Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 14 min czytania

HAREM

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Do Al Dżadhaaru wysłał mnie mój pracodawca, na nauki do sklepu Biszra Ibtihadza, handlarza starociami. Nie za bardzo wiedziałem, po co mi owa wiedza z zakresu renowacji mebli, ale pojechałem. Jeszcze bardziej zastanawiające było to, że wysłał tam mnie zamiast Khalida, którego na wieść o moim wyjeździe chwycił nerw, a i nie dziwię mu się, bo jest najlepszym kupcem Biszry. Mnie zaś pan mój zwykł wyzywać od leni, cuchnących obiboków i lał ścierą mokrą, jak tylko na owym nieróbstwie przyłapał. Najbardziej zaś zadziwiała mnie serdeczność jego i łagodność, z jaką mi tę nowinę obwieszczał, aż żem się poczuł jak syn jego albo kuzyn jaki bogaty. A bogaty to bym chciał być…oj chciałbym. Może jak już wykształcę się na tego znawcę antyków trochę złota wpadnie mi w kieszeń. Tak pomyślałem i pojechałem do miasta. Biszra Ibtihadz był człowiekiem nędznej postury, wyglądał raczej na przemytnika i oszusta niż handlarza, ale przywitał mnie serdecznie i ugościł w swym domu. Kiedy kolacja się zakończyła, gospodarz zaprowadził mnie do swego sklepu. Mimo późnej pory był otwarty i nawet spory tłum ludzi kręcił się po nim. Otumanił mnie zapach kadzidełek, wielość towarów, wzorów, kolorów i harmider tam panujący. Biszra cały czas mówił mi o lampach, szafach i kanapach, alem się skupić nie mógł wcale. I wtedy z pomocą przyszedł mi jakiś jegomość, który na widok mego pracodawcy roześmiał się rubasznie i począł go ściskać gradem pytań zasypując. Biszra poprowadził go gdzieś na tyły sklepu zostawiając mnie samego. Chodziłem sobie sycąc się zapachami imbiru, cynamonu i pomarańczy, dotykałem tych wszystkich pięknych starych rzeczy, aż wreszcie wpadła mi w oko lampa, zaśniedziała, brzydka, kompletnie niepasująca do reszty towaru, który połyskiwał złotem i drogocennymi kamieniami, kusił barwami i fakturą. Dotknąłem jej i usłyszałem zza pleców głos -Myślisz, że Dżina tam odnajdziesz?- zapytał, a ja zadrżałem cały. Głos ten brzmiał jak mój. Odwróciłem się i zobaczyłem mężczyznę mojego wzrostu, odzianego w piękną kremową abaję , turban i czarną chustę, która zakrywała mu szyję i usta. -In sza Allach …-wymamrotałem, bo nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Człowiek przede mną zaśmiał się i zapytał -A o co byś go poprosił? -Allaha?- zdziwiłem się. -Nie mysi cycku, Dżina, gdyby w istocie tam siedział. -A, to, hmm- zawahałem się- o mądrość, o zdrowie dla ojca… -Dobra, dobra, a tak poważnie i uczciwie?- zapytał świdrując mnie oczami, które wypisz wymaluj wyglądały jak moje. Teraz ja się zaśmiałem i odparłem -O bogactwo i kobiety. -To teraz mówisz do rzeczy- odparł i skinął na mnie, bym za nim poszedł. Przedarliśmy się przez sklep i stanęliśmy w bramie obok. Mężczyzna odsłonił twarz i powiedział. -Może będziesz mógł zakosztować twojego marzenia. Świat zawirował. Oparłem się o ścianę i oblizałem wyschnięte wargi. Przede mną stałem ja sam, a przynajmniej ktoś bardzo podobny do mnie.

*** Mężczyzna patrzył się na mnie i uśmiechał szyderczo. Wreszcie położył mi rękę na ramieniu i rzekł -Jestem Mohhamed Sallah Udin Maktoum, szejk Al Dżadhaaru. Ty zaś Omar Fadir, kupiec z Khobaru, tak nędzny, ze pan twój sprzedał mi ciebie za garść monet,- i widząc moje zdumienie szybko dodał- bo nie od tak sobie żeś tu trafił, tylko na moje życzenie. -A Biszra Ibtihadz?- zapytałem. -A i jemu żem dał trochę złota, by mi cię na siedem dni odstąpił. Nie mogłem uwierzyć w to, com usłyszał i com widział. Taki mocno otumaniony, ale podniecony na myśl o zamianie, dałem się poprowadzić szejkowi pod mury pałacu, gdzie dostałem jego wierzchnie odzienie i wytyczne, jak się mam zachowywać. Na koniec Mohhamed rzucił -Pamiętaj, możesz jeść i pić ile zapragniesz, możesz nosić moje szaty i kochać się z moimi żonami, ale niczego, powtarzam ci, niczego, nie wolno ci ze sobą zabrać. Inaczej dogonię cię i skrócę o głowę. -Daję słowo- wyszeptałem uśmiechając się sam do siebie.

