Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 2 godz. 18 min czytania

Historia

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

HISTORIA

Chcemy wierzyć, że za każdym zakrętem czeka na nas niesamowita historia. Chcemy wierzyć, że dobrze wykorzystujemy nasz czas, że sycimy oczy tym, co piękne. Chcemy wierzyć, że przed nami jeszcze wiele dobrych chwil, ale trzeba mieć w sobie siłę porzucić bagaż i wyruszyć w podróż.

Czas pożegnać góry. Ukryła się tam przed światem. To góry dawały jej ukojenie, spokój, inną perspektywę. Nie można jednak wiecznie uciekać. Czas znaleźć swoje miejsce. Patetycznie brzmią te słowa kiedy słyszy się je w swojej głowie. Wyczuwała, że ta chwila jest dla niej szczególna. Coś musi się zmienić, coś zmieniło się na zawsze. Pewnie dziś nikt ze starej paczki by jej nie poznał. Troszkę schudła, jej twarz nabrała zaciętego wyrazu, oczy zastygły, włosy niespokojnie wiły się na głowie w szalonym tańcu z wiatrem. „Wszechświat” zamierał. Horyzont zamazywał się stopniowo pochłaniany przez granatowe niebo. Gdzie niegdzie przez dziurawą tkaninę widać było złote lampki gwiazd. Cały kosmos na wyciągnięcie ręki. Nareszcie czuła w sobie siłę, zapas szczęścia na czarną godzinę, która prędzej czy później nadejdzie. Uśmiechnęła się do siebie. Nie mogła dłużej zwlekać, musiała wyruszyć w drogę. Stała na poboczu od godziny. Ręce piekły ją od wiatru. Straciła już nadzieję, że ktoś się zatrzyma. Nigdzie się nie śpieszyła, może nawet gdzieś w głębi serca nie chciała dotrzeć do celu, przecież miała w kieszeni pieniądze na bilet, ale to było by zbyt proste. Nagle usłyszała pisk opon. Ocknęła się z zamyślenia. Samochód ruszył w jej kierunku. - Proszę wsiadać – młody mężczyzna otworzył drzwi. Kiedy tylko je zamknęła znowu usłyszała charakterystyczny pisk palonej gumy. - Dziękuję – zatopiła się w ciepłym wnętrzu auta. - Bardzo zmarzłaś? – Zapytał nie odrywając oczu od drogi. - Nie bardzo – uśmiechnęła się do siebie. - Nie zdążyłam zapytać czy jedziemy w tą samą stronę. - Zawiozę cię gdzie zechcesz. - To raczej nietypowa propozycja. Nie chciałabym sprawić kłopotu. - Żaden kłopot – uśmiechnął się i po raz pierwszy ich oczy się spotkały. - Jeśli się mnie nie boisz. - A powinnam? – Wpatrywała się w jego profil. Było w nim coś niebezpiecznie pociągającego i niedostępnego. - Nie wiem, powinnaś? – Ich spojrzenia spotkały się po raz kolejny. Odwróciła głowę. - Zdrowy rozsądek nigdy nie był moją mocną stroną. - To źle – westchnął. - Możliwe – zaczęła jeszcze intensywniej wpatrywać się w drogę, która z zawrotną prędkością przesuwała się za szybami samochodu. Przejechali tak kilka miejscowości, a ona jakoś nie wiedziała, o czym powinna z nim rozmawiać, poniekąd delektowała się ciszą zawieszoną pomiędzy nimi. - Jesteś głodna? – Mężczyzna rzucił słowa w przestrzeń, która oddzielała ich od siebie. - Zawsze karmisz autostopowiczów? - Są potem smaczniejsi – popatrzył na nią gniewnie marszcząc brwi jakby chciał żeby się go wystraszyła. Efekt był odwrotny. Wybuchła śmiechem - Baba Jaga? – Nie mogła się opanować przed wygłoszeniem tego komentarza. - Usiłuję cię przestraszyć – uśmiech błyskawicznie przebiegł po jego twarzy. - Nie bardzo ci to wychodzi - skłamała. - Dlaczego nie Hannibal Lecter? – Droczył się z nią. - Nie wyglądasz. - A wyglądam jak Baba Jaga? – Wewnątrz dusił się ze śmiechu. - Też nie. - A jak wyglądam? - Tajemnica – uśmiechnęła się patrząc w jego szare oczy. „Bosko” jakoś samo przychodziło jej do głowy. Przyglądała mu się ukradkiem i z każdą chwilą jego twarz zdawała się jej bardziej idealna. Zarumieniła się i miała nadzieje, że on tego nie zauważył. Myliła się - Ile ty masz lat? - Cóż to za pytanie? - Pierwszy raz widzę rumieniec na kobiecej twarzy. - Po pierwsze: zdawało ci się, po drugie: to mało w życiu widziałeś, albo zbyt dużo, a w ogóle nie mogłeś nic zobaczyć bo w aucie jest ciemno. - Hm, elokwencja – znów z niej kpił - I jeszcze jedno: widzę więcej niż ci się zdaje. Ja jestem głodny, zjedziemy do zajazdu za zakrętem. - Ty tu rządzisz. – Mruknęła pod nosem. Miała nieodpartą chęć pokazać mu język. Zastanawiała się czy byłoby to dziecinne z jej strony. - Możesz to zmienić – rzucił jej wyzwanie głównie po to żeby zobaczyć jej reakcję. Właśnie odkrył, że lubi wyprowadzać ją z równowagi. - Nie kuś – szepnęła. Chciała dać się wciągnąć w tę grę, była ciekawa, co z tego wyniknie. Nie bała się go, choć powinna, miała tego pełną świadomość. Zajazd okazał się małą przytulną chatką góralską. Zatrzymali się na parkingu, mężczyzna wysiadł i otworzył jej drzwi - Mogłabym się przyzwyczaić – mruknęła do siebie. - Powinnaś – szepnął jej do ucha. Poczuła ciepły oddech na twarzy i nogi się pod nią ugięły. Włączał się jej syndrom ucieczki. Zaprowadził ją do środka lekko dotykając jej pleców jakby wyczuł o czym myśli. - Okolica jest niezbyt przyjazna dla samotnej kobiety, no i inni kierowcy mogą nie być tacy mili – szepnął do niej zdejmując jej płaszcz. Pod wpływem dotyku jego dłoni poczuła ciarki przebiegające wzdłuż kręgosłupa. W jej głowie zadziałały wszystkie możliwe systemy wczesnego ostrzegania. - Jeszcze nie wiem czy jesteś miły – odparowała patrząc mu w oczy ignorując zdradziecki rumieniec wypełzający jej na policzki. - Przekonaj się – dotknął jej twarzy i równie szybko schował dłoń w kieszeń spodni. Żołądek podskoczył jej do gardła. Zdradziecki dreszcz podniecenia przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Wzbierała w niej złość na samą siebie. Podsunął jej krzesło i posadził przy stole, odwiesił płaszcze i podał jej kartę. - Dziękuję, czuję się jak księżniczka – śmiała się kiedy już usiadł naprzeciwko niej przy stole. - Powinnaś się tak czuć – odpowiedział. - To raczej zarezerwowane dla księżniczek, ja nią nie jestem. – Odparła przeglądając kartę dań tylko po to żeby nie patrzeć mu w oczy. - To zależy od ciebie – znów rzucił jej wyzwanie. - Zajmujesz się dorywczo psychoterapią? – Uśmiechała się pod nosem. - Nie, ale lubię się droczyć. Co zjesz? - Szybka zmiana tematu – uśmiechnęła się i odważyła spojrzeć na niego. - Nic, dziękuję. - Ja stawiam. – Wpatrywał się w nią intensywnie. - Wystarczy, że dowieziesz mnie na miejsce. – „Bądź twardzielką” myślała jednocześnie poddawała się chwili, wiedziała, że zaraz polegnie i zgodzi się na wszystko byle jak najdłużej korzystać z coraz bardziej intrygującego towarzystwa. - Mam taki kaprys żeby cię nakarmić, jesteś mi to winna za dostarczenie cię do celu. – Droczył się z nią. - Jeszcze nie dotarliśmy – zaśmiała się. - Ok. Zatem będziesz mi winna kolację. – Nie dawał za wygraną. - Może lepiej było pojechać autobusem. – Westchnęła teatralnie. - Ale na pewno nie ciekawiej – w dalszym ciągu nie spuszczał z niej wzroku. - Na pewno. Pierogi ruskie i herbata z cytryną. – Strzeliła zakładając, że jest to danie dość typowe dla takich miejsc, pomimo usilnego studiowania karty nie miała pojęcia co jest w menu. - A jednak dałaś się skusić. – Jego głos brzmiał jakby zacierał ręce. - Skoro się upierasz. – Och jak bardzo chciała pokazać mu język. - A miałem nadzieję na powtórne spotkanie – westchnął dramatycznie wywołując kolejny śmiech współtowarzyszki – Jesteś okrutna, łamiesz mi serce. - Jak każda szanująca się księżniczka. – „Fajnie być mistrzem ciętej riposty” śmiała się w duchu. - Coś w tym jest. Złożyli zamówienie. Zauważyła jak jej towarzysz odprowadza wzrokiem ponętną kelnerkę, która zdawała się jej nie zauważać. Potrafił postępować z kobietami, nie miała co do tego wątpliwości. Nagle