Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 1 godz. 13 min czytania

Herbata

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Herbata Slowem wstepu Slonce rzesko wschodzilo nad horyzontem. Egipt budzil sie ze snu. W Aleksandrii pierwsze dorozki zaczely krazyc po ulicach, w Kairze straganiarze rozkladali swoj towar przy pasazach handlowych, biedota wystawiala glowy ze swych nedznych domostw a bogaci szlachcianie jeszcze slodko spali. Kraj byl to bogaty i piekny. Potezna rzeka, zwana Nilem, urzyzniala wschodnie krainy a na zachodzie rozciagala sie nieprzebyta pustynia, Oferujaca smierc w meczarniach dla smialkow probujacych ja przemierzyc. Krajem tym gospodarowal potezny faraon, a rzadzil namiestnik rzymski, ze zlecenia Cesarza Imperium. Gdzies W centrum Egiptu bylo niewielkie miasteczko, obok ktorego ulokowala sie mala osada a na obrzezach tej osady, na parceli wielkosci siedemnastu arow, stal namiot, w ktorym mieszkal Mojrzesz.

Mojrzesz obudzil sie bladym switem z potwornym bolem glowy. Kac- pomyslal . Trzeba bylo nie pic tyle wczoraj tego wina – taka druga mysl zaswitala mu po chwili. Siegnal reka po dzbanek z woda, stojacy obok lozka. Podparl sie lokciem o deske I Pociagnal z niego kilka poteznych lykow. Po czym opadl z powrotem na poslanie z westchnieniem ogromnej ulgi. Znowu pomyslal, ze nie trzeba bylo chlac tyle wczoraj. Glupi jest, ze nie zna umiaru. A czestowali go wczoraj wyjatkowo hojnie. Widocznie plotka o nim, ze ma przeprowadzic zydow do ziemi obiecanej rozeszla sie juz szerokim echem po tutejszych mieszkancach. Polozyl sobie dlon na czole I lezal tak kilka minut oddychajac gleboko I skupiajac sie na bolacej glowie. Chcial sila woli spowodowac ze bol ustapi lecz mu sie ta sztuczka nie powiodla niestety. Uslyszal beczenie koz, ktore pasly sie obok namiotu. Byl to pierwszy dzwiek jaki dotarl do jego uszu odkad otworzyl oczy. Postanowil ze wstanie I pojdzie oproznic pecherz, ktory zaczal go nieprzyjemnie naciskac. Nie dosc ze glowa go bolala to jeszcze podbrzusze chcialo eksplodowac od nadmiaru wina ktorym sie ochlal. Menel – pomyslal o sobie. Moczymorda I ochlaptus – dodal w myslach. Steknal glosno, puscil dwa donosne baki I z zamknietymi oczyma usiadl na poslaniu. Marnie sie czuje, oj marnie- wyszeptal. Odepchnal sie rekomi od lozka I wstal powoli. Pierwszy krok byl raczej niepewny, zachwialo go na lewa strone, lecz pomyslny balans rak doprowadzil go do rownowagi. Odsunal plachte, ktora imitowala drzwi wejsciowe I wystawil glowe z namiotu. Slonce dopiero co wschodzilo na horyzoncie, wiec nie zranilo zbytnio jego przekrwionych oczu. Stadko koz paslo sie kilka metrow od niego. Mojzesz odszedl kilka krokow I zaczal oprozniac pecherz, pierdzac przy tym glosno kilka razy, co wzbudzilo zaciekawienie jego trzody. Pierwszy bol pokonany, pomyslal. Ech, ilez by sie dalo za takie lekarstwo ktore po polknieciu albo wypiciu by usunelo kaca. Te I inne wazne rozwazania zajely Mojrzeszowi caly ranek. Na sniadanie wybieral sie do wyszynku, w ktorym wczoraj goscil I gdzie zbyt tego popil. Mial tam otwarty od przedwczoraj rachunek I zamierzal z tego korzystac, gdyz z pieniedzmi nie bylo u niego ostartnio za rozowo. Posiadal troche oszczednosci zakopanych pod pewnym drzewem eukaliptusowym, lecz wolal ich nie ruszac do odwolania. Gdy slonce wysoko juz swiecilo nad horyzontem, Mojrzesz dziarsko maszerowal w strone wyszynku. Byl to spacer obliczony na dziesiec pacierzy, co dawalo ok 20 minut spokojnego marszu. Idac I rozmyslajac o niczym napotkal na swojej drodze pastuszka Mariana, ktory to siedzial na kamieniu I dogladal malego stadka osiolkow. - dzien dobry Marianie – zagadnal go Mojrzesz – piekny ranek dzis mamy. - A, dzien dobry panie Mojrzeszu – pastuszek uklonil sie uprzejmie, az dotknal czolem swych brudnych stop – rzeczywiscie dzien zapowiada sie wyjatkowo pieknie. Moja tesciowa mowila mi dzis przed wyjsciem ze slyszala o Panu taka mianowicie historie ze.. - Bardzo sie spiesze,drogi Marianie – przerwal mu Mojrzesz – dokonczymy te rozmowe kiedy indziej, dobrze? - Powiedziawszy to odwrocil sie szybko I odmaszerowal, nie chcac sluchac monologu, znanego z gadulstwa pastuszka. Po paru chwilach dotarl do wyszynku, przed ktorym krzatala sie panna Monika, corka wlasciciela, starego zyda Ajka. Zamiatala obejscie podspiewujac sobie, popularna ostatnio w kraju, piosenke o majtkach w czerwone grochy. - o, dzien dobry panu – przerwala spiewanie gdy tylko zauwazyla Mojrzesza – jak sie Pan miewa? – usmiechnela sie szeroko z zalotnym blyskiem w oku. Od jakiegos czasu nie ukrywala, ze Mojrzesz nie jest jej obojetny. - Dzien dobry panno Moniko. Apetyt mi dopisuje I wlasnie zmierzam do waszego taty by przy milym towarzystwie zjesc sniadanie I podyskutowac o przyziemnych sprawach. Mojrzesz uklonoil sie panience I nie czekawszy na to, az ta zacznie trajkotac I przymilac sie do niego, wszedl do ciemnego wnetrza wyszynku. Byl to budynek zbudowany z gliny I drewna, ktory