Zbrodnia · 12 min czytania
"Handglove"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
- Wiesz co, oprócz ciebie samego, jest nośnikiem wspomnień? - Co? Zdjęcia? Pamiętniki? - Wszystko dookoła. Kubek z którego codziennie pijesz kawę, ta kurtka, to krzesło. Nawet paczka Malboro którą trzymasz w szufladzie biurka. Wszystko zawiera w sobie kawałek historii. - Chcesz powiedzieć, że dotykając tej gazety możesz powiedzieć gdzie ją kupiłem? - Och, dużo zależy od czasu. Przedmioty z którymi nie obcujesz często, „zapamiętują” mniej i na krócej. Gazeta jest z poprzedniego miesiąca, wątpię by zostały w niej wyraźne wspomnienia które mogła bym odczytać. - Teraz rozumiem sens powiedzenia, iż wspomnienia wraz z upływem czasu blakną! No, mam również wytłumaczenie dla mojej sklerozy.. Pokręciła przecząco głową, uśmiechając się lekko. - Nie. Człowiek, jako jedyny, jest prawie idealnym zbiornikiem dla utrwalenia wydarzeń. „Prawie”, bo ma zdolność decydowania o ich losie. Może je wepchnąć między zakamarki pamięci, zmienić, wyrzucić lub... Nie dokończyła, gdyż do biura wszedł sierżant Tuffe i rzucił mi na biurko tekturową teczkę z aktami najnowszej ofiary. - To się nigdy nie kończy, prawda?
Ona. Kiedyś wpadła na mnie przypadkiem, kiedy wychodziłem zza rogu ulicy. Była przeraźliwie blada na twarzy, przez co kolor jej oczu robił piorunujące wrażenie. Właściwie to nie sam kolor, ale fakt, iż były to KOLORY. Słyszałem o kotach posiadających jedno oko zielone, a drugie niebieskie, ale nigdy o ludziach. Nasze niespodziewane zderzenie wytrąciło pudełko z jej rąk. Ciche plaśnięcie o chodnik nastąpiło po niegłośnym „Ou!”. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie, nim rzuciliśmy się na ratunek temu, co pozostało z jej tortu. Czekoladowego, jak się okazało po otworzeniu pudełka. I tak się zaczęła najbardziej niesamowita przyjaźń mojego życia. Jestem detektywem na usługach policji. Żadny tam wolny strzelec, choć nie wszystkie sprawy są zlecane przez przedstawicieli służb porządkowych. Uchodzę za świetnego fachowca z doskonałym instynktem zawodowym. Holmesa XXI wieku. Nie wiem, czy bez „pomocy” ze strony mojej dziwnej przyjaciółki zasłużyłbym sobie na tak pochlebną opinię. Nie wiem również, czym sobie zasłużyłem na tę „pomoc”. Sheila, bo tak się owa właścicielka czekoladowego tortu nazywała, nie naczytała się komiksów o X-menach. Miała po prostu od dziecka te specjalne zdolności, pozwalające jej na „widzenie” przeszłości. Miała za sobą kilka nieudanych prób samobójczych i póki nie spotkała mnie i nie zaczęła ze mną współpracować – nie widziała celu w życiu. Długo jednak trwało, nim uwierzyłem jej i zaufałem. Nim w końcu zrozumiałem to, co ona zrozumiała już po pierwszej sprawie.
Tuffe zawahał się widocznie, nim w końcu postanowił przekroczyć próg mojego biura. - Właściwie, to nie powinienem.. – zaczął wolno, więc kiwnąłem ręką by wszedł i zamknął za sobą drzwi. - Daj teczkę – powiedziałem krótko. Z niedowierzaniem patrzyłem na dane osobowe ofiary. - Jesteś najlepszy... A to już ciągnie się od miesiąca, więc pomyślałem... Byłeś w Chicago kiedy.. no. - Kiedy pogrzeb? - Był ponad tydzień temu.
Czarna Honda zaparkowała przy krawężniku, tuż naprzeciw domu Henry’ego Denisoffa, szefa wydziału antynarkotykowego. - Sheila, nie gwarantuję, że Henry nas wpuści.. – powiedziałem, skrzywiwszy się lekko. - Muszę się tam dostać. Muszę wiedzieć więcej. – odpowiedziała twardo, patrząc na swoje odbicie w szybie. - Nie rozumiem w czym miało by to – machnąłem ręką w stronę domu – pomóc. Anastazja została zamordowana w trzeciej dzielnicy przez jakiegoś ćpuna, więc... - Muszę wiedzieć! Zaufaj mi. - przerwała mi nagle i otworzyła drzwi samochodu. - Dobrze, mój drogi Watsonie. - westchnąłem z rezygnacją i także wysiadłem. Dwie minuty później siedzieliśmy już na kanapie w przytulnym salonie, a pani domu gotowała wodę na herbatę. - Mąż powinien wrócić lada chwila, Jack – zawołała Margaret z kuchni – Obiecał, że będzie przed kolacją. Schudł ostatnio strasznie, siedząc po nocach w biurze... Margaret mówiła spokojnym tonem, lecz nie trudno było po niej poznać, jak jest roztrzęsiona. Z twarzy nie zeszła jeszcze opuchlizna spowodowana ciągłym płaczem po stracie dziecka. - To już ponad miesiąc, jak próbuje dorwać tego łajdaka – jej głos lekko się załamał – i ciągle muszę mu powtarzać, że niedługo sam będzie się nadawał do pochowania.. Niezbyt, tak jak połowa wydziału zresztą, lubiłem despotycznego Denisoffa ogarniętego wręcz fanatyzmem ścigania narkotykowych dealerów i mafii, ale nie mogłem pozostać nieczułym na tak wielką krzywdę znajomego. Najpopularniejsza teoria mówiła, że śmierć Anastazji była zemstą za ostatnie udaremnienie dużego transportu z Japonii. Inna, choć mniej popularna to jednak prawdopodobniejsza, zakładała, iż dziewczyna po prostu znalazła się w nieodpowiednim czasie i miejscu. Los Angeles zawsze było niebezpiecznym miastem. - Jack, idę do jej pokoju – prawie niedosłyszalnie wyszeptała Sheila, głośno zaś pytając – Przepraszam, mogłabym skorzystać z toalety? - Och, oczywiście, schodami w górę, a następnie w lewo – odpowiedziała Margaret, wnosząc na tacy czajniczek z herbatą. Bardzo mi się ta cała sytuacja nie podobała. Wolałbym teraz po raz kolejny przeszukiwać dzielnicę w poszukiwaniu jakichś śladów, lub przynajmniej poszlak, niż siedzieć tu i udawać towarzyską rozmowę o pogodzie. Nauczyłem się jednak, że jeśli Sheila miała przeczucie, to należało je sprawdzić. Drobna blondynka w ciężkich rogowych oprawkach na nosie otwierała tymczasem drzwi do pokoju nieżyjącej już studentki medycyny. Wnętrze pomieszczenia nie było jakieś specjalne. Ot, dużo półek z książkami w twardych oprawach, pojedyncze, metalowe łóżko z jasną narzutą, oraz biurko z komputerem przy oknie. Żadnych plakatów, maskotek.. Tylko czerwona sukienka rzucona na oparcie fotela, czekająca…