odwrócił się i napotkał jej spojrzenie - Czemu tak mi się przyglądasz? – Zapytał. - Tak po prostu. – Wzruszyła ramionami. - Mam wrażenie, że ty niczego nie robisz po prostu. – Przewiercał ją wzrokiem. -To ciekawe co mówisz, potraktuje to jak komplement. – Wytrzymała jego spojrzenie. - Już się nie rumienisz – stwierdził. - Nie mam na to wpływu – uśmiechnęła się. - Ja mam – mrugnął do niej porozumiewawczo. - Jesteś bardzo pewny siebie. – Nagle zapragnęła przytrzeć mu nosa. Uwielbiała „gasić” takich facetów ale wychodziło jej to tylko jeśli byli jej oni obojętni, a ten tu zdecydowanie do nich nie należał. - Jestem i nie jest mi przykro. – Bezczelny uśmiech zagościł na jego twarzy. Siedział naprzeciw niej oparty o krzesło i taksował ją wzrokiem. Cała jego sylwetka włączała kolejne czerwone lampki w jej głowie. „Uwaga!”, „Naprawdę uważaj!”, „Lepiej uciekaj!” etc. - Wierzę. – Jednocześnie pomyślała, „że ten facet jest synonimem kłopotów”. - Co cię gryzie? – Zapytał wprost opierając jednocześnie twarz na splecionych dłoniach. - Mam nadzieję, że nic. – Znów zaczęła się śmiać. - Uwielbiam rozśmieszać kobiety – ironizował. - One też zapewne to lubią – stała się czujna. - Lubią też inne rzeczy. – Czekał na jej reakcję. - Nie wątpię. Chcesz o tym porozmawiać? – Zripostowała. - Celny cios. - Nie wiedziałam, że to pojedynek. Co jest nagrodą? – Działał jej na nerwy, ale także na inne zmysły, które wcale nie chciały poddać się jej woli. - A co byś chciała wygrać? – Kpił. - Mam wrażenie, że to mogłaby być nagroda dla ciebie – patrzyła mu prosto w oczy sycąc się ich widokiem. - Odkrywamy drugą naturę? Mamy pazurki i poczucie godności – drwił z niej w żywe oczy. - Każda z nas ma drugą naturę, ale zapewniam cię, że czasem lepiej jej nie odkrywać. – Postanowiła potraktować to poważnie i zgromiła go wzrokiem. - Brrrrr zabrzmiało groźnie – otrząsnął się i wybuchnął śmiechem. - To dobrze, o taki efekt chodziło – pokazała mu język i poczuła ulgę. - Może lubisz straszyć facetów, ale ja lubię wyzwania – przysunął się do niej, ich kolana zetknęły się pod stołem. - Nie jestem dobrym wyzwaniem – próbowała ukryć zmieszanie, które wywołały w niej jego słowa i dotyk jego ciała. - Pozwól, że ja o tym zdecyduję. – Odsunął się i znów przyjął pozę luzaka. - Nie mam na to wpływu. – Powiedziała właściwie do stolika. Starała się uspokoić oddech, który nieznacznie przyspieszył. - Owszem masz. Zaintrygowałaś mnie. – Nie spuszczał z niej wzroku. Kelnerka przyniosła zamówiony posiłek. Podając go wdzięcznie zaprezentował wszystkie swoje atuty, nawet te „najmniej” oczywiste. Znów pochwycił jej spojrzenie. - Mam wrażenie, że drwisz ze mnie w myślach – pochylił się w jej stronę. - Może po prostu zazdroszczę ci powodzenia u kobiet – uśmiechnęła się blado w odpowiedzi. - Kręcisz moja droga. Zazdrość w tym przypadku oznacza, że ci się podobam. - Skromność nie leży w twojej naturze – kpiła. - Nie twierdzę, że jestem skromny. - I nie masz do tego powodu. – W tym samym momencie na jej twarzy pojawił się wyraz w stylu:„Czy ja powiedziałam to głośno” - Dziękuję. – Uśmiechnął się. - Proszę – uśmiechnęła się w odpowiedzi opuszczając wzrok na talerz pełen jedzenia. To, co działo się w jej głowie opisał już Freud, ale i tak było to niezłe pole do popisu dla psychoanalityka. - Smakuje? – Zapytał. - Niezłe – była mu wdzięczna za chwilową zmianę tematu. - Zastanawiam się, o co mogę jeszcze zapytać – zagadnął. - Zapytać możesz o wszystko, najwyżej nie usłyszysz odpowiedzi. - Co dzieje się w twojej głowie? – Zaryzykował. - Nic ciekawego. – Słowo „chaos” byłoby eufemizmem wolała go jednak nie uświadamiać. - Mam wrażenie, że kłamiesz – patrzył na nią spod przymrużonych powiek. - Chyba zbyt pochopnie wyciągasz daleko idące wnioski – „kłamczucha” mówiła do siebie w duchu. - Przed czymś uciekasz albo coś gonisz – drążył. - To zależy, w którą stronę pojedziemy – „szczerość?, dziewczyno litości” niech żyje wewnętrzny dialog bohatera. Wiedziała, że musi przestać w tej chwili bo może powiedzieć coś co przelatuje jej przez głowę, a nie koniecznie nadaje się dla uszu rozmówcy. - Intrygujące. – Zamruczał. - Ty jesteś intrygujący. Zjawiłeś się niczym rycerz na czarnym koniu i próbujesz uratować księżniczkę? – Zaatakowała. - To pytanie, stwierdzenie czy przytyk? – Nie dał się jej zbić z pantałyku. - Przecież znasz odpowiedź – drwiła. - Ale chciałbym usłyszeć ją od ciebie. – Drążył temat. - Nie ma ratunku, to beznadziejny przypadek – spojrzała mu prosto w oczy jakby chciała wzmocnić słowa które właśnie padły z jej ust. - Musiało boleć. – Stwierdził fakt. - Musiało i boli. – Chciała urwać ten temat, wpatrywała się w rozrywane widelcem ciasto pierogowe i widziała tam swoje serce. Znienawidziła facetów. A może wcale tak nie było, może po prostu zbyt mocno pokochała kogoś kto tego nie chciał. Z odrzuceniem i zdradą można sobie jakoś poradzić ale jak odzyskać utraconą część siebie. Jak odzyskać zaufanie i wiarę w to, że jest się wartym miłości. Westchnęła. Nie ona pierwsza i nie ostatnia, choć nie wiedziała ile czasu potrzebuje jej serce. - Wygadaj się, to czasem pomaga – dotknął jej dłoni. - Nie wiem czy podoba mi się miejsce, do którego zmierzasz – gwałtownie odsunęła się do tyłu głównie po to, żeby dać sobie czas na ochłonięcie z wrażenia jakie wywoływał w niej kontakt fizyczny z tym facetem. - Mam wrażenie, że i tak nie pozwolisz mi tam dotrzeć – zrozumiał jej reakcję i cofnął dłoń. - Jaka byłaby ze mnie księżniczka gdybym poddawała się bez walki. - Jak mawiają Francuzi „touche”. - Zawsze to robisz? – Zapytała. - Co? – Zdziwił się. - Walczysz. - Tylko kiedy mi na czymś zależy. – Mrugnął do niej porozumiewawczo. - Ok, a w tej chwili? – „Bla bla bla” nie chciała mu wierzyć. - Chyba znasz odpowiedź i poprzedzę następne pytanie, nie robię tego zawsze, właściwie to mój pierwszy raz. Prawie zakrztusiła się herbatą. Popatrzyła na niego z niedowierzaniem - Uściślijmy, co masz na myśli. Zakładam, że chodzi o autostop – nie udało się jej ukryć kpiny wyczuwalnej w tonie głosu. - Poniekąd – uśmiechnął się pod nosem – Skąd ten cynizm? – Znów się z nią droczył. - Wrodzony, a może jednak nabyty. – Jej wzrok automatycznie uciekł w kierunku krągłej kelnerki. - Właściwie to jesteś jedyną kobietą, która próbowała mnie zatrzymać. – Rzucił jakby od niechcenia. - Na drodze, oczywiście – tym razem w jej głosie zabrzmiała stalowa nuta. Jego „wyznanie” wyraźnie ostudziło szalejące w niej uczucia. - Oczywiście. – Ironizował. - A może po prostu za szybko jeździsz i nie zauważyłeś? – Podjęła rękawicę. - Przeraża mnie wielopoziomowość tej dyskusji – odchylił się na krześle uśmiechając się szelmowsko. - Po pierwsze nie wyglądasz na wystraszonego, po drugie skąd ten pomysł, że są w tym jakieś podteksty – uśmiechnęła się słodko i zamrugała oczami opierając brodę na splecionych dłoniach. - Nie wiem skąd ten pomysł, ale i przeczucie, że mam rację, a intuicja nigdy mnie nie zawiodła. – Riposta. Patrzyła na niego z mieszanymi uczuciami. - I jak wypadłem? – Przerwał milczenie. - Skąd to pytanie? – Wyrwał ją z zamyślenia. - Wciąż mi się przyglądasz. – Odpowiedział. - Myślę, że nieźle. – Zarumieniła się jak jabłko jesienią. - Tylko nieźle? Chyba się starzeję. – Wzniósł oczy do sufitu i westchnął. Łaskawie nie skomentował koloru jej policzków. - Doprawdy? – Uśmiechnęła się. - Zawsze wypadam przynajmniej „całkiem nieźle”.