lata swej swietnosci mial juz dawno za soba. Od pocztku wlascicielem byl zyd Ajek, znany w okolicy ze swej pazernosci I koniunkturalizmu. Ale za to mial wysmienite trunki na sprzedaz, sprowadzane az z dalekiej polnocy, gdzie zyly dzikie I waleczne plemiona polonosow. Zatrudnial tez na pol etatu swietnego szefa kuchni Kulawego Stefana, ktory przyrzadzal niesamowite kanapki I zupe z grochu. W dni targowe sprzedawal on onuce na targu w pobliskim miasteczku. Mojrzesz pierwsze kroki skierowal do wlasciciela. - witam szanownego I sympatycznego pana – zyd Ajek usmiechnal sie I rozlozyl rece w gescie powiatania. – ciesze sie niezmiernie widzac ponownie pana w moich skromnych progach. Jestem do uslug I prosze sie czestowac czym tylko ma pan ochote I nie martwic sie rachunkiem, ktory to, jak juz przed dwoma dniami wspominalem, ja pokryje, byle tylko laskawy pan byl zadowolony. – Ajek odwrocil sie od lady I krzyknal w strone zaplecza – Stefanie! Miska pysznych kanapek I zupe z grochem dla szanownego pana Mojrzesza. Byle szybko! – A co do popicia zyczy sobie pan? – tu zwrocil sie do Mojrzesza - dzien dobry panie Ajek. Dziekuje za goscine I za pana dobroc – Mojrzesz kurtuazyjnie zaczal rozmowe – herbata w zupelnosci wystarczy. Wie pan, wczoraj lekko za duzo tego wina pojawilo sie na stolach. Musialem chyba pana zrujnowac, tyle tego wypilismy ze znajomymi Zyd Ajek ze stanowczoscia zamachal dlonia - alez panie szanowny, ja dla pana wszystko. Niech pan pije ile chce, niech pan nawet ten wyszynk wezmie sobie ode mnie. Ja pana tak uwielbiam I tak szanuje ze slow mi brakuje - Ajek zaczal sie klaniac I zamiatac wlosami podloge Mojrzesz, zawstydzony potroszku czolobitnoscia Zyda, usiadl przy stole I zaczal rozgladac sie po prawie pustym lokalu. O tak rannej porze dnia niewielu gosci tu zagladalo. Zobaczyl miejscowego zula Karola, ktory przesiadywal tu calymi dniami I przepijal swoja rente, pare podroznych konsumojacych kanapki oraz apostola Mateusza, ktory siedzial w kacie Sali I wpatrywal sie w Mojrzesza. Ten uklonil mu sie I odwrocil wzrok. Nie lubil tego typa zbytnio. Kiedys ten apostol urzadzil mu tyrade o niemoralnym prowadzeniu sie I o niedostatecznym swieceniu przykladem dla miejscowych. Gadal tak o moralnosci, a ludzie mowili ze podobno sam obmacuje kozy po kryjomu. Mojrzesz splunal pod stol na sama mysl o takiej sodomii. Zreszta wszystko jest mozliwe po takim typku. Przylizany jest jak by mu osiol codziennie jezykiem grzywke ukladal, maluje paznokcie na rozowo, nie pije trunkow I tylko lazi po okolicy gloszac jakies przypowiesci o wiecznym zbawieniu. Po chwili, caly czas giac sie poklonach, zyd Ajek donios na stol miske pelna kanapek z lososiem, serem, relishem I pomidorami (autorska kompozycja Kulawego Stefana), dymiacy garnek zupy z bobem I dzban herbaty. - prosze jesc na zdrowie – powiedzial uprzejmie, choc w glebi duszy gotowalo mu sie, ze nie dostanie za te frykasy zlamanego srebrnika. Mojrzesz podziekowal grzecznie I zajal sie konsumpcja. Wszystko niezmiernie mu smakowalo, az garnek po zupie wyczyscil chlebowymi skorkami po kanapkach. Wreszcie w spokoju poczal popijac herbate. Rozsiadl sie na drewnianej lawie, jedna reke rozlozyl rozmaszyscie na oparciu a w drugiej trzymal goracy kubek z pysznym aromatycznym naparem. Zapomnial juz zupelnie o kacu. Szczerze mowiac to z checia napil by sie teraz troche tego spirytu, co Ajek szmugluje go z polnocnych krain, lecz zbyt wczesna pora jeszcze byla by zaczac pijanstwo. Powiodl ponownie wzrokiem po Sali. Zul Karol nadal siedzial przy swoim stoliku I zlopal wino, wpatrujac sie tepo w bez gazu kielich. Apostol Mateusz gdzies zniknal. I cale szczescie gdyz Mojrzesz nie lubil patrzec na te oblesna gebe. W kacie Sali siedzialo za to troje rzymskich zolnierzy, ktorzy palaszowali sniadanie, nie zwracajac uwagi na otoczenie. Pojawily sie tez dwie mlode kobiety ktore przy talerzu kanapek I dzbanku z jakims trunkiem deliberowaly o najnowszych plotkach ze swiata mody I z wyzszych sfer. W tym momencie do lokalu wszedl Romek, znajomy Mojrzesza ze szkoly I z praktyk na farmie winogron. Nie wygladal zbyt swiezo. Wlosy mial rozczochrane, wzrok metny a ubranie bylo brudne I pogniecione. “pewnie nie dotarl do domu po wczorajszej libacji” pomyslal Mojrzesz. Podniosl reke w gore, by Romek mogl go dostrzec. Ten zauwazyl Mojrzesza, usmiechnal sie szeroko, ukazujac swoje jedyne cztery zeby, I podszedl do stolika. - hey, stary capie – przywital sie – Zesmy zabalowali wczoraj, nie?. Mnie caly czas trzyma. Przyszedlem kaca podleczyc bo inaczej nie wytrzymam. – usiadl obok Mojrzesza I roztoczyl wokol siebie nieprzyjemna won niemytego ciala pomieszana z odorem alkoholowym. - sie masz osli odbycie – odpowiedzial niewyszukanym tekstem Mojrzesz – moj kac juz przeszedl na szczescie, ale okrutnie dokuczal z rana. Zjedz sniadanie to sie ci polepszy. - eee, walne sobie spirytu na rozluznienie. Juz mi dziadunio dawno temu tlumaczyl ze kaca leczy sie klinem. I mial