Fantasy · 40 min czytania
Hazardziści
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Hazardziści
Robota miała być prosta, a srebra sporo. Leszcz był chyba niespełna rozumu, że przyszedł sam do "Pijanej Wrony". To nawet nie miało być zabójstwo, to raczej przyśpieszenie nieuniknionego. Ktoś i tak wepchnąłby mu nóż pod żebro i mało kto by splunął ku pamięci. Tutaj nie lubili nieznajomych. Zbłąkani przybysze ginęli bez wieści. Taki już był porządek świata, ustanowiony przed wiekami. Przez Bogów zapewne, któż bowiem inny mógłby być równie złośliwy? Stary w każdym razie nigdy się naturalnemu biegowi spraw nie przeciwstawiał i dożył swojej czterdziestki. Leszcz siedział sobie przy ścianie i beztrosko, metodycznie się upijał. Był to wysoki, szczupły mężczyzna, niemłody już, z pięknymi, siwymi wąsami. Być może groźny, ale nie dla czterech mężczyzn zaprawionych w karczemnych bójkach, atakujących bezwzględnie i z zaskoczenia. Lepiej było w domu siedzieć, dziadziu. W dodatku wyraźnie utykał na lewą nogę. Stary siedział przy baryłce, na niskim stołku. Grał z kamratami w „trzy kości”. Dwojgu z nich, również niemłodym już, szło niesporo. Co chwila spoglądali na przyszłą ofiarę, nie mogąc skupić się na grze. Za to młody, który siedział do ofiary tyłem, co chwila stawiał wysoko i wygrywał. • Zbierać dupy, jest robota – wyburczał Wręga okazując światowe maniery, których uczył się w najodleglejszych portach. • Wręga, nie pękaj – uśmiechnął się Młody – dziesięć. Stawiam wszystko. Możecie się odegrać. • Mało wygrałeś, pieprzony farciarzu? Ja mam dość. I niech ci leszcz brzuch rozpruje za moje 42 centymy. • On? – Młody obejrzał się, nawet nie próbując utrzymać pozorów – on miecza nie znajdzie. Już wygląda jak zwłoki. • Zagramy jeszcze – włączył się Stary – a leszcz niech się upija. Im bardziej się urżnie, tym łatwiej go dorżniemy. Nie ma się co śpieszyć. Młody, stawiam pistola, bez dorzutu. • Staruszku, taka fantazja, kto by pomyślał. Nie zbierasz na domek na wsi ? Starość nie radość przecie. Mam tylko 92 centymy. • Ujdzie. Rzucaj. Młody nie dał sobie dwa razy powtarzać. • Sześć, dziesięć... szesnaście. Trzeba tak skakać na stare lata? • Zabieraj kostki, chcę rzucić – trzy kostki stuknęły o suche drewno – osiemnaście. No co tak patrzysz, dawaj tę swoją drobnicę. Ty masz obciążone dwie kostki, a ja trzy. – Stary sięgnął po pieniądze i dorzucił - zostaw nóż, gówniarzu. • Stary – Wręga szybko zorientował się w sytuacji – oddaj mi moje 42 centymy. On oszukiwał. Krótki, pomóż. • No – krótko stwierdził Krótki. • Od niego odbierzcie. Ja wygrałem swoje uczciwie, oszukane kości na oszukane. A ty Młody – chłopak trzymał wciąż dłoń na rękojeści noża – nie gorączkuj się. I naucz się czegoś. Nie stawiaj wszystkiego. Zawsze może zdarzyć się osiemnastka.
