudne pytanie. -Chłopcom się nudzi. Co tu można robić? Dobrze, że mówił czystą polszczyzną, a nie tak jak inni, których miałam problem zrozumieć. Tylko co można robić w mojej rodzimej dziurze? Ja zwykle potrafiłam sobie znaleźć jakieś twórcze zajęcie. Malowałam obrazy, pisałam teksty piosenek, komponowałam muzykę. Beznadziejnie mi to wszystko wychodziło, ale przynajmniej nie nudziłam się. Owszem, wolałam spędzać czas z przyjaciółmi. Jeździliśmy na wycieczki rowerowe (jednej z nich skutek odczuwam do dziś), pływaliśmy w pobliskim jeziorku, wspinaliśmy się na skałki, których pełno było w okolicznych lasach. Owszem, mogłabym wziąć Sama, Jasona i Gerry’ego na wspinaczkę, ale wtedy ryzykowałbym, że rzesze fanów osaczą ich pod pionową ścianą ostańca. Trzeba było coś wymyślić w domu. -Nooo… możemy pograć w grę planszową, poukładać puzzle… -Puzzle?!- ożywił się Jason. -Ok., puzzle.- odetchnęłam z ulgą. Zajmą się na co najmniej pół godziny i będę mogła przebrać się. Sięgnęłam na półkę. Co mogliby chcieć układać? Biorąc pod uwagę, że są ode mnie niewiele starsi, pewnie to co ja. Wyciągnęłam układankę przedstawiającą zamek. Tysiąc kawałków. Ja ją układałam w trzy godziny. Oby oni też… -Puzzle?...- Gerry był niezadowolony. -To co lubisz robić?- zapytałam, przeklinając go w duchu. Jason tymczasem już wysypał puzzle na ziemię i zaczął układać. -Graczć w koszikówkę . -Nie, nie ma takiej opcji. Włączę ci jakiś film.- postanowiłam byś nieugięta. Gerry chyba nie do końca mnie zrozumiał. Powtórzyłam mu to po angielsku. -You are speaking English!- ucieszył się Sam. -No, I don’t.- odpowiedziałam. -Masz jakiś film? Najlepiej głupi?- zapytał szofer. Spojrzałam na półkę z filmami DVD. Na pewno byłoby coś głupiego. -Tak, jasne. Wybierzcie sobie coś, ja muszę na chwilę wyjść. Zaraz wrócę. Gdy wychodziłam z salonu, w którym rozsiedli się The Qix, usłyszałam, jak Kłócili się o to, który z filmów wybrać. Westchnęłam. Jak dzieci. W przedpokoju chwyciłam za słuchawkę i wykręciłam numer mamy. -Tak, córuś? -Momo… Jest taka mała sprawa… -Tak? -Bo… No… Bo czy mogą u nas przenocować moi znajomi? -Nie wiem… Chociaż w sumie to jutro niedziela… No dobrze, niech ci będzie. Mogą. -Dziękuję mamusiu, kocham cię! Pobiegłam do swojego pokoju. Zerwałam plakaty, przebrałam się i uczesałam. Jak wszystko pójdzie po mojej myśli, to rodzice nawet nie domyślą się, że nocują u nas gwiazdy muzyki. Tylko muszę pilnować, żeby The Qix trzymali się na górze, podczas gdy moi rodzice będą cały czas na parterze. I tak zwykle siedzą w salonie i jadalni. A śpią w sypialni na dole. To może się udać! Odgłosy kłótni na dole ustąpiły miejsca pierwszym nutom piosenki Celine Dion „My heart will go on”. Zaśmiałam się cicho. Jakoś do zespołu rockowego nie pasował mi „Titanic”. Najwyraźniej za mało wiem o ludziach… Przygotowałam łóżka. Zdecydowałam, że goście jakoś muszą upchnąć się na trzech posłaniach, a ja rozłożę sobie materac i śpiwór na podłodze w garderobie. Zadowolona z siebie zeszłam do salonu. Myślałam, że zemdleję. Moi goście: a) Zrobili totalny bałagan i b) wcale nie oglądali „Titanica”, bo c) przeglądali mój album ze zdjęciami z dzieciństwa. -Ale biłaszś słodka!- zawołał Gerry, jak mnie zobaczył w progu, ze szczęką na wysokości kolan i wytrzeszczanymi oczami. -Gdybyśsz teraz takich min nie robiła to byłabyśsz dalej.- dodał Jason, uśmiechając się zalotnie. -Sorry za bałagan.- przeprosił Sam. -Nie, spoko, nic… ja tego, nie no wiecie… nic no!- Jąkałam się. -Nie martw się. Posprzątają.- uspokoił mnie szofer. -Taaa… Przygotowałam wam pokoje na górze…- nagle poczułam przypływ złościk, który wyrwał mnie z otępienia. –Kto pozwolił wam grzebać w moich prywatnych rzeczach! Chłopcy spojrzeli na mnie niewinnie. -No ty… Wyrwałam album z rąk Jasonowi. -Idźcie na górę. Proszę. Naprawdę. -Eeee…Nie… -Pójdą.