- Udawał śmiertelnie poważnego. - I oczekujesz, że uwierzę w to, co słyszę. – Tym razem to ona kpiła z niego. - Jest gorzej? – Udał przerażenie. - Raczej zdecydowanie lepiej. - Skąd, więc surowość w twej ocenie, o pani? – Złapał się za serce. - Nie sądzę po pozorach, a przynajmniej staram się jak mogę. – Wybuchła śmiechem. - Myślę, że nie chcesz mi powiedzieć, co myślisz. – Spoważniał. - Czyżby? – Prowokowała go. - Zatem o czym myślisz? – Zapytał. - Chcesz wiedzieć co myślę czy o czym myślę? – Ewidentnie wymigiwała się od odpowiedzi. - Wszystko, jestem z natury ciekawski. – Wciąż nie dawał za wygraną. - Myślę o nas, to znaczy o tej sytuacji. – Zmieszała się. - Pierwsza odpowiedź się liczy. – Odgarnął jej włosy z twarzy – I muszę przyznać, podoba mi się. - Odpowiedź? – Próbowała odciągnąć jego i swoją uwagę od tego co się z nią dzieje, za każdym razem kiedy jej dotyka. - Ty też. – Wiedział doskonale jak na nią działa i jakie wrażenie wywarły jego słowa. - Przesadziłeś – zaśmiała się – Brakuje jeszcze tekstu o oczach i dobrym charakterze. – Próbowała zbagatelizować jego słowa. - Ja nigdy nie przesadzam. – Mówił prawie szeptem nachylając się nad stolikiem. - Mów dalej, chętnie posłucham – oparła głowę na dłoniach i wbiła w niego wzrok. - Prowokujesz mnie? – W wyrazie jego twarzy można było dostrzec zarys drapieżnika. - Może troszkę. – Wiedziała, że nie ma odwrotu, niewyobrażalnie chciała zostać upolowana, ale nie chciała poddać się bez walki. - Uważaj - przysunął się do jej twarzy tak, że czuła jego oddech na ustach. - To ty uważaj, może to ja jestem myśliwym – odsunęła się gwałtownie. - Niemożliwe. – Jego spojrzenie stało się lodowate. - Doprawdy? Tylko ty możesz być niebezpieczny w tej grze? – Znalazła jego słaby punkt. - Dla ciebie, tak. – Szybko odzyskał rezon. - Pozwól, że sama o tym zdecyduję. – Przedrzeźniała go. - Ostrzegłem cię. - Ostrzegłeś, a teraz jedzmy i w drogę. – Nie wiedziała jak kontynuować tą rozmowę. Skończyli jeść w milczeniu od czasu do czasu przyglądając się sobie intensywnie. Zapłacił rachunek, podał jej płaszcz i wyprowadził przed restaurację. Nie otworzył jednak drzwi od auta. Stanął naprzeciw niej i patrzył jej w oczy. Nie mógł uwierzyć, że spontaniczny pomysł uratowania autostopowiczki przed, w najlepszym przypadku, zamarznięciem na poboczu drogi doprowadził go aż tutaj. Co takiego wydarzyło się w przeciągu tych kilku chwil, że kobieta, która stoi naprzeciw niego posiada nad nim całkowitą władzę. Nie rozumiał jak to się stało, ale postanowił podjąć wyzwanie. - Czego tam szukasz? – Zapytała, speszona intensywnością kontaktu wzrokowego. - Jeszcze nie wiem, ale jak znajdę pierwsza się o tym dowiesz – uśmiechnął się szelmowsko. - Będziemy tu tak stać? – Chciała za wszelką cenę rozładować rosnące napięcie. - A jednak. - A jednak? Ta rozmowa zdecydowanie wkracza na wyższy poziom abstrakcji – była coraz bardziej zdenerwowana. - Myślę, że nie jesteś taka, za jaką chciałabyś uchodzić. - Sama nie wiem, jaka chciałabym być – uciekła wzrokiem gdzieś ponad jego ramieniem na drogę wijącą się serpentynami, po której mknęły setki świateł. - Mnie się podoba to, co widzę – znów przelotnie dotknął jej twarzy jakby odgarniając z niej nieistniejące kosmyki włosów. - Jesteś trzeźwy? - Zapytała z przekąsem. - Nie zmieniaj tematu – uśmiechnął się otwierając drzwi auta i wpuszczając ją do środka. Ruszyli w milczeniu. - Dziękuję za kolację. – Postanowiła się odezwać czując, że napięcie przekroczyło już dozwolone normy. - Proszę. Gdzie mam cię wysadzić jak już dojedziemy? – Wydawał się być obojętnie uprzejmy. - Szczerze? Nie wiem. Gdziekolwiek będzie ci po drodze. – Resztką sił podtrzymywała tą sztuczną wymianę zdań. - Wciąż żałuję, że nie wiem o czym myślisz. – Zagadnął. - Staram się nie myśleć, wiesz - urwała. Nie wiedziała jak on to robi, że tak szybko zmienia nastrój i tematy. Może powinna uciekać. Na pewno powinna ale nie chciała. Już nie. - Dokończ proszę – nalegał. - Myślę, że nie jestem jeszcze gotowa na koniec podróży. Dobrze mi tu i teraz i nie wiem, po co ja ci to mówię. Przecież nawet cię nie znam. - Czy to ważne? – Wzruszył ramionami ale doskonale rozumiał co ona teraz czuje. - Nie wiem, ważne? – Rzuciła w przestrzeń. - Dla mnie ważniejsze, kim chcesz żebym był? – Jego samego zaskoczyło to pytanie. Czuł się jakby się oświadczał, albo obiecywał coś bardzo ważnego, ale ona była przecież zupełnie obcą mu osobą. Szaleństwo lub sen, tylko takie wyjaśnienie przychodziło mu do głowy. - Księciem z bajki - uśmiechnęła się smutno do swoich splątanych myśli. - Nie wiem czy podołam – Nie było mu do śmiechu choć w normalnych okolicznościach wykpił by niewiastę. - Chciałabym żebyś spróbował, żeby ktoś spróbował. – Poprawiła się szybko i wbiła wzrok w swoje zaciśnięte dłonie, z cała mocą odczuwając absurd wypowiedzianych słów. - Może też się boje – szepnął tak cicho, że można było to uznać za przesłyszenie. Dotknęła jego twarzy. Nie miało teraz znaczenia, że go nie zna, że nie wie, kim jest, skąd i po co przyszedł i tak zniknie przed świtem. Nie wiedziała skąd znalazła w sobie odwagę uczynić ten gest. Zaczął padać śnieg. Kierowca zatrzymał samochód na poboczu wysiadł i wyciągnął ją na zewnątrz. Stali tak objęci na środku pustki w całkowitych ciemnościach rozświetlanych przez przejeżdżające obok auta. Otaczał ich biały puch, płatki topniały na jego płaszczu, na ustach, dłoniach i na rzęsach, od których nie mogła oderwać wzroku. - Kim ty jesteś? Wolałabym żebyś był bardziej realny. – Wdychała zapach zimy wplecionej w poły jego płaszcza. Chciała wierzyć, że to anioł ale kobieca intuicja podpowiadała jej wprost przeciwne rozwiązanie zagadki. - Zapewniam cię, że jestem prawdziwy. – Głaskał jej twarz, jakby chciał ją zapamiętać na zawsze – Znikniesz, wiem, że tak będzie – szeptał jej prosto w usta składając na nich zimowy pocałunek. Niewiadomo ile czasu upłynęło, jak długo stali na drodze patrząc sobie w oczy. Obydwoje czuli się jak plastikowe figurki zamknięte w szklanej kuli ze sztucznym śniegiem. Zupełnie odizolowani i nierealni. - Nie wierzę, że spotkało mnie coś takiego. – Wciąż ją tulił jednocześnie przekonując siebie w duchu, że to, co robi ma jakieś logiczne uzasadnienie, może nawet sens. - Może to tylko sen. – Uśmiechnęła się smutno odpowiadając na nieme pytanie wypisane na jego twarzy. - Zatem nie mogę się poruszyć żeby się nie obudzić. – Dodawał jej otuchy. - Wiesz, że jesteśmy na to za mądrzy? To po prostu nie realne - poczuła ciepłą łzę na swoim policzku. Odwróciła się gwałtownie żeby ją ukryć. - Nie zatrzymam cię, jeśli mi na to nie pozwolisz - mówił uparcie wpatrując się w jej plecy - Zostań, proszę – Zaklinał ją. Pocałował czubek jej głowy – Zostań ze mną, nie wiem na jak długo, nie wiem, jak, ale zostań – tracił resztki zdrowego rozsądku. Chciał ją zatrzymać za wszelką cenę. Choć kierowała nim bardziej ciekawość niż uczucie. - Myślisz, że to dobry pomysł? – Zadawała sobie uparcie to pytanie zupełnie nie chcąc poznać odpowiedzi. - Nie wiem i mam to w nosie – odsunął się od niej na wyciągnięcie ręki żeby móc patrzeć jej w twarz. - I co dalej? – Czuła się zagubiona jak dziecko we mgle. - Zabieram cię stąd. – Odpowiedział. - Dokąd? - Wsiadaj, zobaczymy gdzie nas poniesie – otworzył drzwi od auta i czekał aż wsiądzie. - Nawet cię nie znam. – Szepnęła pod nosem choć nie brzmiało to przekonująco nawet dla niej samej. - A co chcesz wiedzieć? – Starał się rozluźnić atmosferę. - Nie wiem czy w ogóle chcę coś wiedzieć. – Uśmiechnęła się do niego. Zjechał z drogi w najbliższej miejscowości i zaparkował na polnej drodze. - Bardzo chcę zabić