Cholerne miasto – pomyślał Radogast i przełknął ten wniosek popijając winem. Nikt nic nie wie, nikt niczego nie chce powiedzieć. Za pieniądze gotowi są tutaj wszyscy poderżnąć ci gardło, ale nie zdradzą ci własnego imienia za mniej, niż pistola. I rodu darmo nie dorzucą. Ale peregrynacja kształcąca.. Radogast nigdy przedtem nie był w Sekele. Miasto leżało na wybrzeżu i zajmowało się głównie handlem morskim. Obsługiwało oddalony o trzy dni drogi Zandalar, stolicę zachodniego świata. Ruch na nabrzeżu był tak duży i tak trudny do opanowania, że zrezygnowano z kontroli celnej tuż po wyładunku. Posterunki celników znajdowały się dopiero przy bramie miejskiej. W ten sposób całe miasto było strefą wolną od cła. Właściwie, w ogóle było wolne od władzy królewskiej. Jego niezależność brała początek z pirackiej przeszłości. A przynależność do królestwa z kupieckiej kalkulacji. W pewnym momencie piraccy hersztowie stwierdzili, że zaopatrywanie bogacącego się Zandalaru bardziej jest zyskowne, bezpieczne, daje też więcej prestiżu od pirackiego rzemiosła. Sekele formalnie uznało zwierzchnictwo króla. Na starej siedzibie rodu Olmich przybito tarczę przedstawiającą błękitnego smoka na czerwonym tle. Zakwaterowano tam dwudziestu zbrojnych. Odtąd Sekele miało królewski garnizon. Białą kropkę na mapach, oznaczającą Sekele, zamalowano na suntyjską zieleń. Jego królewski majestat był usatysfakcjonowany, mieszczanie kolorem map nigdy się nie przejmowali. Żołnierze nigdy nie wychodzili po zmroku z budynku. W mieście nadal rządziły najsilniejsze rody, dysponujące zbrojnymi bojówkami i utrzymujące strefy wpływów. Tyle, że teraz głowy rodów nazywano rajcami miejskimi, bojówki zaś milicją. Prawem, jak dawniej, były stare zwyczaje, których przestrzegano powszechnie. Złamanie jednego z nich było równoznaczne z utratą honoru. A człowieka bez honoru można – a właściwie należy – zabić. Cały system sprawdzał się nieźle – zwykły rzezimieszek znający skomplikowane zwyczaje miasta mógł przeżyć nawet do pięćdziesiątki. A jeśli zajął choćby średni szczebel w miejskiej hierarchii, mógł mieć nadzieję na naturalną śmierć. Przybysze z zewnątrz nie wychylali się poza obręb handlowej dzielnicy, która jako jedyna podlegała bezpośredniej jurysdykcji Rady Miejskiej. We wspólnym interesie utrzymywano tam bezwzględny spokój. Z przyjezdnymi robiono interesy. Jeżeli ich łupiono, to tylko na uczciwe sposoby. Sprzedając drogo, kupując tanio. Lub grabiąc przy stoliku do gry. Hazard w Królestwie Suntu opodatkowano, więc chronił się w piwnicach i rozpraszał po domach. Prawdziwie wielki format przybierał w Sekele. Było w dobrym tonie, aby arystokrata przegrał od czasu do czasu 5 lub 10 tysięcy i zachował dobry humor. Zwykle arystokrata przegrywał do arystokraty, bowiem na wejście trzeba było mieć 2 tysiące. Bywali jednak bogaci kupcy, którzy po dniu na giełdzie towarowej nie ustawali w poszukiwaniu emocji. Byli wreszcie zawodowcy. Nie oszukiwali, było to zabronione i karane bezwzględnie. Wystarczyło im kalkulować ryzyko, zachować zimną krew i zawsze wychodzili na swoje. A nawet podbierali trochę cudzego. Każdy z nich miał możnego opiekuna, któremu oddawał część zysków w zamian za ochronę przed zrujnowanymi wielmożami. Jednego z nich, Luciusa Zerga, Radogast miał sprowadzić do Zandalaru. A zapowiadały się takie łatwe pieniądze. Pamiętał dobrze klienta: imć Helding Zerg. Postawny, dobrze ubrany rzemieślnik, bodaj kaletnik. Sakiewkę w każdym razie miał ładną i nie