- twardo uciął jęki szofer. Chłopcy, choć niechętnie, powlekli się za nim na górę. Usłyszałam jeszcze jak po angielsku mówił do nich: -Opanujcie się. To nie hotel. Jak nas wrzuci, to gdzie przenocujecie? Pieniądze się skończyły! Zabrałam się za sprzątanie. Byłam już w połowie odkurzania, gdy poczułam na sobie czyjś wzrok. To był Jason. -Chciałeś coś? -Nudżę się. Chdżźmy gdźcieszś. -Tu wszyscy was znają. Zaraz zostaniecie stratowani przez fanki. Mówię prawdę. -A przyjdzieszś do nas? Zastanowiłam się chwilę. Będę mieć na nich oko. -Tak, tylko skończę. -Pomogę czi. Tymi dwoma słowami poprawił mi nieco humor. Sprzątać z gwiazdą! To jest coś! Jason okazał się inny niż mi się wydawało na początku. Był naprawdę miły i zabawny. Nie mówię tego tylko dlatego, że był sławny. Po prostu był fajnym chłopakiem. Jeszcze nigdy nie bawiłam się tak dobrze przy sprzątaniu. Aż do pewnego momentu. -Możie włączyczć mużikę? -Tak, włącz. Będzie się szybciej sprzątało. Z głośników wierzy wydobyła się jedna z piosenek The Qix. -Jesteśsz naszą fanką.- Jason był zadowolony. –Pewie jesteśsz zachwycona, że tu jesteśszmy. Zdenerwowała mnie jego pewność siebie. -Nie. To składanka. Dalej są inni wykonawcy, a wasza piosenka jest tu przypadkowo. -Yes. Jużź ci wieżźę. -Wiesz, idź lepiej do kolegów. Sama sobie poradzę. – wyłączałam wieżę. – Papa! Posprzątałam do końca i wzięłam się za odgrzewanie obiadu. Czy ich lubię, czy nie coś muszą jeść. -Obiad!- zapukałam do pokoju. -Dziękuję. Zjesz z nami?- zaptał szofer. -Yes, będżźie super!- ucieszył się Jason. Aż dziwne, że się na mnie nie obraził.- Pokażźiemy ci coszś. -No, dobrze. Pokażcie. Wyciągnęli stertę plakatów. Tych, które zerwałam i schowałam pod łóżko. Zbladłam. -A jednak jesteśsz naśszą fanką.- Jason uśmiechnął się tryumfalnie. -Zróbmy tak. Ja się przyznam, a wy nie będziecie schodzić na dół. Pasuje? -Nie zejdą. Ja tego dopilnuję. – powiedział szofer. – Do jutra rana nie zobaczysz ich na dole. A o siódmej wyjeżdżamy. Dziękuję ci, że w ogóle pozwoliłaś nam tu przenocować. -Dziękuję panu. O ósmej wieczorem przyniosę kolację. Do widzenia. Wyszłam z pokoju i siadłam przed telewizorem. „Nienawidzę ich”- pomyślałam.
A jednak nie…
Wieczorem wrócili rodzice. Zdążyłam już nakarmić gości, ale mamie nie umknęło ile chleba zniknęło. -Jej, twoje koleżanki mają apetyt. Mogłabyś zawołać Sarę? Mam cos dla jej mamy… -Mamo, ale Sary nie ma…. -To kto dzisiaj u ciebie nocuje? To był moment, którego się obawiałam. Mogłam skłamać i stracić zaufanie rodziców, lub powiedzieć prawdę i narazić się na ich wściekłość. -Więc?- ponaglił mnie tata. -The Qix… Zapadła grobowa cisza. -Ty żartujesz, prawda?- mama wyglądała jakby zaraz miała mnie zabić. -Nie… -Wiesz, że będziesz mieć szlaban? -Tak… -Co masz na swoje usprawiedliwienie? -Zgodziłaś się… -Tak, żeby znajomi u ciebie nocowali, a nie jakieś gwiazdy muzyki, których twórczości nawet nie lubię! -A co miałam zrobić? Nie mieli dokąd pójść! Poprosili o nocleg… -Musisz nauczyć się asertywności! -Nie. Widzisz? Jestem asertywna! -Ona ma rację.- włączył się tata. –Kamila często odmawia. Nie miałam zamiaru dłużej kłócić się z mamą i wyszłam z salonu. Pobiegłam na górę i całkowicie zapominając o gościach wpadłam do swojego pokoju. Otwierając drzwi potknęłam się o but i wywaliłam wprost w ramiona Jasona. A ten idiota, choć początkowo mnie złapał, udawał, że tego wcale nie zrobił i wypuścił mnie. A ja spadłam na ziemię, nieźle obijając sobie przy tym kolana. Sam spojrzał się na mnie pozbawionym wyrazu spojrzeniem. I pomyśleć, że jeszcze dziś rano byłam w nim po uszy zakochana! Starałam się z klasą…