Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantasy · 14 min czytania

Gwidor

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Był piękny ciepły poranek. Cały świat skąpany był w cudnych słonecznych promieniach. Wszystko rwał się do życia. Bąk Gwidora też. - Pruuuuut! – rozległo się wśród dzielnej drużyny krasnoludów, maszerujących sennie do domu. A, że każdy prawdziwy krasnolud ma bardzo wysublimowane poczucie humoru, to po chwili wszyscy ci, dzielnie maszerujący wojacy pokładali się ze śmiechu po trawie. Gwidor był z siebie dumny, a jakże. On jako jeden z nielicznych jechał na rumaku, którego zdobył dzięki wspaniałej walce na miecze z jednym z tych ludzkich padalców. Był dumny, bo wystarczyło jedno jego pierdnięcie, aby tłum pobratymców tarzał się u jego stóp. Był dumny, bo za chwile pozna swojego pierworodnego. Prawie równo siedem lat temu poznał na weselu swojego brata miłość swojego życia – Orbronę. Była inna niż wszystkie: grubsza, brzydsza i niższa. Nie fryzowała nadmiernie swej brody – nie, stawiała na zupełną naturalność, dzięki czemu jej bródka była mięciutka w dotyku, a na dodatek jej cudny zapach przywodził na myśl świeżutki smalec. Kiedy poprosił ją do tańca, a ona odmówiła wiedział, że to z nią chce założyć rodzinę. Przez cały okres narzeczeństwa był cicha i odpychająca. A on – swą prostą naturą – kochał ją za to i marzył, co noc o chwili, kiedy ich związek zostanie wreszcie skonsumowany. I rzeczywiście nie zawiódł się swą nocą poślubną. Nie trzeba było długo czekać, gdy pokaźny brzuszek ukochanej zmienił się w bardzo pokaźne brzuszysko. Nie był to jednak najlepszy okres na zakładanie rodziny. Podziemie krasnoludów szykowało się do buntu przeciwko ludziom, którzy współpracę z mniejszymi od siebie zamieniali w wyzysk. Gwidor wraz z innymi mężczyznami z wioski musiał iść na wojnę. Wiele walczył i podróżował. Wsławił się jako jeden z najdzielniejszych krasnoludów. Choć, gdy on wylewał ósme poty na polu walki, to spokojniejsi i mędrszy od niego doprowadzili do podpisania układów ludźmi. On tym czasem zdobył to co najważniejsze podziw współbratymców oraz bogactwo, mógł teraz spokojnie wrócić do domu. Dostał z wioski zaledwie dwie wiadomości. Pierwszą – że urodził mu się zdrowy dziedzic. Drugą – że Orbrona umarła zachorowała i zmarła. Był jednak silnym człowiekiem i nie wpadł w rozpacz. Kochał swoją żonę, ale ma teraz syna, któremu musi zapewnić odpowiedni byt i być może – kto wie, kto wie? – macochę. Wizja macochy dla syna stała się nagle dominująca w jego rozważań i na twarz wykwitł błogi uśmiech. Tyle czasu w moczarach, tunelach. Jak dobrze zacząć życie na nowo! - Już ich widzę! – wybił go z rozmyślań któryś z kompanów. I rzeczywiście. Nie dalej niż na dwie staje widać było tłum krasnoludek i dzieci, machających ochoczo. „Dostali wiadomość i czekają. Mój synek!” – pomyślał Gwidor i aż zadrżał ze szczęścia na całym ciele. Dał porwać się tłumowi, zapomniał o całym świecie i pędził ku poznaniu. Po chwili te dwie wielkie kupy krasnoludów scaliły się w jedną: krzycząco-cmokająco-wiwatującą. Gwidor naraz zdał sobie sprawę – besztając się w duchu, że dopiero teraz - że przecie jego syn nie zjawi się tutaj sam, a jeśli nie sam, to z… - Tutaj jesteś parszywcze! – usłyszał jakże znajomy, chrapliwy głos. - Witaj Gorbryno - odpowiedział wzdychając. Poczuł nagle, że te sześć lat wygnania, były jednak niezmiernie szczęśliwe. Udało mu się