Jeszcze tej nocy odwiedziłem w alkowie Asiję, najstarszą i najwyższą w hierarchii żonę szejka. Była to kobieta niskiego wzrostu, tęga, o wąskich ustach i oczach, w których malowała się obojętność. Przywitała mnie leżąc na łóżku zupełnie naga. Byłem mocno zawiedziony, bo liczyłem na piękność niczym z baśni tysiąca i jednej nocy. Mimo to stanął mi i podołałem. Ba, byłem nawet dumny ze swych wyczynów, ale Asija nawet nie jęknęła. Obracała się w łóżku leniwie i tylko brakowało, by zaczęła ziewać. Następnej nocy, zaraz po wystawnej kolacji poszedłem do Jasiry. Wszedłem do jej komnaty, rozejrzałem się, ale nigdzie jej nie dostrzegłem. Wtedy podszedł do mnie eunuch i szepnął do ucha -Panie, czyżbyś zapomniał, że żona twa dziecko powiła trzy księżyce temu? -A, pamiętam…- wymamrotałem i o mało nie zasłabłem, bo poczułem nagle wędrującą po moich plecach, w stronę pośladków dłoń mężczyzny. Niewiele myśląc udałem się do swojej komnaty, bo po tym incydencie odechciało mi się wszystkiego. Kolejnej nocy trafiłem do Samiji…i już nie chciałem żadnej innej. Była piękna, miała jędrne ciało i żar w oczach. Zapragnąłem kochać się z nią natychmiast, całą noc. Głaskałem ją i przytulałem, całowałem po całym ciele, a ona poddawała mi się tak ufnie i z taką namiętnością, że nie mogłem i nie chciałem przestać. Nad ranem Samija objęła mnie i powiedziała: -Nie wiem, kim jesteś, ale czuję, że chcę, byś został… -Jak to, kim jestem?- zapytałem zadziwiony. -Nie jesteś moim mężem, czuję to, nie zaprzeczaj.- Nie zamierzałem. Byłem tak otumaniony, zbity z tropu i zakochany, że było mi wszystko jedno. -Szejk nigdy nie okazał mi tyle czułości, co ty. Dlatego ostrzegam cię. Nie jedz jutro i nie pij niczego, co poda ci Asija.

***

Miałem za sobą nieprzespaną noc. Myślałem o Samiji i o tym, co mi powiedziała. Musiałem się jakoś zrelaksować i udałem się na spacer po ogrodach wokół pałacu. Wszak dzisiejszej nocy odwiedzić miałem czwartą żonę. Na myśl o tym ogarniała mnie niechęć. Ja chciałem wrócić do niej. Nie interesowało mnie, jak wygląda Thara, ani Rima, ni Majsa, ni Jasmina. Ale nie mogłem im odmówić. To było prawo żon szejka. Gdy tak spacerowałem zamyślony, podbiegł do mnie strażnik pałacowy, pokłonił się i powiedział: -Panie, musisz iść do altany, bo tam znów dojdzie do przelewu krwi!- Na te słowa struchlałem cały. Nie było mowy o wojnach i bitwach. Ja nie potrafiłem się nawet posługiwać bronią. Co było robić, pobiegłem za strażnikiem. Najpierw usłyszałem kobiece krzyki i piski, potem zobaczyłem kotłujące się ze sobą ciała, porozrywane szaty, potargane włosy. W ruch szły paznokcie, zęby… Stanąłem, jak wryty i obserwowałem. Nagle usłyszałem, jak Asija krzyczy na całe gardło: -Ty szmato! Ja cię nauczę, kto tu rządzi!- po tych słowach zamachnęła się na jakąś małą, przerażoną istotkę, która siedziała skulona na deskach altany. -Ty to Asija zazdrosna jesteś, boś stara i brzydka.- zaśmiała się wysoka, chuda kobieta obwieszona biżuterią. -A tyś głupia jak koza!- żachnęła się Asija- I nie wtrącaj się, bo ciebie też potraktuję, jak tę dziwkę. -Durna krowo, to jej wina, że młoda

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
HAREM — czytnik · opowiadania