wszystkie smoki, które siedzą w twojej głowie. – Mówił wciąż patrząc przed siebie, jakby nieobecny. - Nie wiem, co mam ci powiedzieć – czuła się zmieszana całą zaistniałą sytuacją i jej nieprawdopodobieństwem, ale jednak tu była – Jesteś pewny swego. - Jestem. Nic nie mów. Zastanów się nad tym - uparcie wpatrywał się w horyzont, na którym widać było światła miasta – Po prostu. - Nie daje mi to spokoju, „dlaczego”? - Nie ma jakiegoś szczególnego powodu - czuł się coraz bardziej skonfundowany. - Nie sądzisz, że to dziwne, znamy się od kilku godzin. Jeśli nie jesteś szaleńcem – urwała bo tak naprawdę skąd miała w sobie tą pewność, że nie trafiła na psychopatę, a jeśli nie to na kogo, księcia z bajki, poszukiwacza przygód. Wątpliwości rosły w niej z prędkością łodygi magicznej fasoli i ściskały jej serce. - Rozumiem twój strach, sam się boję. Przeraża mnie moje szaleństwo, ale spróbujmy. Co masz do stracenia? – Już sam nie wiedział kogo przekonuje siebie czy ją. - A ty? – Odbiła piłeczkę. - Ja mogę tylko zyskać – uśmiechnął się i starł z jej policzka łzę. - Jesteś pewien? – Uśmiechnęła się smutno. I dotknęła opuszkami palców jego dłoni na swoim policzku. Palce miała lodowate, a jej dłonie trzęsły się ze zdenerwowania. - Niczego nie jestem pewien. To nie ma znaczenia, co nam się wydaje, dajmy sobie czas. Odwiozę cię tam gdzie chcesz i spotkamy się jutro. - Sam w to nie wierzysz. – Pokręciła głową. - To ty potrzebujesz uwierzyć. No to gdzie jest ten zamek? – Uśmiechnął się. - Przed nami – wskazała światła miasta i postanowiła pójść za ciosem. Wrócili na główna drogę. Nie rozmawiali. Nie było chyba niczego co można by powiedzieć, żeby dodatkowo nie zagmatwać całej sytuacji. Wyczuwał, że z każdą minutą współtowarzyszka coraz bardziej zamyka się w sobie. - Nie myśl o tym w zwykłych kategoriach – postanowił naruszyć jej pozorny spokój. - To nie takie proste. – Nie umiała pozbierać myśli i była mu wdzięczna za poruszenie jakiegokolwiek tematu nawet takiego, na który nie chciała rozmawiać. - Wiem, ale to nic nie da, nie w tej chwili. – Uspakajał ją. - Skąd wiesz? – Chciała krzyczeć. - Jestem mądrzejszy o parę lat doświadczeń. – Postanowił udowodnić jej, że jest racjonalistą. - Przyjmuję to jako dobrą monetę, choć wygląda fałszywie. – Rzuciła mu wyzwanie. - Nie poddasz się bez walki? – Uśmiechnął się widząc, że wraca do rzeczywistości. - Przecież to ci się podoba – wreszcie spojrzała na niego. W jej oczach malował się strach i niedowierzanie, ale też coś na kształt wyzwania. - Nie chce cię skrzywdzić. – Odpowiedział na pytanie, które nie padło. - Nie zrobisz tego specjalnie. Wiem. - Umówmy się, że dostaniesz mnie na tak długo jak zechcesz, a w zamian pozwolisz mi być rycerzem i dasz się uratować. – Śmiał się. - A gdzie w tym twoja nagroda? Wiesz pół królestwa i takie tam – podjęła grę. - Wolałbym rękę księżniczki – zrzędził. - A jednak jesteś kanibalem – podsumowała - Wiedziałam, że to zbyt piękne. – I sama wybuchnęła śmiechem. - O nagrodzie porozmawiamy później. To co, chcesz mnie? Z całym dobrodziejstwem inwentarza? No i nie mam zbroi. – Wyliczał. - Cóż mogę odpowiedzieć na tak postawione argumenty – Zastanawiała się głośno. - Na jak długo chcę? – Upewniał się. - Na jak długo wytrzymasz – lekko wyczuwalna nutka smutku pojawiła się w tonie jego głosu. - Chcę ciebie - nie było jej łatwo wyrzucić to z siebie. Znów efektowne hamowanie, tym razem na parkingu. Odwrócił się do niej i pocałował ją. Nie był to przelotny pocałunek. Zmiażdżył jej wargi i wsunął język w jej usta. Facet, który tak całuje kobietę zdecydowanie chce ją mieć. Oddała mu pocałunek nie pozostając dłużna. Jej palce przyciągały jego głowę z całą siłą jaką mogła w sobie znaleźć. - Jesteś tego pewna - szepnął jej w usta. - Niczego już nie jestem pewna – odpowiedziała. - I co ja mam z tobą zrobić? – Zapytał nie wypuszczając jej z objęć. - A co byś chciał? – Głaskała jego włosy i delikatnie całowała każdy skrawek jego twarzy. - Igrasz z ogniem. – Miał ochotę kochać się z nią. - Nie boję się. – Pocałowała go znów. - Powinnaś. – Oderwał się od niej. - Dojechaliśmy. – Zmieniła temat jednocześnie próbując wydostać się z jego objęć . - Tak łatwo się mnie teraz nie pozbędziesz. – Trzymał ją nie pozwalając jej „uciec”. - To co dalej? – Zapytała. - Jutro się widzimy. Wyślij mi smsa gdzie jesteś około 20. Tu masz moją wizytówkę. Będę czekał. - To się okaże. – Wyplątała się z jego ramion. - Więcej wiary w swojego rycerza. – Uśmiechnął się do niej czule. - Sir Don Kichot – pocałowała go w czubek nosa i zamknęła za sobą drzwi auta. Ruszyła w stronę klatki schodowej obracając w dłoni otrzymaną wizytówkę. Nie miała odwagi jej przeczytać. Ukryła ją głęboko w kieszeni płaszcza. Weszła do mieszkania. Nie zapaliła światła. Zrzuciła z siebie ciuchy. W sypialni usiadła na łóżku i rozpłakała się. Musiała dać upust napięciu, które jej towarzyszyło, złości na siebie, że jest taka naiwna, strachowi przed ponownym zranieniem. Dobry, oczyszczający płacz.

Wstąpiła w niego nowa energia. Przyłapał się na tym, że uśmiecha się do swojego odbicia w szybie. Wciąż zastanawiał się, dlaczego zatrzymał się przy niej. Karma, przypadek, cokolwiek, teraz to nie istotne. Nacisnął bezwiednie pedał hamulca i nie mógł już zatrzymać biegu zdarzeń. Wydawała mu się tam taka krucha, zagubiona i silna jednocześnie. Wyczuł, że onieśmiela ją, ale i schlebia jej swoim zainteresowaniem. Był ciekaw historii, która się kryła za łzami w jej oczach. Nie była podobna do jego kobiet, była czymś zupełnie innym i intrygowała go. Miał naturę romantyka, którą niejednokrotnie przeklinał i to ona ściągała na niego kłopoty. Ta natura teraz każe mu uratować księżniczkę. Przekonanie o tym, że to zaboli nie odstępowało go ani na krok.

Chyba wrócił do domu wcześniej niż zwykle, bo brat zdziwił się na jego widok. - Czy coś się stało? – krzyknął za nim z kuchni. - Jeszcze nie wiem – odpowiedział zrzucając z siebie płaszcz. - Kobieta? – brat drwił z niego. - Księżniczka. – Odparował. - Takie są najgorsze braciszku. - Też mi to powiedziała – uśmiechnął się do swoich myśli i poklepał brata po ramieniu. - Już ją lubię. – Śmiał się z niego. - Ja też ją lubię więc fora ze dwora – pogroził bratu. - No czas najwyższy. - Wiem Dawid. – Odpowiedział. - Doprawdy?? – Brat postanowił go jeszcze podręczyć. - Daj spokój braciszku. – Ostrzegł ciskając pioruny wzrokiem. - W razie czego możesz się wypłakać na mym ramieniu – Dawid nie przestawał kpić z niego. - Trzymam cię z słowo – westchnął. Brat „trzasnął” go gazetą w ramię. - Nie bądź baba panie „wszystkie są moje”. - Odezwał się ten co to ma poukładane życie uczuciowe. – Odgryzł się bratu i nalał sobie herbaty. - Moje życie niech cię nie boli – Dawid spuścił z tonu. - To niby dlaczego moje tak boli ciebie. - Mam odpuścić. Zrozumiałem. – Brat wycofał się do salonu.

Wypił prawie wrząca herbatę i poszedł pod prysznic. Długo stał pod strumieniem gorącej wody i zastanawiał się, co dalej. Zaczął bać się swoich uczuć. Czy można tak szybko się zakochać? Zawsze tego pragnął, ale pomimo całego swojego przeklętego romantyzmu był realistą. - Skąd tak silna reakcja – mruczał pod nosem – Może jednak prysznic powinien być zimny – gwałtownie zakręcił wodę i ukrył twarz w dłoniach. Postanowił nie zastanawiać się, o co do diabła w tym chodzi. Zaryzykuje. Nie ma nic do stracenia poza zdrowymi zmysłami. Owinął biodra ręcznikiem i przetarł dłonią zaparowane lustro żeby spojrzeć sobie w twarz i upewnić się co do podjętej decyzji.

