Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 19 min czytania

Gwiezdne Wojny - Równowaga Mocy - Rodzina - cz.14

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Na mostku panowała monotonna jasność, która był ciągle przerywana przez zapalające się tu i ówdzie czerwone i żółte lampki informujące o uszkodzeniach statku. Baratri stała z boku i wpatrywała się w młodego Mandalorianin, który biegał między pulpitami próbując zapanować nad tym całym chaosem. Przez głowę przelatywały jej myśli jak wagony kolejki miejskiej. Nie mogła zrozumieć, dlaczego chcieli ją zabić. Ale czy to miało teraz jakiekolwiek znaczenie? Spojrzała w kąt, gdzie ułożyli stos ciał i resztki droidow. Te większe resztki, bo część ciągle walała się po podłodze. Trochę żałowała, że nie zostawiła chociaż jednego przy życiu, żeby wyjaśnił jej o co chodzi. Dlaczego rada postanowiła ją usunąć? Przygotowania do ofensywy szły pełna parą, nie było opóźnień ani większych problemów. Zauważyła, że od jakiegoś czasu odnoszą się do niej inaczej, że nie mówią jej wszystkiego. Wyczuwała, że coś się zbliża, ale nie potrafiła jednoznacznie określić co. Nie dawała wiary mglistym domysłom. Pozostała wierna sprawie. Słyszała i widziała, że Jedi potrafią spojrzeć w umysł drugiej osoby, zobaczyć, co ona czuje, kim jest. Ją szkolono, aby umiała wytworzyć barierę dla takich ataków, ale nikt nie pokazał jej jak dokonać takich rzeczy. W tym aspekcie na pewno Jasna Strona była mocniejsza. Spojrzała na jedynego żywego członka załogi.

- Jak tam sytuacja? - To cud, że się jeszcze nie rozlecieliśmy. - Dobrze sobie radzisz. – starała się być spokojna - Próbowałem sterować w mniej oficjalnych misjach. Takie hobby. Nie spodziewałem się jednak, że przyda się w takich okolicznościach. - Dobrze, że nie spanikowałeś. Wtedy mogło być krucho. - Spanikowałem i to jak. Po prostu nie mogłem się ruszyć. Ale do rzeczy. To znaczy - zmieszał się trochę. Przecież to ciągle była członkini Rady Wojennej, Wielka Mistrzyni. - Proszę posłuchać. - Słucham - odezwała się. - Większość czujników nie działa. Jakoś udało się wprowadzić statek w nadświetlną, co pewnie uratowało nam życie, ale teraz trzeba go z niej wyprowadzić. Inaczej prędzej czy później rozpadnie się na drobne kawałki. - Dobrze. Gdzie jesteśmy w tej chwili? Musimy znaleźć jakieś w miarę dogodne miejsce do lądowania. Żeby nie okazało się, że uciekliśmy, aby zginąć. - Niestety nie mam pojęcia gdzie jesteśmy. Sensory i detekcja mapy nie działają. Pokazują jakieś bzdurne odczyty i kręcą się w kółko. Myślę jednak, że lepiej powalczyć o życie niż zginąć w tej metalowej puszce bez możliwości zrobienia czegokolwiek. - Dobrze powiedziane młody. To działaj i oby się nie okazało, że to Mandalore.

To nie był Mandalore, ale i nie był to żaden ze znanych im układów. Gdy przyzwyczaili się do zmiany otoczenia zaczęli szukać jakieś planety na horyzoncie. Nieco po prawej, w oddali widać było średniej wielkości obiekt. Z tej perspektywy był najlepszym miejscem do lądowania.

- Lećmy tam. - młody wskazał ręką. Na powierzchni zastanowimy się co dalej. - Zobaczmy co ma dla nas ta czerwona planeta - rzuciła Baratri i usiadła w jednym z fotelów.

