Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 14 min czytania

HALKIDIKI

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rzadko kowal Deluga chodził do sklepu. Wszystko miał u siebie, w obejściu. Warsztat, narzędzia. Miał w studni źródlaną wodę, jakiej żaden sklep nie miał. Miał kury, gęsi i kaczki, hodował świnie i trzymał w stajni gniadego konia. W sadzie miał owoce, a w ogrodzie warzywa. Miał mąkę, z której żona piekła mu chleba, bo żonę też miał. Dzieci nie miał, bo Bóg mu nie dał, ale Bóg właśnie postanowił kowalowi Deludze coś dać. W chwili, gdy stanął przed sklepową, Marzeną Wójcikówną, prosząc o karton mocnych z filtrem, Bóg wyciągnął do niego rękę. -Pan zagra w loterię, panie Deluga, może co wygra a i biednym dzieciom dopomoże – powiedziała sklepowa, przez którą Najwyższy przemówił, chociaż o tym nie wiedziała. Wzruszył się kowal losem biednych dzieci i los kupił. Coś tam było napisane, ale nie po polsku, w dodatku nie miał ze sobą okularów. -No i co? -Ano nie widzę, może Marzena przeczyta? -Halkidiki. -Ki diabeł. -Wygrał pan wycieczkę do Halkidiki. -Nie może być, ja? -Kupił pan los i wygrał. Co w tym dziwnego. Jakby nie kupił a wygrał, to by było dopiero dziwne. Pisze przecież: „kup los i wygraj wycieczkę”, o tu na pudełku, że można też wygrać lodówkę, albo pięć odkurzaczy. -Wycieczki mi w głowie, żniwa idą, Marzenka sobie wrzuci ten los do pudełka, niech se jedzie kto inny do tej Heikidiki. Wezmę lepiej odkurzacz... -Każdy by tak chciał. To niezgodne z regulaminem loterii. Musi pan jechać.

Rzadko kowal Deluga bywał w sklepie, jeszcze rzadziej przeklinał, szedł teraz drogą i klął jak szewc, chociaż był kowalem. -O głupia głowa, to mnie licho podkusiło. Marzena wszystkim rozpowie, że wygrałem, wstyd nie pojechać. Ale i jechać nie ma jak, żniwa po niedzieli trzeba zaczynać, na górce już żytko zbielało, tylko patrzeć jak sąsiady ruszą. Będą się śmiać – Wycieczek mu się zachciało, a kobieta sama kosi, co za świnia ten kowal. Myślał o regulaminie loterii, którego nie wolno było złamać. Regulamin – święta rzecz – powiedział na głos, jakby chciał te słowa usłyszeć. - Ludzie po to regulaminy wymyślają, żeby je szanować. W wojsku jest regulamin, w szkole, w urzędzie. Zmarkotniał kowal i postanowił zajść do knajpy żeby ludzi przepytać, może kto co doradzi. Pił kowal Deluga piwo królewskie i myślał o swym losie. Halkidiki tłukło mu się po głowie jak jakieś przekleństwo. Do tej pory szanowali go ludzie. Kowalem był z dziada pradziada, fach swój znał jak żaden inny, przyjeżdżali do niego i dwadzieścia kilometrów. Chwalili, dziękowali, nigdy od nikogo nie usłyszał złego słowa. W zimowe wieczory zamykał się w swoim warsztacie i długo w noc coś klepał, stukał. Śmiali się, że na żonę nie może patrzeć, pytali czemu do baru nie przychodzi. Nic im nie mówił, tylko machał ręką i tajemniczo się uśmiechał. Wiosną, na kowalowe pole zbiegli się ludzie. Na łeb, na szyje, biegli przez bruzdy, byle tylko zobaczyć to cudo. Wyglądało to jak skrzyżowanie roweru z grabarką. Kowal nakręcał korbą wielką sprężynę, stawiał przy kupie gnoju, krzycząc żeby się odsunąć. Nikt go nie słuchał. Gdy maszyna z diabelnym gruchotem przekładni zaczęła na wszystkie strony rzucać gnojem, słychać było jęk zachwytu. –Taki to pożyje – mówili – nie na robi się. Inni z zazdrości drwili, że jak kowal taki mądry to niech wymyśli maszynę, która gnój będzie robiła, a jeszcze lepiej niech od razu zrobi coś takiego, co by za pokręceniem korby wyrzucało pieniądze, wtedy ani gnój, ani pole nie byłyby nikomu potrzebne. Tego samego roku kowal skonstruował maszynkę do zbierania jagód. Kowalowa przyszła z nią do lasu, nakręciła i usiadła sobie na pieńku czytając gazetę. Śmiały się najpierw kobiety, pytały czy przypadkiem kowal nie wynalazł jej jakiego urządzenia, co by zamiast chłopa pod pierzynę właziło. Dopiero jak w skupie, okazało się, że Delugowa w jeden dzień uzbierała, przeszło szesnaście kilo, przestały. Po kilku dniach maszyna do zbierania jagód zniknęła bez śladu. Nie szukała jej kowalowa, bo jagody były na ukończeniu a i tak zarobiła tyle, co wszystkie kobiety ze wsi razem wzięte. Kowal obiecał, że za rok zrobi jej jeszcze lepszą, a jak będzie miał czas to może i do grzybów.