pustą. Wisiała u pasa, jak drugi brzuszek, mniejszy, ale równie krągły. Widać nieciężka robota kaletnika. Po dłoniach sądząc, to głównie wykonują ją czeladnicy. Wyszukane słowa składał w karkołomne wypowiedzi, widoczna oznaka kogoś, kto od niedawna posługuje się językiem wyższych stanów. Kolory dobrego, sukiennego gauna gryzły się, prawie krew tryskała. Najwyraźniej dorobkiewicz. Nudziarz, pracuś, wieczny petent. Temu się trzeba ukłonić, a tamtemu już nie trzeba. Radogasta traktował z góry, dopóki ten nie zażądał dziesięciu pistoli za usługę, a potem zignorował próby targowania się. Pan Zerg każdego szanował, kto zdzierał z niego skórę. Nic dziwnego, że wypieszczony synek uznał własnego ojca za anty-wzór. Lucius Zerg. To nazwisko mówiło wiele. Ambicje i miłość ojca w szlacheckim imieniu. Bagaż pochodzenia w krótkim, chłopskim nazwisku. Jak młody Lucius miał wstawać rano i ciułać grosz do grosza, gdy własny ojciec nie szanował swojego stanu? Zabrał się wobec tego za iście wielkopańskie zajęcie. Gra w kości. Początkowo wracał jeszcze do domu, potem już rzadziej, wreszcie wyniósł się z Zandalaru. Zmartwiony ojciec, syn utracjusz bawiący się w hazard. Znaleźć, złapać za kołnierz i do domu. Do dwudziestego roku życia jest pod władzą ojca. W domu porządne lanie, dobra kolacja i spać, bo rano do roboty. 10 pistoli po załatwieniu sprawy. Rutyna. A jednak nie. Młodzieniec, jak przewidywał Radogast, znalazł się w Sekele. Ale wbrew przewidywaniom nie był obdarty, nie siedział w rynsztoku i nie żebrał o jałmużnę, aby mieć za co się odegrać. Miał za to złote spinki przy płaszczu, sławę zdolnego gracza i doskonałe stosunki z rodem Parettich. Na argument, że zwyczaj za rok uczyni go pełnoletnim i będzie mógł robić, co mu się żywnie podoba, Lucius roześmiał się lekceważąco. Już mógł robić, co mu się podobało. Radogast nie miał zamiaru zadzierać z Parettimi. Przyjdzie podwinąć ogon i zabierać się z powrotem, pomyślał. To może nawet lepiej dla młodzieńca, wiedzie mu się nieźle. Dla ojca też, będzie miał spokój, a synalek i tak wyfrunąłby z gniazda. Tylko dla mojej reputacji źle. Nawet płatny pies powinien mieć reputację. Najlepiej złą. A ja tu dbam o reputację pijaka, uśmiechnął się do siebie, przechylając puchar. • Patrzta, śmieje się skubaniec – zauważył Wręga z irytacją – zaraz mu zedrę ten uśmieszek. Razem z wąsiskami. • Wlazł tutaj, jak do jakiej restauracyi – dodał dosyć bezsensownie Młody – i się rządzi. Winko popija. Z pucharu. To, kurwa, jest nasza dzielnica, nie MonteBianco. • Wielki taki, chudy, to na każdego z góry spogląda – dorzucił swoje Krótki, który wysokich nie lubił i zawsze podejrzewał ich o wywyższanie się – ale już my go nauczymy się kłaniać. Tylko Stary nic nie mówił. Wroga, i owszem, należy nienawidzić. Wtedy mocniej pchasz nożem, nie tracisz czasu na wahanie. Ale Stary miał już praktykę. Dla niego wynajdywanie do nienawiści powodów było już zbędne. Siedzieli w ciszy długo, coraz mocniej zaciskając zęby. Coraz mniej podobał im się siwy łeb obcego, jego swoboda, pijaństwo, ale wciąż jeszcze się bali. Mieli miażdżącą przewagę, a jednak się bali. Wszyscy czterej wiedzieli, jak kruche jest ludzkie życie. Doświadczyli tego nie raz. Wiedzieli, jak niewiele potrzeba, aby je raz na zawsze zakończyć. Ot, krótkie pchnięcie nożem i całe życie na nic. Więc bali się trochę mimo, a może ze względu na swoje doświadczenie. W końcu jednak wściekłość i żądza zysku przeważyła, o tę konieczną odrobinę, nad siłą strachu. Stary