Dziwnie się poczuła, zakręciło się jej w głowie, poczuła ciepło i niepokojące pulsowanie, jakby buczenie. Przymknęła oczy i starała się skupić na najbliższych działaniach. Nie da się zabić tak łatwo, a ci, którzy życzyli jej śmierci niech lepiej często patrzą za swoje plecy.

*****

- Co się dzieje młody? - Baratri starała się utrzymać równowagę.

Statek był mocno przechylony na dziób i lekko na lewa burtę. Gdyby miała szybko ocenić sytuację, to po prostu wszystko migało. Dodatkowo na złowrogi czerwony kolor, który nie jest zbyt pożądany w czasie lądowania. Pomieszczenie zalewało się tym kolorem raz po raz synchronicznie z ruchem lamp awaryjnych. Przed sobą widziała bezkresne pustkowie czerwonego piachu. System ostrzegania cały czas krzyczał.

- Podciągnij! Podciągnij! Zbyt ostry kąt schodzenia. Podciągnij! - Nie działają stery kierunkowe. – powiedział jakby do nikogo. - Ale działały. Jak zaczęliśmy schodzić to wszystko było ok. – nie licząc kilku żółtych i czerwonych lampek, pomyślała. - Było. Musiały się zablokować jak ustawiłem je w pozycji do lądowania. - A pilot automatyczny? - zauważyła Baratri. - Pilot nie leci z nami już od dłuższego czasu - rzucił młody. - Wierzę w ciebie. Tylko posadź to cholerstwo w miarę bezpiecznie i będzie dobrze. Coś wymyślimy. - Staram się. Mandalorianin zaparł się przy sterach i z całych sił próbował je przestawić. Baratri skupiła się i chłopak poczuł jakby coś z poza świata pomagało mu w tej walce z przyrządami. Zwrócił wzrok na Sitha. - Tylko nie przesadź. Jak to złamiemy to równie dobrze mogliśmy nie wychodzić z nadprzestrzeni. Nagle ster drgnął i statek nieco wyrównał lot. System ostrzegania uspokoił się na chwilę. - Dobra. Tam są jakieś wzniesienia i trochę wolnego miejsca. Spróbuje wylądować.

Baratri znowu poczuła ciepło i te dziwne wibracje. Co się dzieje? - pomyślała. Co to za planeta?

Statek zaczął obniżać swój lot. Nie można jednak powiedzieć, że było to płynne zejście. Co chwila rzucało nim w górę lub w dół. Dziub przechylał się nagle w lewo lub w prawo. Miejsce, gdzie mieli wylądować było dość spore. Otoczone przez niewielkie wniesienia, które jednak szczelnie zakrywały horyzont. Można było odnieść wrażenie, że za tymi pagórkami znajduje się dolina lub jakiś wąwóz. Dało się też zauważyć rumowisko kamieni, już jakby za wzniesieniami, które wyłaniało się z tej doliny. Baratri na pierwszy rzut oka skojarzyła je z mocno zdewastowanymi przez czas pozostałościami po szerokich kamiennych schodach. Lot obniżał się coraz bardziej. W pewnym momencie system ostrzegania włączył się ponownie - Zbyt ostry kąt schodzenia. Podciągnij!. Nie było już jak podciągnąć. Statek powoli osuwał się coraz niżej z przechylony dziobem.

- Przypnij się do fotela. - rzucił młody. - Może lekko szarpnąć - uśmiechnął się i sam zaciągnął mocno pas. Baratri zrobiła to samo.