stary racje. Ilez razy mnie to nogi postawilo – rozmazyl sie Romek, grzebiac w myslach o swoich poprzednich libacjach alkoholowych. Zawolal on zyda Ajka I zamowil kubek mozgotrzepa, ktory wypalal wnentrzosci po wypiciu, ale byl skuteczny w walce z praktycznie kazda choroba, bo znieczulal doglebnie pacjenta po kazdym dawkowaniu. Ajek po chwili doniosl kubek, z rezerwa popatrzyl na Romka, lecz gdy ten wyjal zza pazuchy pieniadze by zaplacic, twarz mu sie rozpogodzila I zaoferowal ze dorzuci gratis kanapke do zagryzienia. - ten zyd jakis milszy jest kiedy ty jestes w poblizu – trzezwo zauwazyl Roman – pierwszy raz widze by dorzucil mi cos gratis do zamowienia a klientem jestem tu odkad skonczylem szkole, czyli z lat dwanascie bedzie we czerwcu. - to wszystko przez ta plotke, co ja roznosza rozni ludzie, ze wyprowadze zydow do ziemi obiecanej – odparl Mojrzesz, popijajac herbate – gdzies w zachodnich krainach przepowiedzial to jakis wieszcz. Ze mam dostac znak od Boga, po czym zebrac uciemiezonych zydow I wyprowadzic ich w lepsze miejsce gdzie zaloza swoja zydowska ojczyzne. Dlatego Ajek dal mi w tym wyszynku otwarty rachunek I traktuje mnie jak faraona. - no, wlasnie – podniecil sie Roman – to za to pilismy wczoraj. Juz sobie przypominam jak Heniek z Wieskiem zagnali mnie do szynku prosto z pola ze jakas popijawa jest I Ajek polewa za darmo znajomym Mojzesza - Dokladnie. Sam jestem tym zaskoczony, ze takie nagle poruszenie wsrod zydow jest wedlug mojej osoby. Jeszcze do tego dojdzie ze mnie namiestnik okregu wezwie do siebie I jakies nieprzyjemnosci bede mial z tego tematu – skrzywil sie Mojrzesz – Rzymianie ostatnio jacys nerwowi sa a ja klopotow na swoja glowe sciagac nie chce. Malo to tego ze mi dwie kozy ukradziono a do tego Hanka wyprowadzila sie do matki dwie niedziele temu? Hanka byla partnerka MOjzesza od ponad roku. Planowali nawet wesele w najblizszym czasie lecz jakos nie mogli dojsc do konsensusu w sprawie daty. - no racja. Moga cie wziasc na widelec a wtedy bedziesz mial przechlapane. Oni lubia – tu wskazal glowa na rzymian palaszujacych sniadanie w kacie Sali – miec porzadek u siebie a szpiegow maja na kazdym rogu. - Szpiegow powiadasz? Faktycznie, slyszalem ze maja policje polityczna ktora werbuje kapusiow na zaanektowanych terenach. Myslisz ze wiedza juz o tej plotce I o mnie? – zmartwil sie Mojrzesz - Nie zdziwil bym sie gdyby juz wiedzieli – odparl Romek – ale teraz napijmy sie bo szkoda dnia – chwycil kubek I przechylil go czterema haustami. Oczy mu wyszly na chwile z orbit, zrobli sie czerwony na gebie a po chwili wypuscil powietrze z pluc I glosno westchnal. – mocny towar – stwierdzil Roman. Przegryzl alkohol kanapka I zadowolony rozsiadl sie na lawie. - Walniesz ze mna nastepnego? – spytal Mojrzesza - Zostane przy herbacie. Jakos niepewnie sie poczulem myslac o rzymianach - Olej to. Jesli to przepowiednia, to na pewno sie spelni i wyprowadzisz tych zydow gdzie tam beda chcieli. Wiec z rak rzymian ci nic nie grozi bo inaczej by bylo to uwzglednione w slowach tego wieszcza. A wlasnie. Wiesz moze co to za wieszcz tak to opisal? - Podobno wieszcz Kazio, najwybitniejszy zyjacy obecnie we wchodnim imperium przepowiadacz. Tak mi przedwczoraj powiedzial ten stary zyd Echmund, gdy odwiedzil mnie w porze obiadowej. - no, skoro on taki dobry to lepiej dla ciebie, brachu. Stawiac kolejke? – pytal Romek, ktory po wypiciu mozgotrzepa nabral kolorow i jakos zaczal lepiej wygladac - wiesz co, ja postawie. I tak mam za darmo wiec obaj zaoszczedzimy – Mojrzesz, ktory nabral nagle poteznej ochoty na alkohol, postawil kubek z herbata na blacie stolu i zawolal Ajka. - szanowny panie, prosze dla mnie i mojego serdecznego przyjaciela Romana, dwa – tu zrobil przerwe na maly namysl – nie, szesc drinkow z tym ciekawym alkoholem co przywiezli wam ostatnio. Szesc na glowe ma sie rozumiec. Dziekuje. Zyd Ajek pokiwal glowa z akceptacja. Ech, odbije on sobie za to kiedy juz ten alkoholik przeprowadzi go i jego rodzine do ziemi obiecanej. Podreptal za lade by przygotowac dwanascie drinkow z rumem i sokiem z pomaranczy. Panowie podebatowali przy drinkach do poznego popoludnia. Zaczelo im mocno szumiec w glowach oraz pojawila sie, jak to zwykle po alkoholu bywa, ochota zrobienia jakiegos szalonego czynu. Zamowili wiec jeszcze po trzy kolejki. Rum byl wysmienity, destylowany przez plemie slowackie, zyjace gdzies w centralnej europie. Robilo sie juz ciemno gdy Mojrzesz z Romanem opuscili wyszynk, w stanach wyjatkowo wskazujacych, ze spiewem na ustach i z szalencza odwaga w sercach, podrasowana przez wypity wczesniej rum. - moj bracie najukochanszy, przyjacielu jedyny!!! – zaczal Romek – co robimy z tak wczczewc.. – nie mogl biedak wymowic tego trudnego slowa – milym wieeczorem? Moze na dziewuchy pojdziemy do miasteczka? - bracie kochany!! – Mojrzesz przytulil mocno Romka – robmy co chcemy! Zycie jest krotkie.. I pomaszerowali, objeci w braterskim uscisku, w strone miasteczka.

