Romans · 7 min czytania
HEDATARI - Prolog
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
{b}HEDATARI{/b} {i}Kinga Kowalska{/i}
PROLOG Lipiec Kraków
Żar leje się z nieba. Pot spływa po czole pani Irenki, która siedzi wściekła na składanym krzesełeczku i co chwila spogląda na zegarek. Ludzie przechodzą ospale obok jej stoiska z pamiątkami, ich twarze mętne i zmęczone upałem. Za plecami pani Irenki dumnie wznosi się Wawel, a gdzieś tam dalej, w dół alejki, na komórkowe życzenie zionie ogniem metalowy smok. Zakręcająca malowniczo Wisła lśni ślicznie w blasku grzejącego słońca, ściągając przechodniów swoim pięknem i świeżością. Pani Irenka marszczy brwi i klnie siarczyście pod nosem. Jej młodsza siostra, Beata, wykpiła się dzisiaj z roboty, że niby wyprawia syna na kolonie. Osobiście pani Irenka uważa, że jej siostra popełnia błąd wysyłając szczyla nad morze, szczególnie, że gówniarz ledwie zdał do następnej klasy. Gdyby pani Irenka miała swoje dzieci, to trzymałaby je krótko. I jakby się nie uczyły, zakały, to by cięgiem siedziały w domu. Teraz pani Irenka też chętnie by wróciła do domu. Jest jej duszno i gorąco, a do końca dniówki zostało jeszcze ładnych kilka godzin. W sumie wcale nie musi tu siedzieć – taki przywilej własnej firmy – ale wtedy straciłaby tych wszystkich klientów, którzy w tak piękną wakacyjną pogodę powinni walić drzwiami i oknami. To znaczy niezupełnie, bo pani Irenka z siostrą mają tylko straganik, a nie żaden sklep, więc nie ma ani drzwi ani okien. Ale mniejsza. Pani Irenka ciągnie łyk Hoop coli z dwulitrowej butelki stojącej obok jej krzesełeczka. Oranżada zrobiła się ciepła jak zupa i obrzydliwa jak siki. Pani Irenka przełyka, a na jej twarzy pojawia się grymas. „Życie jest ciężkie,” myśli. Ktoś podchodzi do straganika. Pani Irenka spogląda na niego znudzonym wzrokiem. Jakiś żółtek. Od razu robi się czujniejsza. Z żółtkami nigdy nie wiadomo, co za jeden. Jak Chińczyk czy Wietnamczyk to i może co ukradnie, ale jak Japończyk to uprzejmy, bo oni i tak są bogatsi w tej ich Japonii. Problem w tym, że trudno określić który jest który, bo wszyscy tacy sami. Ten jest młody, na oko dwadzieścia kilka. Włosy ma czarne jak sadza (jak to u żółtków, nic nowego) i, myśli pani Irenka, stanowczo za długie. Chłop powinien mieć krótkie włosy, a nie takie, co mu do oczu wpadają. Ale tam w Azji to może taka moda teraz. Zresztą, jakie to ma znaczenie? Ważne, żeby coś kupił. - Pomóc w czymś? – zagaduje po niemiecku, z dumą wykazując się komunikatywną znajomością języka obcego. Żółtek odwraca się w jej stronę, jakby wyrwany z namysłu. Pani Irenka myśli sobie, że jak na żółtka to jest całkiem niczego sobie. Gdyby miała te dwadzieścia lat mniej, to może i by się do niego ładniej uśmiechnęła. Ale teraz to szkoda marnować dobre uśmiechy na Chińczyków. Powtarza pytanie, wyraźniej i z pewnym naciskiem. Chłopak uśmiecha się, kręci głową i mówi coś po angielsku. Pani Irenka pochmurnieje. Dlaczego wszyscy teraz tylko po tym angielsku i angielsku? Kiedyś to po niemiecku, albo rosyjsku się człowiek z każdym dogadał, a teraz wszyscy do Anglii albo Irlandii jadą, to i się niemieckiego nie uczą. Pani Irenka już ma coś odpowiedzieć – choć jej angielski jest na niezbyt satysfakcjonującym poziomie – kiedy do straganiku…