Śnieg padał coraz mocniej. Ciężkie chmury wisiały nad miastem. Zrobiło się ciemno. W oknach zaczęły zapalać się światła. Ludzie wrócili z pracy. Świat pogrążał się w spokoju i bieli. Wypchała kieszenie płaszcza niezbędnymi rzeczami i owinęła szalik dodatkowy raz wokół szyi. Zbiegła po schodach prosto w objęcia puchu wysypującego się uparcie na ulice. Szła wolno w stronę starej części miasta. Śnieg skrzypiał pod stopami i wsypywał się do kieszeni, topniał na rzęsach. Cudowny biały spokój. Dotarła w okolice znajomej kawiarni. Zatrzymała się przed drzwiami niepewna czy chce wejść. Ktoś przeprosił ją i otworzył drzwi. Z środka czuć było zapach kawy i czegoś bliżej nieokreślonego. Nigdy nie potrafiła tego nazwać. Zapach intymności i ciepła. Łzy stanęły jej w gardle. Za wcześnie, jeszcze za wcześnie. Nagle za jej plecami pojawiła się grupka osób, która jakby nie zauważając jej osoby, zagarnęła ją z chodnika i wepchnęła do środka. Usiadła przy stoliku. Otoczyło ją ciepło tego miejsca poczuła się bezpiecznie i znów ogarnął ją smutek, uderzał w nią jednak z mniejszą siłą. - Czego się pani napije? – Usłyszała gdzieś obok. - Cokolwiek – uśmiechnęła się smutno. Kelner spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem - Zdam się na pana, ok? – Popatrzyła na niego niemal błagalnie, prosząc o czas żeby móc się pozbierać. - Wierzę w pański gust, a jeśli pan woli to poproszę herbatę z cytryną i dziękuję – znów się uśmiechnęła. Kelner odszedł a ona spojrzała przez okno. Rozpadało się na dobre. Jakby ktoś chciał przykryć świat kołdrą i ukołysać do snu. Białe płatki jak pocałunki, delikatne, mokre, ciepłe. Głos kelnera wyrwał ją z zamyślenia - Ciepła czekolada z cynamonem i bitą śmietaną dla pani, herbata była by zbyt trywialna – uśmiechnął się. - Bardzo dziękuję – odpowiedziała i oddała uśmiech. „Może jednak tu jest mój dom” ta myśl prześladowała każdy zakamarek jej umysłu. Piła swoją czekoladę i uśmiechała się. Zatopiła się w atmosferze kawiarni, otuliła się ciepłem i postanowiła stąd nie wychodzić jak długo się da, choć świadomość, że trzeba zmierzyć się ze światem nie dawała jej spokoju. - Mogę w czymś jeszcze pomóc? – Usłyszała znajomy głos. - To trudne pytanie i nie wiem czy chce pan poznać odpowiedź – popatrzyła na mężczyznę stojącego przy stoliku i czekającego na zamówienie. - Miałem na myśli coś z karty – wciąż się uśmiechał. Miał ładny uśmiech i wielkie zielone oczy. - A ja chyba nie, dziękuję, powinnam wyruszyć w dalszą drogę. - Daleko? - Może nawet na koniec świata. - Życzę powodzenia. - Dziękuję, na pewno się przyda. Ile płacę? - To prezent, mam nadzieję, że pani smakowało i poprawiło humor. - Nie mogę pana narażać na koszty, zapłacę. - Proszę po prostu przyjąć prezent. - Dobrze, jeszcze raz dziękuję i dowidzenia. - Mam nadzieję. Proszę na siebie uważać. – Znów podarował jej uśmiech. - Postaram się. – Odpowiedziała. Ostatnie wydarzenia były jak magia, zawsze, kiedy jest potrzebna po prostu się objawia. Czasem w dobrych ludziach, czasem w ciepłym słowie i gorącej czekoladzie. Wyszła z kawiarni. W kieszeni płaszcza wciąż tkwiła nieprzeczytana wizytówka. Pogładziła ją palcami i wyjęła. Był na niej tylko numer telefonu. - Więc nieznajomy pozostaje nieznajomym – szepnęła. Wykręciła numer. Serce zatrzymało się w niej na moment. Sama nie wiedziała czy chce żeby odebrał. - Słucham i mam nadzieję, że to ty. – Usłyszała znajomy głos. - Ja. – Uśmiechnęła się mimowolnie. - Gdzie jesteś? – Zapytał. - Gdzieś na starym mieście. – Rozejrzała się dookoła żeby zlokalizować nazwę ulicy. - Wejdź do pierwszej kawiarni, jaką zobaczysz w zasięgu wzroku. - Właśnie stamtąd wyszłam – uśmiechnęła się. - To do drugiej. – Już nie mógł się doczekać spotkania. - Ok, jestem pod drzwiami. - Już jadę – zaczął zbierać rzeczy z biurka. - I nie zapytasz, co to za miejsce? – Kpiła z niego. - Tak będzie zabawniej. – Odparował. - Jak chcesz. – Wzruszyła ramionami choć nie mógł tego zobaczyć. - Żartuję – przestraszył się, że odłoży słuchawkę - Więc co to za miejsce? - Château. - Wiem gdzie, dobry wybór księżniczko – uśmiechnął się do słuchawki. - Nie uwierzysz jak powiem, że to przypadek? – „Kolejny absurdalny przypadek” wyświetliło się jej w głowie. - Nie. Odkąd cię poznałem zaczynam wierzyć w przeznaczenie. – Żartował - Zaczekaj na mnie. - Zaczekam – uspokoiła go. Weszła do środka. Znalazła mały stolik pod oknem. Zszedł do auta. Czekał przez cały dzień na ten telefon. Nie wierzył, że zadzwoni. Chyba wciąż myślał, że to sen. Coś zupełnie nierealnego. Dojechał do miasta w 15 min. Wolał nie wiedzieć, jaki mandat zapłaci, jeśli dał się sfotografować przez jakiś zbłąkany radar. Zaparkował i nie mógł się ruszyć. Dawno nie czuł się tak jak dziś i bardzo brakowało mu tego. Motyle w żołądku, drżenie rąk, ogólny niepokój. W końcu idzie na wojnę ze smokiem, ze swoim demonem, a może uda się jeszcze przy tym uratować księżniczkę. Ruszył w kierunku kawiarni. - Witam – pocałował ją w policzek. - Znów spotykamy się w korzystnym świetle – uśmiechnęła się do niego. - To znaczy, że się stęskniłaś? – Drażnił się z nią. - To znaczy to, co powiedziałam, dosłownie. - Nie ułatwisz mi życia – westchnął. - Czego się napijesz? Widziałem zaczajonego kelnera. - Wino, czerwone. - Szlachetnie – usiadł naprzeciw niej i przyglądał się myślom przepływającym po jej twarzy – Za wiele pytań na raz – skwitował. - Przecież nic nie mówię. - Ale widzę jak myślisz. – Zaśmiał się. - To chyba komplement. – Odparowała. - Jak uważasz – on też zaczął się śmiać – Cięty język, moje uznanie. Czekałem na ten wieczór z niecierpliwością, w którą sam nie mogę uwierzyć - śledził jej reakcję na wypowiedziane słowa. - Ja też. – Postanowiła być z nim szczera. - Ale? – Drążył. - Ale nie byłam przekonana to znaczy, chciałam stchórzyć. - Cieszę się, że zadzwoniłaś – pogłaskał jej dłoń spoczywającą jakby od niechcenia na stoliku. Jeśli on nie przestanie tego robić to nie ręczy za siebie. Musiała mu przyznać, że jest zabójczy. I to wcale nie chodziło o wygląd, w każdym razie nie tylko. Wyrozumiały, bezczelny, czyżby zakochany? Nie potrafiła mu zaufać ale nie potrafiła także oprzeć się sile z jaką przyciągał ją do siebie. Była gotowa kochać się z nim tu i teraz, a potem zmierzyć się z konsekwencjami. Tyle, że ostatnia taka decyzja kosztowała ją kilka lat życia. Nie znosiła tej naiwnej idiotki, która w niej mieszkała, ale chciała tego faceta jak niczego innego nawet jeśli był psychopatycznym mordercą, co akurat mogło by się okazać najmniejszym z problemów. - Nie masz lepszych powodów do radości – cofnęła dłoń wbrew swojej naturze. - Więcej wiary. O czym tak myślisz? – Postanowił jej nie odpuścić. - Czy i co chce o tobie wiedzieć. – Rzuciła mu wyzwanie. - I? - I na przykład chciałabym zapytać jak masz na imię, ale z drugiej strony to zabawne, że nie wiem. - Ach te kobiety – westchnął teatralnie. Przyglądała mu się uważnie i wciąż zastanawiała się co chciałaby o nim wiedzieć, a właściwie czego wolałaby się nie dowiedzieć. Był chyba przystojny. Jeśli miałaby nie oszukiwać samej siebie, to był zdecydowanie przystojny. Włosy zdawały się nie poddawać żadnym regułom, grzywka wciąż wpadała mu do oczu. A te oczy były błyszczące, ciepłe i przenikliwe, zdawały się przeszywać człowieka na wylot jednocześnie ukrywając sekrety właściciela. Szare jak górskie jeziora we mgle. Można było w nich utonąć bez żalu i szans na ratunek. Nie mogła oderwać od niego wzroku, za każdym razem kiedy przyglądała mu się dokładniej. - Jak wypadły oględziny? – Nie wytrzymał. - Całkiem nieźle. - O jest poprawa, zyskuję punkty – mrugnął porozumiewawczo - Przeproszę cię na moment, idę