Mojrzesz obudzil sie poznym rankiem z potwornym bolem glowy. Kac- pomyslal. Trzeba bylo tyle nie chlac wczoraj – taka druga mysl pojawila sie po hwili. Siegnal reka po pusty dzbanek na wode i jeknal. Zapomnial nalac sobie wody przed pojsciem spac. Teraz bedzie musial zwlec sie z lozka i o wysuszonym gardle i ze szczypiaca glowa doczolgac sie jakos do studni. Ale ja glupi – pomyslal. Ledwo co wczoraj sie leczylem po pijanstwie z przedwczoraj a dzis juz znowu to samo. W okolicy bede pewnie teraz debatowac o wczesnym stadium alkoholizmu u Mojrzesza, ktory mial byc tutejszym bohaterem wyprowadzajacym uciskany lud z Egiptu, a na dzien dzisiejszy stacza sie do rynsztoku. Zebral w sobie cala silna wole jaka mial, podzwignal sie z lozka i stanal na nogach. Gwaltowny, ostry bol glowy, ktory pojawil sie sekunde pozniej, prawie powalil go z powrotem na poslanie. Zimnymi dlonmi potarl czolo i powoli poczlapal do wyjscia z namiotu. Z przymknietymi oczami podszedl do studni i z ulga oparl sie o kamienie, z ktorych zbudowany byl murek ja otaczajacy. Ale paskudnie sie czuje – wyszeptal – wino nie rozwiazuje wszystkich problemow. Zrzucil wiadro do studni by napelnilo sie swieza woda. Wciagnal je na sznurku po czym zanuzyl w nim glowe. Ulga – przeszlo mu przez mysl. Wypil kilka poteznych haustow, zakrztusil sie, zakaszlal kilka razy, beknal poteznie, a reszte wody wylal sobie na glowe. Dobrze ze nikt mnie nie widzi w takim stanie – pomyslal i rozejrzal sie ostroznie do okola. Procz koz w poblizu nie bylo tutaj na szczescie nikogo. Mojrzesz usiadl pod studnia, w suchym miejscu, i zamknal oczy. Przypomnialo mu sie jak wczoraj z Romkiem chlali w wyszynku rum, a potem ruszyli do miasteczka gdzie zaczepili dwie panny, stojace w bocznej uliczce obok lokalnej tawerny i poszli z nimi do zagajnika by udac sie rozpuscie cielesnej. Noc byla juz pozna kiedy dotarl do swojego namiotu i padl styrany na poslanie. Mojrzesz westchnal i otworzyl oczy. Siedzial w cieniu rzucanym przez studnie, wiec slonce nie razilo jego przeczerwienionych oczu. Niedlugo bedzie taki jak ten zul Karol co codziennie regularnie sie upija u Ajka. Nagle jego uszy wychwycily stukot kopyt na drodze dojazdowej do jego posiadlosci. Podniosl sie zaczal wpatrywac sie w te strone. Wiedzial ze tylko rzymianie poruszaja sie w tej okolicy na koniach. Nie pomylil sie. Zza zakretu wylonila sie kareta ciagnieta dostojnie przez dwa rumaki, obok ktorej maszerowalo szescioro rzymian. Mojrzesz nerwowo rozejrzaj sie dookola, gotowy do natychmiastowej ucieczki, lecz zaraz sobie uswiadomil o marnych konsekwencjach takiego czynu. Zostalby zlapany w miare szybko przez zolnierzy, bo na ciezkim kacu i o pustym zoladku szybko sie nie biega. Zostalby tez uznany za winnego, bo tylko ktos kto ma cos na sumieniu ucieka na widok przedstawiecieli wladzy. Poprawil wiec wlosy, przetarl wymietoszona szate dlonmi i wyszedl na spotkanie rzymian przed swoj namiot. Z karety wytaszczyl sie gruby czlowiek w purpurowych szatach i skorzanych sandalach. Zolnierze zasalutowali mu i staneli w dwuszeregu. Grubas zrobil dwa kroki w strone Mojrzesza, stanal, wyciagnal reke i pomachal mu by ten podszedl do niego. - podejdz no tu kolego symatyczny – powiedzial podejrzanie milym glosem Mojrzesz postanowil zrobic z siebie idiote I z glupia, pytajaca mina pokazal na siebie swoim wskazujacym palcem - ja? – spytal I od razu pozalowal tej szopki. - nie robcie z siebie debila Mojrzesz. Tylko wy tu jestescie – rozgniewal sie grubas – wolicie rozmawiac tutaj czy u mnie w palacu? - Zapraszam pana w moje skromne progi – Mojrzesz blyskawicznym ruchem reki wskazal na swoj namiot. – nie trzeba od razu fatygowac sie do palacu I zabierac panu podwojnie panski cenny czas – zaczal sie przymilac. - No! – troszke laskawszym glosem odpowiedzial grubas – faktycznie skromne te wasze progi. Jestem namiestnik Lucjan, pewnie slyszeliscie o mnie? - Oczywiscie ze slyszalem - Mojrzesz podniosl do gory rece – jest pan swietnym zarzadca tej krainy, sprawiedliwym I madrym przewodnikiem naszego ludu, wyrocznia polityczna I obronca przed nieprzyjacielem. Wszyscy moi znajomi I przyjaciele ciesza sie bardzo z pana namiestnikowania. Ja sam czesto mowie ze gdybym mial tylko okazje ucalowac pana rece to od razu bym.. - Dobra, dobra – namiestnik machnieciem dloni przerwal te laudacje – nie kadzcie mi tu farmazonow. Ja wiem doskonale co ludzie o mnie mowia I mysla. - Ale co sprowadza pana namiestnika do mnie? – spytal sie Mojrzesz, ktory nagle zaczal pocic sie ze strachu – czym zasluzylem sobie na taki zaszczyt? - Niczym, towarzyszu. Przejezdzalem sobie wlasnie nieopodal I zapragnalem zajechac nagle do czlowieka o ktorym zydzi mowia od trzech dni ze jest ich