Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 14 min czytania

Hades. Tom Czwarty

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Prolog

System planetarny KV. Planeta KV 25. Rok 1 DE /Death of the Earth/.

Był późny wieczór. Właśnie zakończyła pracę popołudniowa zmiana. Tłumy zmęczonych robotników wyległy na szare, brudne ulice. Ludzka rzeka rozdzieliła się na mniejsze strumyki wysychające w konglomeracie betonowych przyzakładowych osiedli mieszkalnych. Część ruszyła ku kuszącym neonom dzielnicy rozrywkowej. Bary i domy publiczne trzeszczały w szwach. Kelnerki przeciskały się pomiędzy klientami, nie reagowały na sporadyczne, niemrawe dotyki niedomytych dłoni na skąpo zakrytych pośladkach. Z wiecznie przyklejonymi sztucznymi uśmiechami na wytapetowanych twarzach roznosiły spienione kufle piwa drożdżowego. Nie inaczej było i barze Red Laion, choć tu większość klienteli stanowili pracownicy pobliskiego szpitala, oraz jego pensjonariusze, którym udało się przecisnąć przez liczne bramki kontrolne. To był azyl dla jednych i drugich. Pielęgniarz z oddziału urazowego Justin Swift cieszył się, ze strategicznej pozycji jaką zajmował przy barze. Czekał, aż minie najgorsze pierwsze uderzenie tłumu. Ktoś szturchnął go łokciem w bok. Sąsiad z prawej. Justin znał go z widzenia, czasami jechali tą samą windą. Tamten wysiadał na niższym piętrze. Musiał być z ginekologii. - Ten jest od was? - ginekolog krzyczał mu prosto w ucho, wskazując na przysadzistego pacjenta. Facet w szpitalnym pasiaku roztrącając innych bywalców, przebił się do pierwszej linii. - Tak – odkrzyknął mu Justin. Dobrze znał tego pacjenta. W końcu leżał on na jego sali. Ich spojrzenia spotkały się. Na twarzy chorego pojawił się szeroki uśmiech. Justin odwrócił wzrok na wpół dopity kufel. Dziś rano był świadkiem jak tamten symulował powikłania po wypadku w fabryce. Jak widać nie spieszyło mu się z powrotem. Pielęgniarz miał poczucie obowiązku, które mu mówiło, że powinien poinformować o tej sytuacji przed porannym obchodem. Kolidowało ono jednak z poczuciem zagrożenia. Zdarzały się nieszczęśliwe wypadki wśród nazbyt gorliwego personelu. Co prawda posiadanie jakiejkolwiek broni było całkowicie zabronione. Lecz praktycznie każdy mógł zorganizować sobie domowym sposobem zrobione ostrze. Wystarczył kawałek blachy, odrobina determinacji, zwykły kamień do naostrzenia i sznurek do poprawienia uchwytu. Tak, sprawiedliwość leżała na ulicy i kwiczała jak zarzynane prosię. Pielęgniarz Justin Swift, na oddziale urazowym widział zbyt wiele ofiar samosądów. Statystyki były bezwzględne. Zaledwie dziesięć procent sprawców przestępstw udawało się wykryć. Bezpieczniej skupić się na piwie. Atmosfera w barze robiła się powoli luźniejsza. Po ostatniej reglamentacji, w obiegu znajdowało się coraz mniej kartek. Wielu ze stałych bywalców musiało poprzestać na jednym kuflu. Ciśnienie na bar zmniejszyło się. Można było nawet usłyszeć głos spikera dobiegający ze starego holowizora. Justin wyjął z kieszeni porysowany plastikowy kartonik. - Jeszcze raz to samo – zamówił, gdy pojawił się przed nim tłusty barman. Karta znikła w kieszeni fartucha. Tłuścioch w milczeniu wypełnił kufel do cienko zarysowanej kreski i ani o milimetr więcej. Wyburczał coś z siebie, co zapewne miało brzmieć „Proszę” i odszedł do innej wyciągniętej z tłumu ręki trzymającej w drżących palcach upragniony plastikowy żeton. - Dobry dzień? - zapytał sąsiad. - Ujdzie – przyznał. - Wam na tej urazówce to się powodzi – podsumował