poszukać kelnera. - Daj mu szansę nas znaleźć. – Nie chciała żeby odchodził. - Mam zostać? – Zdziwił się. - Źle ci z tym? - Nie, ale mam ochotę zabrać cię stąd. - Dokąd? - Szczerze? – Postanowił zagrać va banque. - Szczerze – Odpowiedziała. - Nie wiem, nie wymyśliłem tego jeszcze – skłamał w ostatniej sekundzie. - Jesteś szalony i odnoszę wrażenie, że nie powiedziałeś prawdy. - Powiedziałem, choć niecałą. - Ok. Jak masz na imię książę? – Kpiła. - A więc jednak chcesz coś o mnie wiedzieć – uśmiechnął się. - Trochę boję się tego, co mogę usłyszeć. – Dokuczała mu. - Nie mam jakiegoś straszliwego imienia. – Odparował. - Przecież wiesz, że nie o to chodzi. – Spoważniała. - Jan. - Miło mi. - A ty? - Jak chcesz? – Próbowała wymigać się od odpowiedzi. - Boisz się mnie? - Nie ciebie się boję. – Odpowiedziała. - Pytaj proszę. – Rozsiadł się na krześle. - Po co skoro i tak nie potrafię ci uwierzyć. – Kręciła głową. - Co cię dręczy? – Nachylił się nad stolikiem aby być bliżej jej twarzy. - Dlaczego tak późno mnie znalazłeś? – Pogłaskała go po policzku. - Nie wiem. – Zatrzymał jej dłoń swoją na swoim policzku i przytulił się do niej. - Może nawet za późno. – Spuściła wzrok. - Co cię tak przeraża, że może się udać? – Złapał ją za brodę i zmusił żeby na niego spojrzała. - Obiecuję, że zrobię wszystko żebyś była szczęśliwa, ale musisz mi troszkę pomóc. - Ciekawe, kiedy stracisz cierpliwość? – Odwróciła twarz do okna. - Już tracę. – Wstał od stolika, przerzucił ją przez ramię, wziął jej płaszcz i nie zważając na dziwne spojrzenia ludzi wyszedł z restauracji i zaczął iść w stronę parkingu. - Dokąd mnie niesiesz, tak nie traktuje się damy! – Uderzyła go w plecy. - To zachowuj się jak dama – podrzucił ją sobie na ramieniu i niestrudzenie szedł dalej. - Barbarzyńca. Postaw mnie albo nie ręczę za siebie! – Ta sytuacja bardziej ją śmieszyła niż złościła ale postanowiła nie dać tego po sobie poznać. - Będziesz grzeczna? – Zatrzymał się. - To zależy. – Miała ochotę go udusić. - No to niestety zostanie tak jak jest. – Droczył się z nią. - Dobrze, będę grzeczna. – Pozornie poddała się. - Słowo? – Nie dowierzał jej. - Słowo. – Wycedziła przez zęby. Odstawił ją na ziemię tuż przy znajomym aucie i otworzył drzwi. - Zapraszam. - Dokąd jedziemy? – Zapytała ubierając płaszcz. - Miałaś, zdaje się, być grzeczna. - Przecież grzecznie pytam – zrobiła niewinną minkę. - Ja grzecznie proszę żebyś zechciała wsiąść do auta. - Mam wrażenie, że to nie jest dobry pomysł. - Wsiadaj albo będę musiał znów stracić cierpliwość i cię tam wrzucę – roześmiał się. - No dobrze, ale takie zachowanie nie przystoi rycerzom – pokazała mu język, kiedy zamykał za nią drzwi. - Znam jedno spokojne miejsce gdzie będziemy mogli porozmawiać. – Odpowiedział na zawarte w jej oczach pytanie i zapiął pasy. - Myślisz, że powinno być spokojne? – Gdzie u licha jest jej zdrowy rozsadek, stanowczo zapomniała go ze sobą zabrać. - Myślę, że tak będzie lepiej. Przynajmniej nie będziemy robić widowiska. - Skoro tak twierdzisz. – Wzruszyła ramionami. - Wiem to po prostu. – Uciął. – Zresztą nie byłem z tobą szczery. - No co ty – ironizowała. - Dokładnie wiem gdzie chciałbym być teraz z tobą. – Nacisnął gaz do dechy, silnik zawył zagłuszając jej ewentualną ripostę. Jechali w ciszy, z jakąś nieokreśloną prędkością. Jej palce coraz mocniej zaciskały się na kolanach. Ukradkiem obserwowała jego dłonie na kierownicy. Już wcześniej zauważyła, że jest pewnym kierowcą. Choć co to miało za znaczenie w obliczu tego, że był również zabójczym facetem, który chyba usiłuje ją poderwać. No, może nie chyba. A może właśnie przechodzi na kolejny etap i próbuje zaciągnąć ją do łóżka. Najgorsze było to, że nie miała nic przeciwko temu. - Dojeżdżamy – fizycznie bolał go jej strach, widział palce jej dłoni, do których od dłuższego czasu nie dopływała krew. Chciał ją przytulić, ale wiedział, że to dopiero początek bitwy. - Czy tu mieszkasz? – Zapytała kiedy zatrzymali się przed parterowym domkiem. - Nie, ale dziś dom należy do nas. – Nie był pewien czy to ją uspokoi. - Która to randka? – Zdobyła się na żart. - Nie wiem, a byliśmy na jakiejś? – Riposta. - Czy nie sądzisz, że to trochę za wcześnie na odwiedziny w domu? - O czym ty myślisz? To bardzo niegrzecznie z twojej strony. – Zaczął się śmiać i pogroził jej palcem. Wysiedli z samochodu. - Są chyba jakieś zasady? – Kontynuowała. - Ty mi powiedz. – Oparł się o auto i skrzyżował ręce na piersi bezczelnie taksując ją wzrokiem. - Nie wiem nie chadzam na randki, ale wiem, że ta sytuacja może nas przerosnąć. - Chętnie dowiem się, co ci chodzi po głowie, ale nie tu. Jest zimno i nieprzyjemnie. Idziesz? - A jak powiem „nie”? – Czemu ona to mówi skoro tak nie myśli. - A powiesz? - Może powinnam. – Westchnęła. - Ale? – Zachęcał ją do dalszej przemowy. - Skąd wiesz, że jest jakieś, ale – ten facet ją wkurza. - Czuję. No chodź. Będę grzeczny. – Uśmiechnął się i wyciągnął do niej rękę. - To, po co mam gdzieś iść? – Odgryzła się. - Oszaleje z tobą – podszedł do niej i wziął ją za rękę. - I jak będzie? - Idę, nie będę tu sama tak marznąć. – Zrzędziła. - Dobra decyzja. – Pocałował jej palce. Zamknął samochód i ruszyli w stronę domu. Otworzył drzwi. Poczuli przyjemny zapach drewna. W domu było przytulnie ciepło, w kominku buzował ogień, a na stoliku stały dwa kieliszki. - Wytłumacz to – wskazała nakrycie. - To prawda, liczyłem, że dasz się porwać. – Wcisnął ręce w kieszenie spodni i taksował czubki swoich butów czekając na egzekucję. - Czy teraz powinnam poczuć się urażona i wyjść? – To pytanie zadała tak na prawdę sama sobie. - Możesz, ale nie sądzisz, że to zbyt teatralne? – Westchnął. - Czy to źle o mnie świadczy? - Co takiego? - Że się zgodziłam tu przyjechać. - Nie wiem. Zresztą nie bardzo dałem ci wybór pamiętasz? Wiem natomiast, że wziąłem przez ciebie ostatnio kilka zimnych kąpieli. - Powinnam się jakoś zrewanżować za komplement? Bo to był komplement? – Ironizowała. - Było by miło. – Zaśmiał się - Usiądź pogadamy. – Starał się ostudzić atmosferę. Zdjęła płaszcz i usiadła na dywanie przy kominku. Zabrał kurtki i zniknął na chwilę, by pojawić się z butelką wina w ręce. - Czerwone. Napijesz się? - To chyba dobry pomysł, nie wiem czy strawię to na trzeźwo. – Podała mu kieliszki. - Tak bardzo odrzuca cię możliwość przebywania ze mną sam na sam? – Nalał jej wina. - Sam nie wierzysz w to, co mówisz. - To, o co chodzi? – Drążył siadając tuż przy niej. - Chcę to wyłączyć i nie potrafię. Słyszę to w głowie w każdej sekundzie tego spotkania. Ja już nie chcę więcej tego czuć, po prostu nie chcę – łzy same zaczęły spływać po jej policzkach. - Nie płacz, proszę – tego się nie spodziewał. Przytulił ją i zaczął kołysać w ramionach jak zagubione dziecko - Nie wiem, co mam robić wiem tylko co chcę robić. Pierwszy raz spotyka mnie coś takiego. Nie myślę o niczym tylko o tej chwili, która teraz jest. Bardzo cię pragnę i nic więcej się nie liczy. Straciłem kontrolę nad swoimi uczuciami, nad tym, czego chcę. To dziwne, ale na swój sposób cudowne. Głaskał ją po głowie i tulił do siebie aż przestała płakać. - Czy wszystkie kobiety płaczą na randkach z tobą? – Śmiała się z siebie. - Jeśli cię to pocieszy, jesteś pierwsza. - I dalej się nie boisz? Wytarł jej twarz i pocałował w czubek nosa. - Jestem twoim księciem, pamiętasz? Będzie dobrze obiecuje ci to, a teraz opowiedz mi coś o sobie. - Nie ma, co opowiadać. Jestem szalenie nudna. - Nie wierzę. A poza tym jesteś mi winna imię. – Naciskał. - Nie jest jakieś szczególnie urocze. - Masz na imię Brunhilda? – Roześmiał się. - A jeśli? – Droczyła się z nim. - Będę mówił do ciebie „kotku” albo