Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 26 min czytania

Gwiezdny pył

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przemierzali pustynię od kilku dni, byli już prawie u celu. Wiatr wzbijał tumany wpadającego do ust i oczu kurzu, nogi zapadały się w piasku. John spojrzał po towarzyszach. Ubrani w zwierzęce skóry i uzbrojeni tylko w noże i maczety. Jedynie przywódca miał na plecach karabin. Niby twardzi mężczyźni, ale w oczach ich rysował się teraz strach, bo mało kto wracał z ruin zakazanego miasta, a nawet ci, którzy zdołali, zazwyczaj szybko umierali. No chyba, że nie wierzyło się w bajki o duchach przeszłości, które rzuciły klątwę na to miejsce. Choć pochodzili z różnych wiosek łączył ich jeden cel. Potrzebowali broni, aby skutecznie odpierać coraz śmielsze ataki barbarzyńców z południa. Ostrza, które potrafili wyciosać z kamienia, były bardzo nieefektywne w walce i nie mogły się równać narzędziom pozostawionym przez plemię dawnych ludzi. Zresztą kto nie posiadał prawdziwej broni nie mógł siebie nazywać wojownikiem, a znaleźć ją można było tylko tam, gdzie do tej pory nikt inny nie odważył się szukać. Podobno tutaj kiedyś mieszkali ludzie. Potem bogowie zesłali na miasto zagładę, a reszty dopełniła pustynia. Wszędzie dookoła leżał tylko gruz i kamienie. Ruiny budynków ścięte jak przez błyskawicę. Pojedyncze ściany z dziurami po oknach były osmalone i nadtopione niczym ogniem piekielnym. A wszystko przykrywał piach. Przeszukiwali systematycznie każdy dom. Przerzucali zniszczone sprzęty domowe, nadpalone ubrania, połamane meble. Wszystko co znaleźli było w fatalnym stanie i nie nadawało się do użytku. Pod wieczór w jednej z ruin odkryli stalową pokrywę, przywaloną kamieniami. Otworzyli ją by ujrzeć schody biegnące do pomieszczenia poniżej. Przyświecając sobie pochodniami zeszli na dół, by znaleźć się w niewielkiej piwnicy. Dzięki temu, że przez lata była odizolowana od otoczenia, jej wnętrze zachowało się w zdecydowanie lepszym stanie. Wypełnione było jakimiś urządzeniami, których przeznaczenia nie znali. Rzucili się jednak do poszukiwań. Otwierali szafy, przesuwali ławy o stalowych blatach, przestawiali pudła o szklanych ścianach. John zepchnięty na bok siłował się z jakimś błyszczącym pojemnikiem, licząc iż znajdzie w nim coś przydatnego. W końcu wieko odskoczyło, a twarz obsypał mu biały pył, znajdujący się w środku. Zdenerwowany zatrzasnął pudło i rzucił je w kąt. Wtedy też spostrzegł, że leżał tam wysuszony szkielet, zapewne mieszkaniec tego domu. Gdy emocje opadły nastąpiło zwątpienie. Nie znaleźli tu właściwie niczego interesującego, żadnych śladów pradawnej broni. Było już jednak za późno, aby kontynuować poszukiwania, więc postanowili, że przeczekają tutaj na do rana. Tej nocy John miał koszmary.