drgnął. Reszta zbirów zerwała się z miejsc jak na komendę, przewracając stołki i przesuwając ławy. I Stary zerwał się z nimi, choć chciał się był tylko po głowie podrapać. Zaczęło się i nie czas był na wahanie. Coś jest nie tak, zaświtało Staremu w głowie, ale go to nie zatrzymało. Nie wiedział nawet, że wyciąga krótki miecz. Nie dlatego żył tak długo, że myślał. Żył długo, bo potrafił przestać myśleć, kiedy czas na działanie. Zupełnie tylko z boku przebiegło mu przez głowę, że ofiara ani przestraszona, ani zła, a zauważyła ich przecież już. Ofiara. To przecież ofiara, nie? Stół, przy którym siedział siwy mężczyzna poleciał w ich stronę płynnie i lekko, jak młode dziewczę na ślizgawce. Krótki uskoczył w lewo, Stary zwinął się w powietrzu nad stołem i nie dał uderzyć po nogach, Wręga skoczył w prawo. A Młody, całkiem jak niemłody bez refleksu, dostał po udach i zwalił się ciężko na ziemię. Stary wstawał, a plecy osłaniał mu już Wręga. W sam raz mogli sobie popatrzeć, jak ginie Krótki. Wąsacz podniósł się, w tym samym ruchu przesunął w stronę Krótkiego, w tym samym ruchu wyciągnął miecz, wyciągając od razu ciął. Krótki zachodził od lewej, od strony miecza. Nigdy nie widział, żeby ktoś ciął wyjmując miecz z pochwy. W ogóle nie widział w życiu zbyt wiele. Wręga ryknął i ten ryk jeszcze raz przeważył nad strachem. Ruszył biorąc zamach, nawet niezbyt szeroki, miał doświadczenie, nie odsłaniał się. Ale wąsacz pchnął. Na całą długość ramienia, i wykroku na prawą nogę. Ze skrętem tułowia, żeby było dalej, i silniej. Wręga wbiegł na ten sztych, a potem zrobił jeszcze krok, chociaż już czuł śmiertelny chłód żelaza w brzuchu. Jego miecz zatoczył łuk nad głową ofiary. Siwy wrócił z wypadu do pozycji szermierczej. Znowu był daleko, jak bogowie, którzy blisko są tylko wymierzając kary. Trzeba uciekać, przebiegło przez głowę Staremu, w połowie drogi do wyjścia. Jakiś pechowiec poleciał dwie stopy do tyłu, odepchnięty drzwiami. Na lewo, w zaułek, przez dziurę w płocie, starą drogą, zawsze bezpieczną. Do małej szopy, gdzie nawet szczury nie zaglądały. Wolno, strasznie wolno. Lewa noga. W kryjówce dopiero spojrzał. Nóż. Wbity w łydkę. Pewnie zostały ślady krwi. Radogast nie zamierzał nikogo tropić. Trzymał Młodego za gardło i patrzył właśnie, jak ten oddaje mocz. A kiedy cała zawartość pęcherza rozlała się po klepisku, zapytał: -Właśnie się publicznie zejszczałeś. To chyba znaczy, że z twoim honorem nie będzie problemów? Młody wytrzeszczył oczy. Brakowało mu powietrza, ale dotleniony też by nie zrozumiał. - Mam na myśli, że nie będziesz mówił: "dałem słowo", "obowiązuje dyskrecja", czy brzydko mnie nazywał. Skoro już nie możesz mnie porzezać. Kto zlecił? Oczy. Szeroko otwarte, szukające pomocy po całej sali, niemal oglądające się za siebie. - No, pozbieraj się. Proste pytanie. Kto nadał robotę? Młody posłuchał rady, zebrał się w sobie i uderzył. Trafił w bark, dalej nie mógł dostać. Efektu nie było. - Ja cię zabiję od razu, a on dopiero, kiedy cię znajdzie. Ale nie wiadomo, czy w ogóle będzie cię szukał. Ja jestem teraz twoim największym problemem. I jego zresztą też..
Drzwi trzasnęły. Goście „Pijanej Wrony” wrócili do głębokich rozmów i jeszcze głębszych kufli. Zmącony dym znowu ułożył się w wiszące jezioro. Młody pojękiwał na glinianym klepisku. Nie miał ochoty wstawać, nie wiedział, co zrobić potem, w dodatku bolała go szyja. Nie tak to miało wyglądać. Trzy kostki do gry leżały obok przewróconej beczułki. Wypadły trzy szóstki.