Brunhildko. - Wystarczy Aniu. - Ładnie. - Czym się zajmujesz Aniu? - Aktualnie szukam sobie miejsca na ziemi. – Spuściła wzrok. - Znam kilka, które mogłyby ci przypaść do gustu. – Złapał ją za brodę i zmusił ją do kontaktu wzrokowego. Uśmiechnął się. - Pewnie masz rację. – Kpiła. - A co byś chciała robić? - Teraz? – Zaczepiała go. - Czy ty mnie znów prowokujesz? – Odgarnął jej włosy z czoła. - Troszeczkę. – Uśmiechnęła się. - Pytałem ogólnie, ale chętnie posłucham, co byś chciała robić teraz. – Przysunął się do niej i wyjął lampkę wina z jej dłoni. - A ty? – Wiedziała że igra z ogniem. - Nie zmieniaj tematu. Był już tak blisko, że każdy najmniejszy ruch mógłby zostać uznany za kontakt fizyczny. - Czyli nie chcemy tego samego? – Przełknęła ślinę. - Jestem gentelmanem w każdym calu i nawet nie przyszłoby mi to do głowy. – Drwił z niej w żywe oczy. - Czuje się obrażona – zaczęła się śmiać. - Masz rację kłamstwo nie przystoi gentlemanowi, ale przynajmniej się śmiejesz. - Jesteś sam? - Tak – jakiś cień przemknął mu po twarzy. - Pewnie to chwilowe – patrzyła mu prosto w oczy. - Właśnie nad tym pracuję. - Nurtuje mnie to jednak, więc zapytam: dlaczego ja? - Nie wiem. Czy ta odpowiedź cię satysfakcjonuje? - Masz wyjątkowo trudny charakter – odparowała. - Ty też. - Wytrzymasz ze mną? – Znów rzuciła mu wyzwanie. - A ty? - Będę walczyć. - To chyba komplement – przesunął nosem po jej policzku. - Taka okazja jak ty trafia się niezwykle rzadko, czyż nie? – Ironizowała. - Jestem jedyny w swoim rodzaju – odpowiedział z rozbrajającą szczerością. - Wiem – uśmiechnęła się a w niej panował Armagedon. Ogień, chaos, panika. - Zupełnie jak ty, nieoszlifowany diament. – Sycił się jej reakcją. Czuł wyraźnie, że ona go pragnie. - Nie próbuj mnie szlifować, to się źle skończy. – Jeszcze walczyła. - Lubię surowe piękno – czubkami palców delikatnie dotknął rumieńców na jej twarzy. - Na razie lubisz – zamknęła oczy i liczyła do 100. „Oddychaj” myślała. - Ciągle mnie straszysz, a ja nie boję się czarnego PR-u, raczej coraz mocniej intryguje mnie to, co się za nim kryje. Czyżby fałszywa skromność? - Duże kompleksy i złamane serce – odpowiedziała otwierając oczy. - Przyznaję, że nie byłem na to przygotowany – mrugnął do niej porozumiewawczo. - Ale coś podejrzewałeś – pokazała mu język. Mimo wszystko była mu wdzięczna za próbę rozładowania atmosfery. - Jesteś taka przenikliwa. Brrrr – odsunął się dając jej czas na złapanie oddechu. - Nie powiem, że znam się na ludziach, bo jak wynika z doświadczenia empirycznego to nie prawda. - Proszę cię nie używaj trudnych słów. – Przewrócił oczami. - Ok, to porozmawiajmy o czymś prostym i przyjemnym. – Podjęła. - Wydaje mi się, że z tobą to nie możliwe. – Znów się zaśmiał. - Co pozwala ci wysnuwać tak daleko idące wnioski? – Zapytała. - Ty. - Ach rozumiem. – Udała, że się obraża. - Nic nie rozumiesz. - To też prawda. Pocałował ją, po prostu. - Czy to są argumenty w dyskusji? – Spytała drżącym głosem. - Mam ich więcej – znów zaczął ją całować. - Chyba musimy zwolnić tempo. – Próbowała się odsunąć. - Jeszcze nawet nie wystartowaliśmy. – Nie pozwolił jej się ruszyć. - Tym lepiej. Nie będziesz musiał lądować – odparowała. - Chcę się z tobą kochać – patrzył jej w oczy przygniatając ją sobą do miękkiego dywanu. - Nie chcesz. Zaufaj mi – próbowała uwolnić się z jego objęć. Było to całkowicie wbrew niej samej. - Możemy się umówić, że przestaniesz mówić mi, czego ja chcę. Potrafię komunikować moje potrzeby odkąd skończyłem dwa latka – trzymał ją za nadgarstki i zmusił żeby patrzyła mu prosto w oczy. - Nie chcę się z tobą kochać – wyszeptała. - Kłamiesz. Boisz się to wiem, ale chcesz. - Teraz ty mówisz mi, czego ja chcę. – Odparowała. - Bądź ze mną szczera, tylko o to cię proszę – uwolnił ją od swojego ciężaru. Wstał i wyszedł z pokoju. - Jesteś cholernym narcyzem – krzyknęła za nim. Zatrzymał się i uśmiechnął do siebie. Stanął w drzwiach salonu i przyglądał się jej leżącej na dywanie z zamkniętymi oczami. - Pewnym siebie egocentrykiem, brzmiałoby lepiej. - Megalomanem – pokazała mu język – Ale masz rację. - Przyzwyczaj się. - Niedoczekanie twoje – spojrzała na niego. - Zjesz coś? – Krzyknął z kuchni. - Nie, dziękuję. - Nie dziękuj. Jestem dobrym kucharzem. – Już stał w drzwiach salonu. - Jest coś, w czym nie jesteś dobry? – Otworzyła oczy i popatrzyła na niego. - Niech pomyślę. Nie. – Znów ten bezczelny uśmiech. - Dobrze wiedzieć. Mam do czynienia z ideałem. To obrzydliwe. – Zaśmiała się. - Ale i tak mnie lubisz. – Odparował. Wstała i podeszła do niego - Lubię? Nie wiem czy to właściwe słowo. – Dłonie mocno splotła za plecami próbując powstrzymać je przed dotknięciem go. - A jakie jest właściwe? – Zapytał robiąc krok w jej stronę. - Denerwujesz mnie to na pewno. - Ale przynajmniej nie pozostajesz obojętna – pocałował ją w czubek nosa. Przytrzymała go za pasek od spodni i pocałowała w usta. Nie mogła się od niego oderwać. W końcu on odsunął się od niej. - Kusisz los – powiedział to głosem, który ugiął pod nią kolana. - Wiem. Teraz on zaczął ją całować, zamykając ją pomiędzy ścianą a sobą i blokując możliwość ucieczki. Poczuła smak krwi w ustach. To ją otrzeźwiło. Oderwała się od niego, ale nie mogła się poruszyć. - Nie próbuj uciekać – patrzył jej w oczy z determinacją. - Nie próbuję. - Na razie. Ale wolę uprzedzić fakty. - Co ugotujesz? – Potrzebowała zmiany tematu. - W tym stanie? Nic, co nadawałoby się do zjedzenia. – Wykpił ją. - Więc? - Zabieram cię przed kominek i postaram się żebyś zapomniała o głodzie. – Przytulił się do niej. - Sam tego chciałeś, pamiętaj. – Szepnęła. - Przestań mnie straszyć, mówiłem ci już, że to nie robi na mnie wrażenia. – Powiedział jej prosto do ucha. Wziął ją na ręce i zaniósł do salonu. Posadził ją sobie na kolanach przed kominkiem nie przestając jej całować. - Ostatnia szansa, potem nie będzie odwrotu – odsunął się od niej i patrzył na wszystkie uczucia przebiegające przez jej twarz. - Zawieź mnie do domu – wyszeptała. Opadła z sił. To co powiedziała przed chwilą nie miało żadnego sensu. - Dobrze – podał jej rękę i pomógł wstać z dywanu. Założył jej płaszcz i owinął szyję szalikiem. Otworzył jej drzwi, wsadził do samochodu. Czuł się zupełnie bezsilny i zły na siebie i na nią. Wiedział, że może ją zmusić żeby została, przecież tego chciała był tego pewien i nie będzie to wymagało niczego poza pocałowaniem tej upartej kobiety. - Przepraszam – to były pierwsze słowa, które wypowiedział, kiedy już zatrzymali się pod jej domem. - To ja powinnam cię przeprosić. - Nie uciekaj. Wiem, że bardzo chcesz to zrobić, ale proszę cię. – Wpatrywał się w jakiś punkt na szybie i liczył do 100. - Nie ucieknę. – Obiecała. Policzyła już wszystkie sploty materiału swojego płaszcza. - Spotkamy się jutro? – Starał się żeby jego głos brzmiał spokojnie choć wszystko w nim się gotowało. Wciąż na nią nie patrzył. - Dobrze. Jeśli tego chcesz. - Tak chcę. – Powiedział to ostrzej niż chciał. - Zadzwonię do ciebie na ten numer, który mi się wyświetlił. – 121, 122, 123… - Ugotujesz coś dla mnie? – Nie wiedziała jak rozładować atmosferę. - Ugotuję – ich spojrzenia spotkały się w lusterku wstecznym. Uśmiechnął się. Była taka bezradna i wystraszona a jednak silna w swoim postanowieniu. Nie potrafił się na nią wściekać. - Do zobaczenia. – Odważyła się powiedzieć mu to w twarz. - Do jutra, jadę pod zimny prysznic – dodał z przekąsem i pomachał jej na dowidzenia kiedy zamknęła za sobą drzwi. - Ja też – odpowiedziała, choć nie mógł jej już usłyszeć. Stała tam jeszcze, pomimo, że samochód już dawno zniknął za zakrętem. „Głupia!” i „tchórz” dźwięczało jej w głowie.