ginekolog. Patrząc tęsknie na pełen kufel. - Czemu? - zdziwił się Justin. - Odkąd firma zwiększyła normy produkcyjne, zwiększyła się wypadkowość. A przez to u nas na ginekologi i położnictwie posucha. Ludziska wracają do swoich czterech ścian i są tak sterani, że ani im figle w głowie – ze złością w głosie zauważył sąsiad. - A będzie jeszcze gorzej. Przyjdzie się przebranżowić – westchnął. Pielęgniarz nie odpowiedział. Na oczywistości nie warto strzępić języka. W ich i okolicznych systemach planetarnych prym wiodła jedna z córek firm InCorporation. W efekcie utraty nadzoru organów centralnych, zaczęła zrzucać z siebie iluzoryczną otoczkę przyzwoitości, a spod niej na światło dzienne zaczęła wychylać się bezduszna, żądna pełnej władzy bestia. O ile w pierwszym okresie po upadku Ziemi, na szczytnych hasłach niesienia pomocy potrzebującym, można było zaakceptować zmianę warunków i godzin pracy. To po pewnym okresie siłą rzeczy pragnienie jedności z resztą ludzkości kosztem osobistych wyrzeczeń, słabło. Robotnicy zaczęli zadawać niewygodne pytania, jak długo jeszcze ta sytuacja łamania zasad może trwać. A o ile gasł zapał szarych ludzi, to o tyle rosły w siłę ruchy separatystyczne. Nie było już nikogo, kto byłby gotów sprawować kontrolę nad przestrzeganiem jakichkolwiek praw obywatelskich, czy pracowniczych. Ocalałe z pogromu organy wojskowe pozbawione nadzoru cywilnego nie były kompetentne do podejmowania samodzielnych działań by takim ruchom się przeciwstawić. - Widziałeś to? - sąsiad ponownie go trącił. Na ekranie holowizora wyświetlano kolejny odcinek popularnego serialu pod tytułem Alamo. Nieskomplikowana fabuła opiewała bohaterską obronę ziemskiego kompleksu biurowców InCorporation. Dzielni pracownicy ginęli, za to sprawujący nad nimi w czasie pokoju nadzór oddział marines, okazał się bandą tchórzy i dewiantów seksualnych. - Widziałem – przyznał Justin. - Ci Marines to skurwysyny – usłyszał złość w głosie sąsiada. Po emisji pierwszego odcinka, Justin przeprowadził burzliwą rozmowę w gronie przyjaciół. Przyznał w niej, że starał się o przyjęcie do tej formacji, oraz wyraził wątpliwości co do rzetelności przedstawionych w filmie faktów. Efekt? Od tamtej rozmowy zaczął sam chodzić na piwo. - Mam ochotę mu przypierdolić – warknął sąsiad pod adresem siedzącego samotnie w końcu baru pensjonariusza szpitala. Ginekologowi chciało się pić, a brak środków wzmagał złość, którą chętnie by rozładował. Im niższy był poziom piwa tym złość silniejsza. Celem był samotny facet, pensjonariusz szpitala, jeden ze szczęśliwców któremu udało się przemknąć na lewiznę. Justin rozpoznał go po idiotycznym tatuażu na czole. Pacjent rehabilitacji, jeden z tych nielicznych którzy wynieśli cało głowę z rzezi mieszkańców Ziemi. Na pasiastą szpitalną piżamę narzucił bluzę mundurową pozbawioną dystynkcji. Jedynym punktem charakterystycznym była widoczna odznaka na kołnierzu. Trzy czerwone szóstki. - Jebany hadesjanin – nakręcał się coraz bardziej ginekolog. - To wszystko przez nich się zaczęło. - Daj spokój – Justin próbował temperować nerwusa. - To przecież jeden z naszych. Na mocy porozumienia wszyscy uratowani trafili na rodzime systemy planetarne. - Co? Nie wciskaj mi takiego kitu! Zobacz gdzie służą nasi chłopcy – roztrzęsioną ze zdenerwowania ręką ginekolog wskazał na trzech Star Troopersów rozlewających między sobą zawartość litrowej butelki. - Tylko przestępcy trafili do marines. Po to by ujarzmiać wolność narodów

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%