zbawicielem. I tak wlasnie tu jestem. To co? wejdziemy do srodka? – zapytal Lucjan - Serdecznie zapraszam – Mojrzesz wyciagnal reke w strone namiotu – maly balagan mam w domu, ale ja kawaler jestem I reki kobiecej brakuje by posprzatac. Wczoraj troche pozno wrocilem I nie zdazylem… - Wy nie gadajcie tyle po proznicy – namiestnik spojrzal groznie na Mojrzesza, ktory zrobil sie lekko blady – zaraz bedziecie sie tlumaczyc gesto z powazniejszych spraw. Weszli do srodka. Zolnierze staneli wokol namiotu, tak by nikt nie mogl z niego uciec. Mojrzesz wskazal naczelnikowi dwa krzesla, ktore staly przy malym okraglym stoliku, prezencie od stolarza Waldka za protekcje w zalatwieniu pewnego lukreatywnego kontraktu w stolicy. Panowie usiedli na przeciw siebie. - czy mowi wam cos nazwisko wieszcz Kazio? – spytal namiestnik, stukajac palcami o blat stolika - eeee, slyszalem niedawno to nazwisko od pewnej osoby. To jakis wieszcz? – wydedukowal Mojrzesz - drugi raz powtarzam bys nie robil z siebie debila. Jeszcze jedna taka proba I jedziemy do mnie. Tam porozmawiamy sobie dlugo I dokladnie – namiestnik bardzo spokojnie wypowiedzial te slowa, z akcentem na “dlugo” - wieszcz Kazio przepowiedzial ze ja wyprowadze narod zydowski z Egiptu I przeprowadze go do ziemi obiecanej – szybko zaczal referowac Mojrzesz - gdzie narod ten zalozy swoja szczesliwa ojczyzne. Mam dostac znak od boga ktory przekarze mi wskazowki jak I kiedy mam to zrobic. Wiadomosc ta uzyskalem od zyda Echmunda, ktory to odwiedzil mnie bez zaproszenia trzy dni temu w porze obiadowej. Traktuje to jako wymysl chorego umyslu tego zyda, ktory podobno pali caly czas jakies ziola I opowiada glupoty. Slyszalem tez ze apostol Mateusz obmacuje kozy I tez opowiada jakies niedorzecznosci ludziom, macac im w glowach. Zyda Echmunda wyprosilem grzecznie, po tym jak zjedlismy razem obiad, zapewniajac go, ze wiekszych glupot to jeszcze nie slyszalem I ze sie nie zgadzam. Od tej pory zadnej wiadomosci od boga nie dostalem. A na dodatek niedawno zloczyncy jacys mi dwie dorodne mleczne kozy ukradli I jestem nieszczesliwy z tego powodu – skonczyl donosic, otarl pot z czola I westchnal ciezko. Naczelnik chwile popatrzyl w ciszy na niego, podrapal sie po glowie I wyciagnal zza pazuchy kartke papieru I pojemniczek z atramentem. - jest pan madrym czlowiekiem, panie Mojrzesz. Zrozumial pan sytuacje I potrafil podzielic sie spostrzezeniami ze swoim przyjacielem Lucjanem, docenimy to. – przesunal w strone Mojrzesza kartke – prosze to podpisac jako dowod odbycia tej rozmowy.  Nie mam piora – niesmialo zauwazyl Mojrzesz – musialem zgubic wczoraj, jak jadlem obiad. Lucjan pokrecil z dezaprobata glowa. Z kieszeni wyjal pozlacane kogucie piorko I podal je rozmowcy - tylko uwazaj – powiedzial – to cenna pamiatka z Rzymu I nie polam mi koncowki Mojrzesz delikatnie ujal to zlote cacuszko w dwa palce, zamoczyl w inkauscie I wykonal zamaszysta parafke na podsunietym dokumencie. Sekunde pozniej zaczal juz zalowac ze nie przeczytal jego tresci. - czyli nic nie macie do mojej skromnej osoby? – zapytal namiestnika – te plotki rozsiewane o mnie o rzekomej dywersji to wymysl chorego umyslu I zydowskiej propagandy. Uwazam to za skandal I zaczne dementowac to wszystko na szerokim forum spolecznym – Mojrzesz az sie podniosl z krzesla gdy to mowil - na razie nic do was nie mam, obywatelu. Wasza postawa jest poprawna a zachowanie godne pochwaly – namiestnik wytarl pioro I schowal je spowrotem do kieszeni – informujcie mnie na biezaco gdyby cos sie wydarzylo, dobrze? Aha – lucjan juz mial wstawac, lecz zatrzymal sie jeszcze na krzesle – cos wspominaliscie o apostole Mateuszu? Ze niby kozy molestuje? To pewna informacja? Bo jest to niezgodne z regulaminem ktory uchwalilem I paragraf ciezki za to grozi - pewne, pewne! – Mojrzesz unios glos – ludzie tak mowia - no, skoro ludzie ludzie tak mowia to mosi byc pewne – namiestnik wstal z krzesla I skierowal sie w strone wyjscia – zajmiemy sie ta sprawa. I – tu wskazal palcem na Mojrzesza – wy tez uwarzajcie co ludzie na was mowia. A teraz do zobaczenia - milo mi ogromnie bylo goscic tak dostojna persone– Mojrzesz wstal I uklonil sie nisko – bardzo wielka jest radosc u mnie iz moglem ugoscic I pomoc szanownemu namiestnikowi Lucjan machnal tylko reka I wyszedl z namiotu. Po chwili dalo sie slyszec rozkazy jakie wydaje swoim zolnierzom o powrocie do palacu. Mojrzesz nabral gleboko powietrza do pluc I wypuscil je ze swistem. “swinia jestem” pomyslal I opadl na krzeslo. “zostalem rzymskim agentem”. - ale chociarz ten apostol moze dostanie po dupie – powiedzial na glos I az stuknal piescia o blat stolika. Naszla go nagle nieodparta chec wypicia kilku glebszych w wyszynku u Ajka.