-Halkidiki – krzyknął kowal do siedzących przy sąsiednim stoliku– czy kto słyszał, gdzie to jest? -Musi być daleko – powiedział Darek Malenka marszcząc brwi – Jakby było blisko, to by się słyszało. -Mi się zdaję, że parę lat temu przyjeżdżał do mojej Zośki, taki jeden, dużym fiatem Na h się też ta wieś nazywała, podobnie jakoś. Pijanica był, to powiedziałem Zośce, żeby se nim dupy nie zawracała, po co se ma życie marnować. A co kowalu ci się przypomniało? -Powiem wam, bo i tak sklepowa wszystkim rozgada. Przyszło mi na stare lata w świat się zbierać. Kto wie gdzie te Halkidiki, może tam gdzie czarne ludzie, albo w Japonii?

I chociaż kowal był mężczyzną i nie zwykł płakać przy innych, teraz kilka kropli spadło do pustego kufla. -Ale co wy opowiadacie, gdzie w świat, na roboty jakieś czy jak? -Na wycieczkę. Los w sklepie kupiłem, pies go drapał, wygrany. -Głupstwa opowiadasz kowalu, litra na stół stawiaj, trzeba opić, jak jej tam Halkidikę. Postawił kowal na stół litra i zwoławszy wszystkich częstował. Popili, przekąsili kwaszonymi ogórkami, zebrało się im na wspomnienia. -Też byłem kiedyś na jednej wycieczce – Paweł Bujniak, rozparł się za stołem jakby nie sołtysa, ale króla samego był synem. – Mówię wam życia nie ma. Jedziesz i jedziesz, końca nie widać. – Zapalić nie możesz, bo paniusie z tyłu drą się. Piwa się napijesz a potem z laniem kłopot. Przez okno nie wypada. Kierowca mówi, że się nie zatrzyma. Mało żem go nie uszkodził. Nie ma życia. I to była wycieczka, panie Deluga, do Niepokalanowa, osiemdziesiąt kilometrów, a weź teraz jedź do tej Halki coś tam, może to jeszcze dalej... -Na wycieczce różnie może być – odezwał się Wiesiek Skarpetowski – Może być dobrze a zaraz panie, tego może być inaczej, i weź panie, tego, poradź. Jak człowiek jest u siebie, zaraz coś panie, tego, wymyśli, w takiej podróży to człowiek nawet najmądrzejszy może zgłupieć. Panie, tego nie ma gdzie oka zaczepić, choćby na drzewo znajome, albo na sąsiada, panie tego ja tam bym nie jechał. Przytakiwał kowal głową, podziękował za radę i wrócił do domu, z myślą, że do żadnej zasranej Halkidiki wołami go nie zaciągną. Żona kowala, Krystyna była kobietą zacną i pracowitą, miała jedną wadę – dużo mówiła, zazwyczaj bez potrzeby i sensu. Od samego rana zatruwała głowę kowala głupstwami, które mnożyły się w jej głowie. -Śniła mi się ciemna woda, nieszczęście będzie. Wackowa krowy dzisiaj łaciatej wcale nie wygoniła, pewnie chora. Wczoraj ludzie widzieli przed wieczorem jak gwiazda spadała, mówią, że papież umrze. I tak przez cały dzień. Kowal dziękował Bogu, że nie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
HALKIDIKI — czytnik · opowiadania