W wielkim przeszkleniu przed nimi czerwona planeta zbliżała się coraz szybciej. Nagle dziób lekko podniósł się do góry, po czym, z utemperowanym impetem uderzył w ziemię. Kąt jednak sprawił, że odbił się od niego lekko jak kamień na wodzie i przy ponownym zetknięciu zaczął sunąć po podłożu. Szyba przed nimi nie wytrzymała naporu i zasypała ich niezliczoną ilością roztrzaskanego szkła. Oboje próbowali za wszelką cenę utrzymać się w swoich fotelach. Nikt nie wydawał z siebie żadnego dźwięku. Jedynie po twarzach widać było ogromny wysiłek, który pokazywał walkę z przeciążeniem i wstrząsami, walkę o życie, które już raz nawzajem sobie ocalili. Teraz jednak nie mieli wpływu na to, co się wydarzy. Mogli mieć jedynie nadzieję, że wyjdą z tego cało. Przerażający huk miażdżonej stali roznosił się w koło. Ogromny statek przejechał już kilkaset metrów i powoli zaczął wyhamowywać. Gdy to odczuli spojrzeli na siebie wymownie. Ich twarze były całe pokryte warstwą czerwonego piachu, który dostawał się przez rozbite przeszklenie. Wpychał się nieustępliwie w każdego rodzaju zakamarki. Na szczęście żaden większy kawałek rozpadającego się statku ich nie dosięgnął, choć kilka przeleciało parę centymetrów od głowo Mandalorianina jak i Baratri. Statek w końcu całkowicie wyhamował i zatrzymał się wśród unoszących tumanów kurzu i piachu. Ciężko było cokolwiek dostrzec. Jedyni żyjący pasażerowie nie byli w stanie niczego zobaczyć. Byli wyczerpani, a wciskający się wszędzie pył mocno utrudniał im oddychanie.

- Żyjemy! - krzyknął młody żołnierz. - udało się! - zaczął odpinać się z pasów. Wyglądał jak ożywiona rzeźba z piasku, która właśnie wykonuje swoje pierwsze ruchy. - Musimy się stąd wydostać - zwrócił się do Sitha.

Baratri także już uwolniła się z fotela. Stanęła na środku zrujnowanego mostku. Przegarnęła włosy i zmierzyła wzrokiem otoczenie. Nie było ani ciał ani robotów. Pewnie wyleciały przez przednią szybę przy pierwszym lepszym uderzeniu. Wszystko było pokryte grubą warstwą piachu. Grodź do dalszej części statku była ciągle zamknięta. Cały sprzęt umarł i nie wydawał już żadnych dźwięków. Plus tej sytuacji był taki, że nie musi już słyszeć ciągłego głosu "Podciągnij, podciągnij". Już ją to zaczęło męczyć. Z drugiej strony trzeba będzie jakoś uruchomić ten złom. Przynajmniej radio. Miała nadzieję, że ta planeta jest zamieszkała. Rozmyślanie jednak przerwało buczenie w głowie. Takie samo jak wcześniej, ale jakby dwa razy mocniejsze. Kurz ciągle się unosił wiec nie widziała niczego na dookoła, ale czuła jakby niepokój, jakby obawę przed czymś jasno nie zdefiniowanym. Ta planeta na nią działa, była tego pewna. Nigdy nie doświadczyła czegoś takiego, więc z jednej strony była niepewna i może trochę przestraszona, ale z drugiej strony ciekawa. I to ciekawość wygrywała ze wszystkim innym. Chciała wiedzieć co się dzieje, chciała poznać to coś.

- Chodźmy! - odezwał się chłopak. - Musimy wyjść z tego żelastwa jak najszybciej.

Widok, który przed nimi się rozpościerał, nie napawał optymizmem. W koło unosiły się cały czas tumany kurzu. Zobaczyli statek, który ich tutaj dowiózł. Wyglądał bardziej jak pogniecione metalowe pudło. Z tyłu wydobywały się kłęby dymu i strzelały iskry. Teraz ujrzeli ogrom zniszczeń. Lewa strona statku była mocno poszatkowana przez strzały, natomiast części prawej strony w ogóle nie było. Za statkiem odcisnął się długi na kilkaset metrów rów. Rozejrzeli się w koło. Planeta nie wyglądała na zamieszkałą, ale oboje mieli nadzieję, że tylko ta część tak wygląda i uda im się w miarę szybko znaleźć jakąś cywilizację. Roślinności nie było praktycznie w ogóle, nie licząc paru…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Gwiezdne Wojny - Równowaga Mocy - Rodzina - cz.14 — czytnik · opowiadania