Melodramat · 5 min czytania
Herbata
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Zbliżały się kolejne święta. Czas, na który wszyscy wyczekiwali z zapartym tchem, odkąd przyszedł grudzień. No, może nie do końca wszyscy i nie mam tu na myśli Ebenezera Scrooge'a. Chodzi o mnie. To, co wszystkich normalnych ludzi wprawia w zachwyt i wywołuje przyjemne łaskotanie w żołądku, mnie przyprawiało o zimny dreszcz na plecach. Lampki na wystawach, ubrane choinki na ulicach i przechodnie wesoło wchodzący ze sklepu do sklepu, w poszukiwaniu świątecznych upominków dla rodziny. To wszystko było dla mnie jakieś obce, dalekie... To nie tak, że nie lubiłam świąt. Odkąd pamiętam, zawsze marzyłam o prawdziwych, rodzinnych świętach Bożego Narodzenia. No wiecie, takich ze śpiewaniem kolęd przy kominku, dzieleniem się opłatkiem i kolacją. Ale najbardziej, z całego serca pragnęłam, aby tego dnia w naszym domu choć na chwilę, maleńką chwileczkę zapanował spokój. Niestety, nie pomogło ani samotne dmuchanie świeczki na torcie z obskurnej kawiarenki Pani Grabowskiej w dniu moich urodzin, ani rzęsa na policzku, ani nawet spadająca gwiazda, która jest przecież symbolem spełnionych marzeń. Moje marzenie, choć wypowiadane tysiąc razy, nigdy się nie spełniło. Pamiętam jak przez mgłę. Był dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia. Około północy ze snu wyrwało mnie mocne trzaśnięcie drzwiami. Cicho, żeby nie obudzić śpiącego koło mnie brata, wyszłam z pokoju. Gdy tylko uchyliłam drzwi, poczułam bardzo dobrze znaną mi woń przetrawionego alkoholu, zmieszaną z duszącym dymem tytoniu. Ojciec wrócił-przemknęło mi przez głowę. Postanowiłam że lepiej będzie, jeśli wrócę do łóżka. Wtem zza ściany doszły mnie stłumione krzyki rodziców. No tak... Znowu się kłócą-pomyślałam, po czym zapaliłam nocną lampkę przy łóżku brata. Gdy słabe światło rozświetliło trochę pomieszczenie spostrzegłam, że malec nie śpi, tylko tuli do siebie swojego misia. Nim zdążyłam coś powiedzieć, odezwał się do mnie cicho, bardzo cicho, tak, że aby go usłyszeć musiałam bardzo wytężyć słuch. -Myślisz... -zaczął-myślisz, że tym razem Tatuś zostawi nas w spokoju? Mówiąc to, mały spojrzał na mnie z ogromną nadzieją w swoich dużych zielonych oczach, które w słabym świetle lampki sprawiały wrażenie bardzo smutnych. Nie lubiłam, gdy tak na mnie patrzył. Z taką nadzieją... Jakby myślał, że moje zapewnienia jakoś poprawią naszą sytuację... Że dzięki moim słowom "Oczywiście, że tak. Będzie dobrze, nie mamy się czym przejmować" jakoś zwrócę mu jego beztroskie dzieciństwo. Boże...…