Część 22 / 2
Śmierdzący gówniarz. Wysłał ludzi, chociaż było już po sprawie. Pewnie chciał dopiec ojcu. Albo poczuł się obrażony, że zawitał do niego płatny niuchacz. Albo jedno i drugie, kto go tam wie, gnojka. Teraz może się przestraszyć i zawiadomić Filaccich. A oni nie będą pytali o szczegóły. Nagły skurcz złamał Radogasta wpół. Zawartość żołądka wróciła na zewnątrz. Alkohol. Albo i strach. Nawet nie nabrudziłem, pomyślał, bardziej się nie da. Bure błoto wypełniało rynsztok, wyważona mikstura wszelkich nieczystości obliczona na wywołanie największego efektu. Ktoś go potrącił przechodząc. Radogast wyprostował się i rozejrzał. Trzeba było znaleźć wyjście z sytuacji. Płotek dookoła gospody szczerzył nierówne zębiska sztachet. Ogrodzenia z przypadkowych desek, łatane doraźnie dachy, kalekie szopki sprawiały wrażenie bylejakości, jakby budynki były prowizoryczne i wszyscy mieli się stąd zaraz wynieść. Dwupiętrowe kamienice ciasno obejmowały wąskie uliczki, słońce nie docierało na dół. Ludzka masa podążała w dół uliczki, jakby przełknięta przez ogromną bestię. Dalej wpadała do żołądkowego wora małego rynku i przewalała miedzy stoiskami handlarzy. Zaczynał się wieczorny targ rybny. Pożre mnie to miasto, pożre, strawi i wypluje resztki do rynsztoka. Już mnie łyknęło, już jestem w środku. Jak to jest, byłem już w tylu opresjach, a zawsze odkrywam strach na nowo. Mogę mieć tylko nadzieję, że jestem dość twardy. Że stanę w gardle i wyjdę bokiem. Tak, Radogast, tak sobie mów. Trochę zuchowatości nie zawadzi. Cóż zresztą pozostało?
Na początku widać było tylko dziewczynę i kolana, na których siedziała. Mnóstwo rozbuchanych włosów i nagie ramię, z którego zsunęło się ramiączko. Potem Salvatore Filacci wychylił się zza niej, opadł na bok i oparł na łokciu. Dziewczyna straciła na chwilę równowagę i wesoło krzyknęła. • Co to za problem? Mam nadzieję, że nie oszukiwałeś? – jego uśmiech był w tej chwili raczej jak szczerzenie zębów. - Pamiętasz umowę, żadnych oszustw przy grze. Salvatore Filacci miał dwadzieścia pięć lat, od dwóch lat przewodził rodowi Filaccich. Ciemne oczy, czerwone usta cherubina i rozczochrane włosy nadawały mu wygląd niesfornego łobuza. Ludzie czuli się swobodnie w jego towarzystwie. Zwłaszcza, o ile go dobrze nie znali. • Nie, Salvatore, nigdy, wiesz przecież. Przyszedł do mnie płatny pies, ojciec go nasłał. Wygadywał jakieś bzdury o władzy rodzicielskiej i chciał mnie namówić na powrót do Zandalaru. Bałem się, że wróci, to wysłałem Starego, żeby go nastraszył. • Starego? Ty nie wiesz, że on nie zna się na żartach? Jak przestraszy, to na śmierć. Zapewne to rzecz urody. • Nie wiedziałem o tym. • Czyżby? No, nieważne. Lucius milczał. Salvatore spojrzał na Starego. Zraniona noga nie pozwalała mu się wyprostować, ale głowę trzymał wysoko i patrzył twardo, jak każdy zabijaka z doków. • Nie dałeś mu rady, staruszku? • Nie dałem. Wręga i Krótki zginęli. Młody pewnie też, nie widziałem. • Nie widziałeś, bo podałeś tyły, co? • Tak, panie Filacci. Wręga i Krótki pomarli, zanim choć raz mieczem się złożyli. I ja bym pomarł, ale przyjezdny jest kulawiec. Nawet nie próbował gonić. Uciekłem i żyję. • Ach tak. Wręga powiedziałeś. To ten z „Perły Oceanu”? • Ten sam, panie. • Twarda była z niego sztuka. Pogrywa sobie z nami ten przyjezdny. Gdzie jest? Pogramy z nim po naszemu. • „Pod wroną” go dopadliśmy, ale gdzie teraz się podziewa, nie wiadomo. Jak ma trochę rozumu, już