--

- Smutna prawda jest taka, że rząd zakończył finansowanie naszego instytutu. Możecie panowie rozejść się do domów. - Dyrektor zostawił ich z tą informacją i wyszedł. Siedzieli w pomieszczeniu wpatrując się tępym wzrokiem w ścianę. - Robert, chodź ze mną - odezwał się starszy mężczyzna z bujną, siwą czupryną. - Mam do ciebie sprawę. - Obaj ruszyli rozświetlonym korytarzem, zeszli po schodach na niższy poziom i znaleźli się w laboratorium. - Muszę kontynuować projekt, ale tutaj to niemożliwe - mówił przeszukując szuflady, pakując papiery i dyskietki do torby. - Tylko u ciebie są warunki. - A co to w ogóle jest profesorze? - zapytał Robert. - Projekt Gwiezdny Pył - odpowiedział mężczyzna. - Dostałem to od NASA. Próbka przywieziona przez sondę badającą kometę. - Mówiąc to wyciągnął ze stalowej szafy błyszczący pojemnik, przypominający duży termos. - Zabierzemy go do ciebie i tam będziemy kontynuować badania. - Poczekaj. Przecież nie możemy tego stąd wynieść. - Rozejrzyj się. - Ściszył głos - Po ulicach biegają uzbrojone bandy, rząd upadł, wojsko u władzy. Prędzej czy później ktoś tutaj wejdzie i zamknie ten biznes na dobre. Musimy przenieść projekt w bezpieczniejsze miejsce. To jest cholernie ważne. Robert miał wątpliwości, ale zgodził się na propozycję przyjaciela. Spakowali i zabrali wszystkie dokumenty. Pojemnik ukrył w plecaku. Wyszli z instytutu, wsiedli do samochodu Roberta i ruszyli. Ulice były dziwnie puste jak na popołudniowe godziny. Gdzieniegdzie stały czołgi, po chodnikach przechadzali się żołnierze. Opuścili centrum, jechali przedmieściami. Drogę zastąpiła im grupka osobników w dresach. - Nie zatrzymuj się - wycedził profesor. Robert zwolnił zastanawiając się jak ich ominąć. To byli młodzi ludzie uzbrojeni w kije bejsbolowe. Kilku wbiegło przed samochód. Robert zahamował gwałtownie i opuścił boczną szybę. - Jedź - ściszonym głosem nalegał profesor. - Czego chcecie? - Milicja miejska, konfiskujemy ten samochód - powiedział mężczyzna opierając się na oknie. - Jedź na Boga - krzyknął profesor. Robert wcisnął gaz do oporu. Opony zapiszczały na asfalcie, mężczyźni odskoczyli na bok. Po chwili usłyszeli tylko kilka uderzeń i dźwięk tłuczonej szyby. - To tylko kamień - wymamrotał zdenerwowanym głosem Robert. - Nie jest tu już zbyt bezpiecznie. Po kilku minutach byli u celu. Robert mieszkał w niewielkim domku na przedmieściach. Wypakowali rzecz z samochodu i ukryli go w garażu. - Dobra, ja jadę po resztę dokumentów - powiedział profesor, gdy Robert majstrował kluczem przy drzwiach. - Weź samochód. - Nie, pojadę komunikacją. Tak będzie bezpieczniej. - odpowiedział i ruszył chodnikiem machając na pożegnanie. - Wpadnę jutro. Robert otworzył drzwi i wszedł do środka. Przeniósł wszystkie rzeczy z samochodu i rzucił się na kanapę. Nalał sobie kielicha wódki i chwycił za pilota. Same złe wiadomości. Bójki, rozróby, chaos. Pełna anarchia. Wyłączył telewizor. Zobaczmy cóż to za magiczny pył, pomyślał przekręcając zatrzask. Wieko z pojemnika odskoczyło. Nasypał trochę na rękę. Proszek miał metaliczną barwę, a w dotyku przypominał mąkę i błyszczał na dłoni. Nie było czuć żadnego zapachu. Robert wsypał go z powrotem i zaczął ze znudzeniem przeglądać dokumenty profesora, otwierając na przypadkowych stronach.

{i}Piętnasty maja. Analiza mikroskopowa. Pył nie wykazuje znanej nam struktury. Jest zbudowany na poziomie subatomowym.{/i}

Co? Nie jest zbudowany z atomów? To z czego? - pomyślał, wertując kolejne kartki. Znalazł jakieś zdjęcia. Obraz mikroskopu optycznego pokazywał ziarenka układające się w symetryczne kształty. Przerzucił stronę. Mikroskop elektronowy. Uderzająco podobny obraz. Niesamowite. Przerzucił kilka kolejnych stron.