Kilkanascie pacierzy pozniej Mojrzesz siedzial w karczmie u Ajka I zajadal kanapki, popijajac je aromatyczna herbata. Obok, na stole, stal kielich z mozgotrzepem. Mial malego kaca moralnego po rozmowie z namiestnikiem I po tym jak latwo dal z siebie zrobic donosiciela. Byl tchorzem od dziecka a jego silna wola I honor zniknely zaraz po wyjsciu z lona matki. Dlatego tez tylko troszke dokuczalo mu sumienie. Po zjedzeniu porzadnego sniadaniu jednak uczucie to zniklo doszczetnie, jakby dobre jedzenie wyplukalo z niego wszelkie watpliwosci odnosnie swojego zachowania. Mojrzesz Rozsiadl sie wygodnie na lawie, wzial do reki kielich z alkoholem I z blogim usmiechem zaczal sie rozgladac po Sali. Oczywiscie zul Karol, jak co dzien, siedzial przy swoim stoliku I delektowal sie najtanszym winem, ktore Ajek mieszal na zapleczu z woda, a czasem nawet I z deszczowka jesli laskawie spadl deszcz na te kraine. Paru gosci siedzialo przy stolach I zajadalo pierwsze albo juz drugie sniadanie. Wyszynk Ajka byl blisko traktu miedzymiastowego prowadzacego do Aleksandrii, wiec ruch byl tu zazwyczaj spory. Wielu miejscowych amatorow roznego rodzaju wysoko I niskoprocentowych trunkow zagladalo rowniez tutaj po pracy, by zrelaksowac sie I wymienic pogladami ze znajomymi I przyjaciolmi. Niektorzy tubylcy woleli jednakze alkoholizowac sie w konkurencyjnej tawernie, znajdujacej sie w pobliskim miasteczku. Ceny byly ciut drozsze, lecz rekompensowaly to dziewki, ktore oferowaly swe wdzieki w pobliskim zagajniku. Latwiej tam bylo tez o rozruby I mordobicia. Ajek kategorycznie przestrzegal zakazu bojek w swoim lokalu I, jesli sie cos zaczelo dzial, stanowczo wypraszal na plac przed wyszynkiem. Lecz kazdy awanturnik wie, iz najlepsze walki stacza sie w zamknietym pomieszczeniu, gdy jest scisk I tlucze sie na raz kilka badz kilkanascie osob. O tym wszystkim myslal sobie Mojrzesz, ktory awanturnikiem nie byl nawet w jednym procencie, popijajac mozgotrzepa, I wpatrujac sie tepym wzrokiem po Sali. Wysaczyl caly kielich I gestem reki przywolal do siebie Ajka - jeszcze jeden poprosze. Mialem ciezki ranek – zaczal sie tlumaczyc - pana zyczenie jest dla mnie rozkazem – Zyd Ajek zgial sie w pol I pobiegl za lade gdzie zaczal przyrzadzac drinka. Zaczelo mu sie nie podobac to, ze ten wybawiciel tyle chla I to jeszcze na jego koszt. mial pewne watpliwosci odnosnie przepowiedni wieszcza Kazia o wyprowadzeniu narodu zydowskiego do ziemi obiecanej przez Mojrzesza. Gdy zerkal zza lady na tego skacowanego czlowieczka, od ktorego az smierdzialo strachem, watpliwosci te zaczely rosnac. “dam mu jeszcze tydzien kredytu. Jesli nic sie nie wydarzy do tego momentu, podlicze mu wszystko z procentem” pomyslal sobie I z nieszczerym, choc swietnie udawanym, usmiechem powedrowal z drinkiem w reku do stolika, przy ktorym siedzial Mojrzesz. - Szanowny panie – zaczal kurtuazyjnie – czy zdarzylo sie ostatnio panu cos, co pozwala z radoscia patrzyc w przyszlosc moja I moich ziomkow? Jak pan wie o tej informacji od wieszcza KAzia… - Panie Ajek – przerwal mu Mojrzesz, wpatrujac sie w kielich, ktory zyd trzymal w dloni – nie bede na ten temat teraz rozmawial. Pewne kroki sa juz podjete, pewne jeszcze nie wykonane, niedlugo wszystko sie wyjasni. Pan wie ze sciany maja uszy I nie bedziemy dyskutowac na tak delikatne sprawy w miejscu publicznym, jakim jest niewatpliwie ten local. Pan pozwoli ze przejme mego drinka I oddam sie procesom myslowym Zyd Ajek rozdziawil usta, postawil kielich na blacie I oddalil sie za barz metlikiem w glowie, wiedzac mniej niz jeszcze kilka chwil przedtem. Kilka pacierzy pozniej, kiedy to kielich z drinkiem Mojrzesza byl juz w polowie pusty, badz w polowie jeszcze pelny, co zalezy od punktu widzenia osoby postronnej, do szynku wpadl pastuszek Marian z krzykiem na ustach - rzymianie zatrzymali apostola Mateusza!! Ludzie, prosto z drogi go wzieli gdy przechodzil obok mnie!! Ajek I kilku jeszcze miejscowych rzucili sie w strone pastuszka Mariana by dopytac o szczegoly. Mojrzesz pozostal na swoim miejscu, jednym haustem oproznil swojego drinka I nadstawil ucho na wiesci