się zawinął z miasta. • Bramy się obstawi natychmiast. Pewnie będzie chciał wyjechać. Wyślemy też ludzi na nabrzeże, żeby nam rybka nie odpłynęła. A jak się nie znajdzie, to mamy jeszcze jasnowidza. Jeśli tylko zostawił ślad, choćby tylko kroplę krwi, to wystarczy. • Nie zadrasnął się nawet w palec. Ale nóż ostawił. To bedzie dobre? To mówiąc Stary wyciągnął prosty, wojskowy sztylet z krótkim jelcem. • Zakrwawiony. • Rzucił we mnie, kiedym uciekał. • No to po kłopocie. Lucius, ty z domu nie wychodź, póki nie załatwimy sprawy. Przydzielę ludzi, żeby cię pilnowali. Możecie iść. Powiedzcie służącemu, żeby wezwał jasnowidza. Salvatore odgarnął włosy dziewczyny, która się nad nim nachyliła i odsunął ją niedbale. Zniecierpliwiona zmarszczyła czoło. Nie mogła się przyzwyczaić, że coś może być od niej ważniejsze. • Lucius, poczekaj. Zapłaciłeś Staremu? • Nie wykonał roboty. • Zrobił, ile mógł. Kamratów mu zabili. Zapłacisz, ile było umówione. I dasz mu też pieniądze tamtych trzech. Nikt nie powinien ginąć na darmo. • Tak zrobię, Salvatore – odpowiedział Lucius, kłaniając się przy wyjściu. • Lucius... • Tak? • Skonsultuj się ze mną nastepnym razem razem, zanim wyślesz na kogoś zbirów. Żebym nie musiał po tobie sprzątać. Lucius pokłonił się raz jeszcze i wyszedł bez słowa. Salvatore przygarnął dziewczynę do siebie. • Zabijecie go? – zapytała. • Zabijemy – powiedział, patrząc jej prosto w oczy. I delikatnie pocałował. Oddała pocałunek. Była bardzo piękna.
W „Pijanej Wronie” większość gości wciąż była na swoich miejscach. Ciężko było im odchodzić z miejsca, gdzie jeszcze niedawno czterech przegrało z jednym. W takim miejscu mogło zdarzyć się coś jeszcze, takie miejsce stawało się na chwilę niezwykłe. Oczywiście wiedzieli, że twardy porządek świata trzyma się mocno. Byli jednak trochę podekscytowanie, trochę im było weselej. Wszak w tryby machiny świata mielące ich życia wpadło trochę piasku. Dlatego powitali Starego wesołymi drwinami: • O, jednak chcesz się bić. Ale on już poszed, tu go ni ma. • Nie, przyszed go przeprosić. • To niech się tyłem ustawi, bo od przodu to go tamten nie pozna. • Ta. Żeby nam Starego wyruchał. • Przecie lepi, jakby miał zabić. Stary zignorował kpiny i poszedł prosto do oberżysty. • Co z młodym? • Puścił go żywym i zdrowym. Ale wcześniej zapytał, kto zlecił. • Puścił go – Stary był zaskoczony. Prawem zemsty mógł zabić i nie było powodu, dla którego nie miałby tego zrobić. • Puścił. Zebrał swój tobół, zapłacił za pokój i poszedł. Może wszędzie być. • A dowiedział się, kto zlecił. • Dowiedział. • To pewno poszed szukać Luciusa. Ale lepiej dla niego, żeby się ucieczką ratował. • Pewnie się ratuje. • Zresztą to bez różnicy. Schwycą go. Filacci się o to postara. • Filacci. No to tak – rzekł oberżysta wyczerpując temat. – Pijesz coś? • Mam pieniądze, a kamratów już nie mam. Noga boli, jak ta cholera. Co mam robić, jak nie pić?
Noc była zimna, wilgotne, morskie powietrze ciągnęło od nabrzeża. Stary oddawał mocz na ścianę gospody. Trochę nieswojo czuł się na pustawej ulicy, jego niedoszła ofiara wciąż jeszcze mogła chodzić po świecie. Postanowił nocować w gospodzie, do domu bał się wracać. Nie należy licha kusić, wszak mogło się to wszystko skończyć gorzej. Pieniądze ciążyły przyjemnie u pasa, wąsacz niedługo miał być martwy. Wręga, Krótki... Cóż, człek musi kiedyś umrzeć. Teraz położyć się tylko na górze i zapaść w ciepłą, miękką nieświadomość. Alkohol…