jakoś zapomnieć o teściowej. Stała teraz przed nim jeszcze starsza i jeszcze śmieszniejsza. Brodę miała ufryzowaną w loki anielskie, spruszone jakimś połyskliwym proszkiem. Zapewne uważała, ze wygląda przecudnie. - Uściskaj mnie, ty. Gwidor uczynił zadość temu żądaniu rozglądając się jednak cały czas za swoją, pomniejszoną jeszcze, kopią. Nie widział jednak w pobliżu żadnego małego chłopca, toteż cierpliwość jego powoli wyczerpywała się. - Puszczaj już, babo. Gdzie mój dzieciak. - Twój, twój. Stoi tam, nieopodal. Nie chciałam, żeby w takim tłoku… - Nic nie zmądrzałaś, kobito. Boję się doprawdy, jakżeś ty go wychowała, skoro nawet nie przybył przywitać ojca. Pierwsze, co go spotka z kochającej, ojcowskiej ręki, to baty. Gorbryna jakoś dziwnie, zwłaszcza jak na nią struchlała, ale po chwili opanowała się, przykleiła do twarzy sztuczny uśmiech (a wierzajcie mi, że sztuczny uśmiech w wykonaniu Gorbryny, jest naprawdę sztuczny) i wzięła Gwidora pod rękę. W ciżbie Gwidor ujrzał swego przyjaciela, Milhego, który krzyczał coś do niego. Chyba: „czy widziałeś już syna?” i „czegoś się dowiedziałem”, ale jego słowa szybko umilkły , gdyż jego żona zatkała mu usta siarczystym pocałunkiem. Gorbryna ze zdecydowaniem prowadziła go w kierunku wielkiego dębu. Pośród bujających się wysokich traw stało gwidońska latorośl. Gwidon nie widział dobrze swego syna, gdyż słońce raziło go w oczy, ale zdążył na pierwszy rzut oka ocenić, że dzieciaka trzeba koniecznie podtuczyć. Miał już na języku parę ciętych słów do Gorbryny, co do jej kuchni, ale nie mógł już i wypowiedzieć, gdyż poczuł jak łzy cisną mu się do oczu. Przywołał się w duchu do porządku i nagle zmartwiał ze zdziwienia. Jego maleństwo bowiem nagle, jakby urosło. Stanęła przed nim postać jego wzrostu. - Cholerne słońce – mruknął. Cała sytuacja była nienormalna i doprawdy irytująca. Zaszedł postać od tyłu i spojrzał jej w oczy. Stało przed nim pięcioletnie dziecko. Bez dwóch zdań. Szkoda tylko, że jego wzrostu. Szkoda, że nie miało cienie bródki. Szkoda, że było ludzkie./ - Co to ma być? – zapytał spokojnie i lodowato, patrząc na Gorbrynę, tak aby wiedziała. Aby wiedziała, że on jest cierpliwy i wyrozumiały, ale do czasu. - Twój syn. Przywitaj się z dzieckiem – odpowiedziała szelma, niby to spokojnie, ale w jej głosie słychać było panikę. - Dzień dobry, dziecko – warknął wnerwiony krasnolud już pół tonu głośniej. – A ty chodź mi tu zaraz ze mną! - Nie rozumiem o co ci chodzi… - zaczęła Gorbryna, ale nie skończyła, bo zięć pociągnął ją z całej siły za ramię i poprowadził na bok. - Co to ma znaczyć! – darł się. – Gdzie jest moje dziecko? - Ależ to jest twoje dziecko. Ależ nie unoś się. Wróciłeś i powinno być miło. Robisz dzieciakowi przykrość… - Kobieto… Tracę cierpliwość. Co to za stwór? Gadaj natychmiast, bo zabiję i ciebie i jego! - Gwidorku… nie unoś się… Gwidorek wyjął nóż zza pasa i wymierzył nim w teściową. Zreflektował się jednak, gdyż ujrzał zza drzewa parę niebieski, spoglądających na niego z przestrachem, oczu. - Gwidor, wysłuchaj mnie spokojnie – zaczęła płaczliwie Gorbryna. – Nikt nie wie, jak to się stało. Orbrona urodziła właśnie to dziecko. Początkowo nie byliśmy jeszcze zaniepokojeni. Faktycznie urodziło się bez nawet najmniejszej bródki, ale nie było po co robić alarmu. Zdarzają się w naturze różne cuda. Na przykład…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Gwidor — czytnik · opowiadania