{i}Dwudziesty trzeci maja. Naświetlanie. Pył reaguje zmianą struktury zależnie od barwy.{/i}

Odnalazł zdjęcia podpisane kolejnymi kolorami. Pył tworzy mozaikę układającą się raz w pięciokąty, innym razem w kwadraty, jeszcze innym w trójkąty. Każdy obraz przedstawiał odmienną strukturę. Robert zwinął dokumenty i chwycił pojemnik. Przeszedł przez przedpokój i otworzył drzwi. Za nimi była ciężka stalowa klapa. Podniósł ją odkrywając schody do piwnicy. Zszedł ostrożnie i przerzucił przełącznik. Bladobłękitne lampy rozświetliły pomieszczenie. Było całe pokryte białymi kafelkami i sterylnością przypominało szpital. Pod ścianami stały przeróżne aparaty i monitory komputerów. Na środku był ogromny stół. Robert położył na nim dokumenty i rozsypał proszek. Nabrał go trochę na zwilżone szkiełko i włożył pod mikroskop. Włączył podświetlenie próbki i spojrzał w wizjer próbując dobrać odpowiednią ostrość. Ziarenka układały się zupełnie symetrycznie, tworząc jednorodną strukturę. Robert rozejrzał się po laboratorium, przeszukał szuflady i odnalazł barwne filtry. Włożył czerwony filtr pod próbkę i spojrzał w wizjer mikroskopu. Rzeczywiście tym razem na jednorodnym tle widział zarysy trójkątów. Obrócił głowicą soczewek, aby uzyskać powiększenie obrazu. Teraz obserwował bok trójkąta. Cząstki zagęszczały się w tym miejscu. Obrócił jeszcze raz głowicą, aby przyjrzeć się dokładniej. Tym razem w polu widzenia miał już tylko kilka z nich. Próbował uzyskać lepszą ostrość, ale było to trudne. Każda cząstka sama była trójkątem i wydawało mu się, że składała się z jeszcze mniejszych elementów. Dalej nie mógł już przybliżać obrazu. Zaczął jeszcze raz przeglądać zdjęcia profesora. Trójkąty na obrazach z mikroskopu elektronowego wyglądały tak samo jak na tych z optycznego. Zaczynało do niego docierać jak zbudowany jest pył. Gdy zaglądamy głębiej w jego strukturę widzimy kolejne powtarzające się elementy. Trójkąty składają się z cząstek, ale one z kolei same są figurami składającymi się z jeszcze mniejszych kawałków. Używając najdoskonalszego mikroskopu elektronowego powinniśmy widzieć już atomy a my ciągle widzimy te cholerne trójkąty. Zapewne idąc jeszcze głębiej w strukturę zupełnie nic się nie zmieni. Ciekawe, czy gdyby mieć więcej pyłu to też ułożył by się w jakiś kształt? Momentalnie zgasło światło. Robert wstał od stołu i po omacku znalazł przełącznik na ścianie. Przekręcił go i podłoga zadrgała. Usłyszał rytmiczny dźwięk silnika spalinowego, a po chwili zasilanie wróciło. Ruszył po schodach na górę, aby rozejrzeć się po domu. Po chwili wrócił z butelką wódki. - Chyba zabawimy tu na dłużej - pomyślał i pociągnął spory łyk, po czym zmienił filtr w mikroskopie na zielony. Pył momentalnie ułożył się w kwadraty. Zmienił filtr na żółty i uzyskał pięciokąty. Wrócił do czerwonego. Ku swojemu zdziwieniu zauważył, że pył uformował kwadraty a nie trójkąty jak poprzednio. - Niesamowite. Jeśli barwa wywołuje jakąś mechaniczną reakcję, to konkretny kolor powinien dawać konkretną odpowiedź. Dlaczego raz czerwony daje trójkąt, a raz kwadrat? - zadumał się. Pociągnął kolejny łyk i zaczął przerzucać dokumenty. - Jest!

