Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Horror · 18 min czytania

Gwóźdź do trumny

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Gwóźdź do trumny

Pomimo 17 lat na karku wcale nie czułem się dorosły. Mieszkając tylko z rodzicami, dwiema pokojówkami i starą ciotką, co dzień czułem narastające uczucie osamotnienia i pustki. Żyliśmy w ogromnym gotyckim domu, w którym korytarze przenikały się ze sobą niczym nici na fantazyjnie zdobionych dywanach. Potężne zimne i szare ściany kontrastowały z soczystą bielą zimowych zasp. Ciemny dach górował nad sosnami dotykając nisko przelatujących sinych chmur. Słońce było tu inne, mniej ciepłe a gwiazdy wyblakłe i dziwnie ponure. Chłód i mrok panoszyły się od piwnic aż po strych. Skrzypiąca podłoga krzyczała co rano, gdy służba krzątała się w kuchni przygotowując wykwintne posiłki. Czasem wydawało mi się, że mieszkam w lodowej komnacie a nie w ciepłym przytulnym pałacu. Jednak dziś me domostwo wydawało mi się jeszcze bardziej przytłaczające i obce niż zwykle. Rankiem zmarła ma jedyna ciotka, Klara. Znalazła ją pokojówka, niosąc jej, jak co rano średniej wielkości śniadanie. Organizacja uroczystości pogrzebowych przebiegała bez zarzutu i już po niespełna kilku godzinach rozesłano zaproszenia zamówiono mszę i orkiestrę na pogrzebową uroczystość. Byle do jutra, myślałem siedząc w mroku swego pokoju. Było mi żal kobiety, ale jednak świadomość nocowania z nieboszczykiem w domu, którego nie rozweselał nawet promień słońca, była straszna. Za oknem śnieg obijał się o grube szyby a silny wicher szarpał wierzchołkami drzew. Wstałem z łóżka i zapaliłem świecę stojącą na ciężkim hebanowym stole. Podszedłem do małej biblioteczki i wyjąłem z niej pierwszą lepszą książkę. Powróciwszy na miejsce usiadłem i położyłem ją na kolanach. Spoglądałem w okno trzymając drżące ręce na zbutwiałych okładkach. Za drzwiami słychać było krzątanie pokojówek sprzątających dom. Z zamyślenia wyrwał mnie ciche pukanie do drzwi… -Proszę- Zawołałem. Do pokoju weszła piękna i bardzo zadbana służąca, na imię miała Julia. Zbliżyła się do mnie z dziwnie smutną miną, po czym usiadła obok mnie. -Co panicz czyta?- Zapytała delikatnie unosząc brwi Podniosłem książkę i zdziwiłem się gdyż nie zdawałem sobie do tej pory sprawy, jaką książkę trzymam w dłoniach. - Skąd panicz to ma?- Zapytała z wyraźnym przejęciem- Będzie się panicz bał spać… Spuściłem oczy i rzekłem- Dostałem to od cioci Klary trzy tygodnie temu… -Wiem, że paniczowi jest przykro, ale…- przerwała nagle jakby nieco skonsternowana.- Mam do sprzątnięcia jeszcze dwa piętra, a Tereska szykuje na jutro posiłki, więc do panicza z prośbą przyszłam… -Tak? – Spytałem zaciekawiony -Trzeba wstążkę przypiąć- odpowiedziała i rozejrzała się niepewnie po mrocznym pokoju. Śnieg cichutko opadał na szyby i przysłuchiwał się naszej rozmowie z największą uwagą. -To taki zwyczaj… -Dobrze,- Powiedziałem- ale gdzie? -Ciotce Klarze. Moja radość prysła niczym mydlana bańka. Czerń napłynęła do oczu i wypełniła umysł. Poczułem delikatne ukłucie w lewym boku. -Przepraszam, ale pana domu nie ma a matka na prędce do pacjenta pospieszyła i odchodząc przykazała tobie polecić to zadanie. Cała moja 17 letnia odwaga ulatniała się wraz z każdym oddechem, jednak w oczach służki widziałem ten sam lęk i rozpacz. Nie miałem serca odmówić. Mała drobna 20 letnia niewiasta bała się jeszcze bardziej niż ja… zresztą to jedyny sposób by pokazać jej swą odwagę, nie chciałem uchodzić za tchórza. W końcu to tylko kilka chwil. -Dobrze- powiedziałem, – Co mam zrobić? -Oto wstążka- rzekła wyjmując z za fartucha jedwabistą i zimną rzecz… musisz ją przybić do trumny po stronie serca panny Klary. Ciesząc się, że trumna będzie zamknięta, i że całość zadania zajmie mi może 10 minut chwyciłem czarną wstęgę, i wstałem z łóżka. -Dobrze, przyjdę do ciebie jak już to załatwię- W pewnym sensie byłem nawet z siebie dumny, zachowałem się jak prawdziwy mężczyzna. Zabrałem ze sobą świecę, młotek oraz gwóźdź i skierowałem się do schodów prowadzących do południowych piwnic. Schodziłem powoli, wsłuchując się w swój miarowy oddech. Cienie tańczyły na szarych ścianach, z których spoglądały na mnie oczy dziwnych nieznanych mi ludzi. Całkowita cisza wypełniła mój umysł, krok po kroku schodziłem zbliżając się do trumny. Po pewnym czasie z mroku wyłoniły się wielkie drzwi prowadzące do komnaty, tymczasowego grobowca i miejsca mej misji. Przełknąłem ślinę i rozejrzałem się dookoła. Góra schodów znów spowita była w czerni. Otworzyłem drzwi i wsunąłem rękę ze świeczką do środka. Potem to samo uczyniłem z resztą ciała. Pomieszczenie było średniej wielkości. Czarne ściany chyliły się ku środkowi niczym garbaci skazańcy. Na czoło wystąpiły mi kropelki potu, które niemiłosiernie szczypały. Nogi niczym galareta uginały się i jakby grzęzły w betonowej podłodze. Pod przeciwległą ścianą stała czarna jak noc trumna. Jej rysy niewyraźnie wyłaniały się z gęstego mroku. Wszedłem powoli do piwnicznego pomieszczenia. Zapach śmierci unosił się niczym mgła o poranku. Mrok rozświetlany był tylko delikatnym płomieniem mej świecy. Zbliżyłem się do trumny z pełnym lęku sercem i postawiłem świecę na pobliskim cementowym stoliku. Płomień malał z każdą sekundą i bałem się, że zgaśnie nim dokonam tej zabobonnej czynności. Wyjąłem zza kamizelki czarną wstążkę i przyłożyłem do zimnego drewna. Nagle płomień świecy zachwiał się gwałtownie, a krew w mych żyłach prześcignęłaby nawet słoneczny promień. Świeca wydawał się gasnąć, nie wiem, przecież w pomieszczeniu tym nie powinno być żadnych przeciągów. Lecz mimo to stawało się coraz ciemniej. Musiałem się spieszyć. Przyłożyłem gwóźdź i…. Nagle mrok okrył mnie swym płaszczem i zaczął dusić z całą zawziętością i mocą. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, a krzyk ugrzązł w krtani i topił się w niej niczym w szkarłatnych bagnach. Komnata jakby zmniejszała się a płuca pochłaniały coraz więcej powietrza. Zimno i ciepło naprzemiennie wypływały na mą twarz. Podniosłem młotek i uderzyłem. Gwóźdź zagłębił się w trumnę z głośnym zgrzytem. Potem uderzyłem ponownie… i jeszcze raz. Gotowe pomyślałem, chcąc jak najszybciej uciekać. Nagle usłyszałem dźwięk zasuwanych drzwi. Tak panicznego lęku nie jestem w stanie porównać do niczego co przeżyłem. Chciałem się zerwać i uciec na górę. Nie obchodziło mnie to czy wstążka jest przybita dobrze czy źle. Czułem… czułem, że ktoś mi się przygląda. Moje nerwy przypominały teraz najdelikatniejszą z sieci. Boże, jaki to strach mnie opanował, gdy próbują uciec poczułem, że coś mnie trzyma za kamizelkę i nie pozwala opuścić tego przeklętego miejsca. Serce jak oszalałe wyrywało się z piersi a oddech stawał się coraz szybszy. Pot szczypał w oczy a wyobraźnia przywoływała najgorsze obrazy. Nagle z trumny dobiegł mnie cichy szmer… Szmer tak piekielny i upiorny jak gdyby sam szatan zaśmiał mi się do ucha. Szarpałem się na trumnie nie mogąc wykrzyczeć ni słowa, a jakaś ręka, jakaś niewidzialna siła trzymała mnie w żelaznym uścisku. Robiło się bardzo duszno, komnata skurczyła się do rozmiarów klatki na szczury.. Nagle w ułamku sekundy zobaczyłem kogoś obok siebie. To była chwila, lecz wystarczyła, by serce me niewytrzymało. I tylko ta dziwna ciemność i spokój dookoła mnie. Nie czułem już nawet chłodu…