ktore przyniosl Marian. - paslem swoje stadko,kiedy to zobaczylem apostola Mateusza. Zatrzymal sie obok mnie I zaczal, jak to on, gadac o niebie I moralnosci. Zwykle udaje gluchego przy nim, wiec kiwalem glowa a on jak skonczyl to zrobil taki znak krzyza w moja strone I zaczal sie oddalac. Wtedy zza zakretu wyskoczyl rzymski patrol na koniach I dawaj na apostola. Ten nawet uciec nie zdazyl. Zlapal go jeden, przerzucil przez siodlo I pognali szosa krajowa w strone miasta. Pastuszek Marian skonczyl. W szynku zrobil sie rwetes, zyd Ajek zaczal rwac wlosy z glowy I pokrzywiwac: Aj waj, Aj waj. Ktos krzyknal: hanba!. Po paru chwilach wszyscy spokojnie wrocili do swoich stolikow a Ajek zaczal nalewac za barem wino dla Mariana, ktory stwierdzil ze zaschlo mu w gardle I musi sie czegos mocniejszego napic. Nikt nie zwrocil uwagi na delikatny usmiech, ktory pojawil sie na twarzy Mojrzesza. Po wypiciu jeszcze jednego drinka I zjedzeniu michy zupy z bobem, Mojrzesz, zadowolony z zycia, usmiechniety I z blyszczacymi od alkoholu oczyma, wyszedl z szynku I skierowal swe kroki w strone swojej parceli, celem uciecia sobie milej drzemki. Zupelnie juz nie przejmowal sie poranna rozmowa z naczelnikiem rzymskim. Bedac przed soba zupelnie szczerym, ta plotka o nim rozsiewana przez zydow I tego wieszcza kazia, bardzo go przerazala. Wiodl on sobie spokojne zycie nieroba, czasem jezdzil do miasta by dawac nauki jezykow obcych I ekonomi w tamtejszym kolegium ogolnoksztalcacym, sprzedawal raz w tygodniu mleko kozie w spoldzielni mleczarskiej I raz na kwartal sezonowo zbieral owoce u farmera Dominika, ktory mial potezny areal gajow oliwnych I krzewow aroni. A teraz mialo sie to wszystko zmienic. Wieszcz Kazio podobno nie mylil sie nigdy w swoich przepowiedniach I fama, ze Mojrzesz mial byc zbawicielem uciskanego narodu zydowskiego byla wielce prawdopodobna. Plusem jedynym byl otwarty rachunek u Ajka, co pozwolilo na darmowe picie I jedzenie przez kilka dni. Minusem byla zmiana jego spokojnego trybu zycia oraz zainteresowanie swoja osoba rzymian, ktorzy wladali tym krajem. W jego przypadku plusy zupelnie zostaly przesloniete przez minusy. Mojrzesz maszerowal goscincem w kierunku swojej posiadlosci. Im bardziej myslal o przepowiedni, tym jego usmiech na twarzy stawal sie mniejszy. Gdy juz dotarl na miejsce to prawie plakal nad swoim losem. Chlipiac, polozyl sie poslaniu I nim doszczetnie sie rozkleil, usnal twardym, zdrowym snem pijanego czlowieka. Ocknal sie nagle, slyszac jak ktos go wola. Rozejrzal sie po wnetrzu namiotu, lecz nikogo tu nie bylo. Podniosl glowe z poslania I zaczal wsluchiwac sie w otoczenie. I wtedy uslyszal to jasno I wyraznie. Jakis nieznany mu glos wolal z zewnatrz donosnym basem: Mojrzeszu, Mojrzeszu. Zerwal sie na nogi I przetarl sobie twarz dlonmi. Jedyna mysl jaka przyszla mu do glowy byla taka, ze to rzymianie przyszli go aresztowac I wrzucic do lochow. Po sekundzie druga mysl uderzyla jego skolotany umysl, iz rzymianie to by wpadli do namiotu I skuli go lezacego, a nie wolali po nazwisku stojac przed posesja. - kto tam? – zapytal drzacym glosem – KTO TAM? - Powtorzyl glosniej po odchrzaknieciu sliny. - Mojrzeszu, Mojrzeszu – uslyszal w odpowiedzi Na szczescie bylo jeszcze jasno, drzemka jego nie przerodzila sie calonocny sen, wiec Mojrzesz z lekkim zaledwie drzeniem w sercu wyjrzal zza plachty, ktora to byla nedzna imitacja drzwi strzegacych wejscia do namiotu. Pierwsza rzecza ktora zwrocila jego uwage byl ognisko, ktore palilo sie jakies dwa metry przed nim. Rozejrzal sie w obie strony zdezorientowany.”ktos mi tu robi jakies kawaly” pomyslal - kto tu jest? – zawolal – czemu tu sie pali ognisko przed moim domem? Pozar moze byc! Podszedl do studni I nabral wody do wiaderka. Gdy odwrocil sie w strone ogniska by chlusnac na niego uslyszal znowu wolanie: “Mojrzeszu, Mojrzeszu”. I, co bylo bardzo dziwne, dochodzilo one wlasnie z ogniska. “to przez tego mozgotrzepa co go dzis pilem” wydedukowal. Zamachnal sie I wylal wode na plomienie. Nic sie nie stalo. Ognisko nie zgaslo ani nawet sie nie zmniejszylo. “wiecej wody