{i}Dwudziesty piąty maja. Dalszy ciąg analizy widmowej. Pył wydaje się za każdym razem inaczej reagować na zmianę koloru. Przyporządkujmy parom barwy i kształtu kolejne litery alfabetu. I tak czerwony trójkąt - A, czerwony kwadrat - B,{/i} przekartkował dalej {i}niebieski pięciokąt - R. Przeprowadzono dwudziestogodzinny test naświetlania zmieniając barwę kilkanaście razy na sekundę. odpowiedzi zapisano na dyskietce numer sześć i przeznaczono do dalszej analizy.{/i} Robert odnalazł dyskietkę i włożył do komputera. Odnalazł odpowiedni plik tekstowy. Był tam ciąg liter alfabetu. Co teraz? Naprędce napisał program do analizy. - Korelacji brak - pomyślał. - A spróbujmy wykonać standardowy test losowości próbki. - Wklepał szybko kilka funkcji. Uruchomił program. Wynik bardzo go zdziwił. Próbka nie przeszła testu. Bez wątpienia nie był to przypadkowy ciąg znaków. Robert wziął głęboki wdech i napił się jeszcze raz z butelki. Momentalnie poczuł się bardzo zmęczony. Położył głowę na stole próbując przemyśleć dalsze postępowanie, po chwili jednak zasnął. Miał tej nocy koszmary.

--

- Wstawaj - szturchnął go Ben. - Wszyscy już poszli. - A ty dlaczego z nimi nie poszedłeś? - John miał straszny ból głowy. - Nie lubię tych tępych wojaków. - Czego ty nie powiesz? - uśmiechnął się. - Rozejrzymy się na własną rękę zanim wszystko nam zgarną sprzed nosa. - Kontynuował mężczyzna. - Wódz zarządził spotkanie tutaj przed zmrokiem. Chyba polubił tę piwnicę. John podniósł się z trudem i oparł o stół. W świetle pochodni pomieszczenie wyglądało tajemniczo i złowrogo, ale coś mu przypominało. - Wiesz, miałem dziwny sen. Bardzo realny. Zupełnie jakbym tam był - powiedział. - Gdzie? - Ben przyglądał mu się ze ździwieniem. - W czasach przed kataklizmem. - Nie gadaj głupot. - Roześmiał się i ruszył po schodach. - Poczekaj. - John po omacku podszedł do ściany i zaczął badać ją rękami. Po chwili wyczuł jakieś pokrętło. Przekręcił je, ale nic się nei stało. - Co robisz? - Zdziwił się Ben. - Już nic - odpowiedział. Na zewnątrz szalała wichura. Wiatr świstał gdzieś między ścianami zrujnowanych domów sypiąc piaskiem, a po błękitnym niebie z wolna dryfowały obłoki rozświetlane przez górujące słońce. Ruszyli zakurzonym szlakiem między gruzami budynków. Wiedzieli już by szukać pod ziemią, gdyż tylko tam cokolwiek mogło zachować się użytecznym w stanie. Musieli jednak najpierw odnaleźć ukryte pod piaskiem wejście. - Do czego to mogło służyć? - Ben uderzył pięścią w górę powyginanej blachy. - To pojazd mechaniczny. Podróżowali tym. - Odpowiedział mu John. - Skąd wiesz? - Mówiłem ci. Ja tam byłem. I to nie przez jedną noc. Wydaje mi się, że spędziłem tam całe życie. - Chyba naprawdę opętały cię duchy tego miejsca. - Ben wzdrygnął się, ale John dopiero teraz po raz pierwszy w życiu zaczynał wszystko rozumieć. Urodził się przecież wiele lat po katakliźmie, a ludzkość zdążyła już zapomnieć o swojej dawnej potędze. Tylko nieliczne artefakty będące przedmiotami z przeszłości, przypominały skąd naprawdę pochodzili. Nikt natomiast nie wiedział dokąd zmierzali. Wyniszczał ich głód, choroby i wojny. Walczyli o skrawek ziemi uprawnej czy strumień czystej wody. Pomagały im jeszcze znalezione gdzieniegdzie narzędzia i broń, lecz ten stan był tylko przejściowym. Wszystkie przedmioty z czasem zużywały się i rozpadały, a nikt nie potrafił ich naprawić, ani zrobić nowych. Jego rodzice używali przecież jeszcze mechanicznego pojazdu przy uprawie roli, którego wrak stał

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%