***

Idąc zaśnieżonym chodnikiem, pani Kirch wspominała wydarzenia dzisiejszego ranka. Jej cichy i spokojny krok wydawał się jeszcze nie odzwyczaić od żałobnego marszu. Skręciła w lewą małą uliczkę by następnie wspiąć się wysokimi schodkami do zacienionego małego sklepiku spożywczego. - Dzień dobry- Przywitał ja radosny głos pana Gorthicka -Wcale nie taki dobry… zwłaszcza dla starych Wilczaków- odpowiedziała i pokręciła głową- Właśnie wracam z pogrzebu młodego panicza… - Rany boskie a cóż, że się stało?- Wykrzyknął zdziwiony sprzedawca. W miasteczku gdzie wszyscy wiedzieli wszystko o każdym wydarzeniu pan Gorthick uznawany był za powszechny wyjątek od tej reguły. -To pan nic nie wie?- Zdziwiła się panna Kirch i zaraz potem przypomniała sobie z kim ma doczynienia.- Wczoraj rano znaleziono panicza martwego przy trumnie panny Klary… -Mój boże- wzdychał sklepikarz i ze smutkiem wpatrywał się w twarz Pani Kirch.- Ale jakim cudem?- Odezwał się znowu - Jedna z pokojówek poprosiła go o przypięcie wstążki, wie pan taki stary zwyczaj. Lecz panicz oprócz wstążki przybił też fragment swojej kamizelki…,kiedy zorientował się, że nie może odejść od trumny... Serce nie wytrzymało. Tak mówią lekarze. – Wypowiadając ostatnie zdanie ściszyła głos tak, że z trudem można ją było usłyszeć. -To dziwna histo...- Zaczął mówić mężczyzna, gdy nagle wzdrygnął się. O frontowe okno małego sklepiku uderzyła długa czarna żałobna wstęga. Mężczyzna zbladł a pani Kirch aż wykrzyknęła podnosząc zimne dłonie do czerwonych warg. Stali tak przez chwilę w milczeniu, nie wiedząc co robić. Czarny jedwab po chwili oderwał się od zimnej szyby i uleciał w niebo.

Opowiadanie oparte na prawdziwych wydarzeniach, zmienieni zostali jedynie bohaterowie oraz ich wiek.

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Gwóźdź do trumny — czytnik · opowiadania