trzeba” pomyslal I juz mial sie odwrocic do studni, gdy plomienie przemowily do niego. - Mojrzeszu, nie lekaj sie, jam jest bog twoj, Jahve Mojrzesz popatrzyl zdziwiony na mowiace do niego ognisko. Byl inteligentnym mezczyzna wiec mysli, iz to od alkoholu ma zwidy, nie bral niestety pod uwage. Brutalna prawda mogla byc tylko jedna. Jest to znak od boga, czesc przepowiedni wieszcza Kazia. - sluchaj uwaznie bo nie bede powtarzac. – powiedzial do niego Jahve – dzis w nocy zesle na wszystkich zydow z Egiptu sen. Powiem im w nim co maja robic. Na ciebie zesle laske, bys nie byl bezbronny przed rzymianami. Za dwa dni o swiecie wyruszycie do ziemi obiecanej na polnocny wschod. Badz gotow wtedy w dolinie Issy I czekaj na znak odemnie. Wtedy wasza podroz sie zacznie. Javhe skonczyl. Mojrzesz wpatrywal sie w wygasajace ognisko I zaczelo mu ciemniec przed oczami. - dlaczego ja?! – krzyknal – czemu mnie wybrales? - Mam wobec ciebie plany Mojrzeszu. Nie lekaj sie – bog wymowil te slowa I wtedy plomienie znikly, nie pozostawiajac po sobie zadnego sladu na ziemi. Mojrzesz opadl na kolana I ukryl twarz w dloniach. Spedzil kilka minut w tej pozycji, rozmyslajac o zdarzeniu ktorego byl swiadkiem I bohaterem zarazem. Szczegolnie nie dawaly mu spokoju ostatnie slowa boga, iz ma on wobec niego jakies plany. To juz bylo cos. Podniosl sie z kleczek, otrzepal kolana I poprawil wymieta na tylnej czesci plecow szate. Bylo teraz tylko jedno miejsce w okolicy ktore mial zamiar odwiedzic. Szynk zyda Ajka. Na miejscu znalazl sie juz po dziesieciu pacierzach. Zdyszany wpadl do srodka I rozejrzal sie. Local byl zapelniony gdyz ludzie pokonczyli juz prace na roli i w gospodarstwach a teraz relaksowali sie tu przy alkoholach. Zobaczyl przy jednym ze stolikow Romana, Henka I Wieska, ktorzy popijali jakis trunek z glinianego dzbana, przegryzajac to figami. Szybkim, zdecydowanym krokiem Podszedl do nich i usiadl na skraju lawy, zaskakujac cale towarzystwo swym niespodziewanym najsciem. Heniek az sie zakrztusil, gdyz pil wlasnie z kubka wino. - chlopaki – powiedzial Mojrzesz – dobrze ze was widze. Musze sie napic I pogadac. - Mojrzesz, towarzyszu – Roman podniosl w gore swoj kubeczek – wlasnie o tobie gadalismy - Romek opowiadal jak zescie balowali wczoraj – Wiesiek usmiechnal sie szeroko – macie zdrowie! - Bym sie udusil. – Heniek kaszlal I prychal, rozsiewajc wokol siebie krople swojej sliny - Panie Ajku! – Mojrzesz podniosl reke I zamachal w strone zyda – panie Ajku, mozna pana prosic? Ajek spojrzall w strone stolika I zmarkotnial. Czterech pijakow ktorzy beda chlali za darmo. Podszedl ze skwaszona mina, przetarl szmatka lawe I usmiechnal sie nieszczerze. - Czym moge sluzyc, drodzy jejmoscie? - Wodki chcemy – Mojrzesz szybko mu odpowiedzial – duza ilosc. I do tego cos na zab. Moga byc kanapki albo deska serow. Tylko tak predko w miare poprosimy. Ajek sklonil sie I pobiegl za lade, mruczac pod nosem jakies paskudne zydowskie przeklenstwa. - Cos sie wydarzylo. Cos nieprawdopodobnego. – Mojrzesz powiodl wzrokiem po przyjacielach - zaraz opowiem, ale musze wpierw gardlo sobie przeplukac. – chwycil najblizszy stojacy obok niego kubek I wypil jego zawartosc jednym chaustem. Odetchnal gleboko, czujac splywajacy mu do zoladka spirytus. Przetarl dlonia lzy, ktore naplynemu mu do oczu. Ale mocne - pomyslal. Odkaslal jeszcze I zwrocil sie do wpatrzonych w niego przyjaciol. - Panowie! Chwil kilka temu mialem niesamowite spotkanie. Polozylem sie na popoludniowa drzemke. Drzemie sobie spokojnie, a wtem slysze jak ktos mnie wola - Po imieniu czy po nazwisku? – przerwal mu Wiesiek - A co to ma do rzeczy? – spytal sie Mojrzesz – przeciez nie mam nazwiska. Wszyscy mowia na mnie Mojrzesz - No fakt – pokiwal glowa Wiesio – mow dalej, mow – zamachnal nerwowo reką - No wiec slysze jak ktos mnie wola :Mojrzeszu, Mojrzeszu. Budze sie, otwieram oczy, i zastanawiam sie “o co chodzi?”. Przemknelo mi wpierw przez mysl ze to rzymianie moze stoja przed moim namiotem. Nie balem, sie nic ale to nic. W tym…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Herbata — czytnik · opowiadania