Miotała się w swoich myślach, plątała się w uczuciach i czekała na telefon. Nie była jednak zbyt mądra skoro dała się znów wkręcić w tę maszynę. Przeszła z dziesięć kilometrów po trzy metrowym pokoju. Kiedy zaczynała kolejną dziesiątkę zadzwonił telefon. - Cześć, będę na dole za, a właściwie już jestem. Zejdziesz? - Będę za moment. – Odłożyła słuchawkę i w pośpiechu zbierała swoje rzeczy. Siedział w aucie i zaciskał palce na kierownicy. Był zdenerwowany. Przyjaciele wyśmialiby go, czuł się i zachowywał jak nieopierzony nastolatek. Jego cynizm i pragmatyzm nagle zniknęły, może nie zupełnie ale jednak. Tęsknił za nią i czekał każdą komórką swego ciała. Zastanawiał się skąd ona ma taką władzę nad nim i szczerze odpowiadał sobie, że ma to gdzieś. Później zrobi bilans zysków i strat. Już dawno przestał podejrzewać się o romantyzm, a właściwie o umiejętność kochania. Zakochał się w tej dziewczynie, a właściwie kobiecie i to był poważny problem. Odebrało mu rozum i instynkt samozachowawczy. Zastanawiał się czy ona ma świadomość tego, co się z nim dzieje. Ale była jedna korzyść z sytuacji, oszczędność na ogrzewaniu wody. Uśmiechnął się do swoich poczochranych myśli i wtedy zobaczył ją idącą w jego kierunku. Wysiadł i otworzył jej drzwi. - Dziękuję – wsiadła obdarzając go niepewnym uśmiechem. - Proszę – usiadł za kierownicą i ruszyli z piskiem opon. - Dokąd dziś mnie zabierzesz? - Do mnie. – Odparł z rozbrajającą szczerością. – Jeśli masz jakieś wątpliwości to słucham, acha nie wiem, co zastaniemy, dawno tam nie byłem. - To gdzie mieszkasz, jeśli nie u siebie? – Zdziwiła się. - U brata. - Chętnie zobaczę „u ciebie”. – Spojrzała na niego i zobaczyła wyraz ulgi malujący się na jego twarzy. - Ja też. – Uśmiechnął się. Po kilku minutach jazdy wjechali na parking podziemny. Wyciągnął zakupy z bagażnika i ruszyli do windy. Po chwili otworzył przed nią drzwi mieszkania. Pomieszczenie przypominało pokój w nowoczesnym hotelu, a nie dom. Żadnych porozrzucanych przedmiotów, w ogóle żadnych przedmiotów mówiących cokolwiek o właścicielu. - Wiem, robi przygnębiające wrażenie. – Przepuścił ją przodem i zamknął drzwi. - Mogę tu nabałaganić? – Rozglądała się dookoła z mieszanymi uczuciami. - Nie ma czym. – Spodziewał się jakie wrażenie może na niej zrobić jego mieszkanie. - Sterylnie, brr – weszła za nim do kuchni. - Mówiłem ci, że dawno tu nie zaglądałem – odstawił zakupy na stół i odwrócił się do niej. - A w ogóle kiedyś zaglądałeś? – Podtrzymywała luźną rozmowę starając się oszukać budzące się w niej emocje. - Można tak powiedzieć – wzruszył ramionami rozpakowując torby. - Ok, musze uwierzyć ci na słowo. Pomóc ci? - Nie trzeba. Rozgość się. – Uśmiechnął się i dłonią wskazał drogę do salonu. Zdjęła płaszcz i usiadła przy stole w kuchni. - Gotowałeś tu kiedyś? - Nigdy. – Oparł się o blat i skrzyżował ręce na piersi. - Dlaczego? - Moja kobieta nie lubiła mojej kuchni, wolała jadać na mieście. – Wzruszył ramionami. - Mieszkaliście tu razem? – Nie była pewna czy nie posuwa się za daleko. - Tak. – Odpowiedział szczerze. - A gdzie są wszystkie twoje rzeczy? - To są moje rzeczy. - Jesteś pewien, że tu mieszkałeś? – Kiwała głową z niedowierzaniem. - Jak tak mnie wciąż o to pytasz to myślę że nie. – Ironizował. - Przepraszam za wścibstwo. – Nie chciała go zdenerwować. Spuściła wzrok. - Pytaj, postaram się zaspokoić twoją ciekawość – poklepał ją po kolanie i postawił garnek na kuchence. - Jaka ona była? – Szepnęła. - Dlaczego chcesz to wiedzieć? – Odwrócił się do niej gwałtownie. - Kobiety chyba tak już mają, że chcą wiedzieć? – Plątała się w zeznaniach. - Nie obchodzą mnie inne kobiety. Chcesz wiedzieć z kim konkurujesz? – Powiedział to zanim ugryzł się w język. - Ty to powiedziałeś.- Zabolało. - Nie jesteś dla niej konkurencją ani ona dla ciebie, jesteście zupełnie różne. Czy taka odpowiedź cię satysfakcjonuje? – Patrzył na nią intensywnie. - A ciebie? – Odbiła piłeczkę. - Sprytnie. – Wzruszył ramionami. - Sprytnie? – Zdziwiła się. - Piłka na moim polu. - I znów mecz? – Uśmiechnęła się pod nosem. - Teraz ja się zastanawiam, z kim konkuruję. – Zaczepiał ją. - Jesteś bezkonkurencyjny – uśmiechnęła się szukając w myślach innego tematu. - Wymijająco, ale sprytnie – pocałował ją w nos. - Może jednak ci w czymś pomóc? – Znalazła temat zastępczy. - Siedź tu i mów do mnie, a ja zabieram się za gotowanie. Patrzyła jak krząta się po kuchni w poszukiwaniu naczyń. Wszystko robił pewną ręką i widać było, że sprawia mu to przyjemność. - O czym tak myślisz? Miałaś bawić mnie rozmową – uśmiechnął się do niej przez ramię. - O tym, że mogłabym tu zostać. - Na zawsze? - To zależy od jedzenia – uśmiechnęła się. - Wysoko podnosisz poprzeczkę. - Taka już moja rola. Rozmawiali o pogodzie i o tym jak minął im dzień. Jedzenie pachniało wspaniale. - Przez te zapachy robię się coraz bardziej głodna. – Czuła się naprawdę zrelaksowana. - Gotowe, nakrywamy w pokoju? – Wyrwał ją z błogiej nieświadomości. - Tu jest przytulniej, czuć czyjąś obecność. – Otworzyła oczy i napotkała utkwione w niej spojrzenie. - Jak chcesz. Tam są talerze. – Oderwał od niej wzrok i wskazał na szafkę nad zlewem. Nakryli stół obrusem, ustawili kieliszki i nakrycia. Jan odsunął krzesło i zaprosił ją do stołu. - Choć to niewiarygodne smakuje jeszcze lepiej niż pachnie. – Nie mogła się nachwalić. - Dziękuję za komplement i przykro mi z powodu braku wiary w moje umiejętności. – Zaczepiał ją. - Nie mówiłam, że nie wierzę. – Broniła się. - Ale wątpiłaś – zaczął się śmiać. - Może troszkę. – Przyznała i odwzajemniła uśmiech. - Cieszę się, że ci smakuje. – Spoważniał. - Masz siłownię na zapleczu? – Nie chciała psuć tego nastroju. Wyczuwała rosnące między nimi napięcie. - Po co? – Udał że nie rozumie. - Bo za dobrze gotujesz. - Znam przyjemniejsze sposoby spalania kalorii. – Przystąpił do ataku. - Doprawdy? – Tym razem ona udawała że nie wie o co mu chodzi. - O ile się nie mylę to nasze trzecie spotkanie, więc – urwał i czekał na jej reakcję. - Nakarmiłeś mnie po to żebym była smaczniejsza? – Roześmiała się. - Mam zamiar sprawdzić czy mi się udało. – Rozparł się na krześle i mierzył ją wzrokiem. - A jeśli się nie zgodzę? – Czuła, że głos odmawia jej posłuszeństwa. „Oddychaj!” - Powiedzmy, że się nie spytam, muszę dbać o zdrowie. – Kpił. - A co ma do tego zdrowie? – Zmieszała się. - W zimie niewskazane są częste zimne kąpiele. - Nic ci nie będzie, zahartujesz się. – Próbowała być złośliwa. - Miej litość – zrobił przerażoną minę. - Nie znam tego słowa. – Prawie dusiła się ze śmiechu. - Jesteś bezwzględna. – Jego oczy śmiały się do niej. - Pozmywam – powiedziała wstając od stołu. - Zostaw to. Przecież chciałaś zrobić bałagan. – Złapał ją za rękę. - Muszę zająć czymś ręce, tak będzie bezpieczniej – chciała uwolnić dłoń ale nie pozwolił jej na to. - Dlaczego ma być bezpiecznie? – Pociągnął ją tak, że znalazła się na jego kolanach. - Nie znam odpowiedzi na tak postawione pytanie – odparowała. - Przestań odpowiadać na pytania tylko mnie pocałuj – zażądał. Ku jego zdziwieniu zrobiła to bardzo chętnie. Wsunęła język w jego usta jednocześnie wplatając palce w jego włosy. Westchnął cicho i poddał się jej. Pocałunki stawały się coraz intensywniejsze, a jej dłonie znalazły się pod jego koszulką. - Jeśli to miało mnie zniechęcić to chyba ci nie wyszło – zamruczał kiedy oderwała się od niego. - Sama nie wiem, co chciałam osiągnąć. - Wciąż walczysz ze sobą? - Nie chcę żeby było łatwo – uśmiechnęła się smutno. - Zapewniam cię, że nie jest. – Popatrzył jej w oczy jednocześnie delikatnie całując ją w usta. - Chcę ciebie, bardzo – szepnęła. Wstał z krzesła i posadził ją na stole. Całował jej powieki, szyję, dekolt. - Chcę cię rozpakować - szeptał jej do ucha. - Zrób to – mruczała. Poczuł jej ręce na pasku od spodni. - Wiesz, że tego już nie da się zatrzymać? – Upewnił się. - Za dużo mówisz – pocałowała go jednocześnie rozpinając mu spodnie. Wsunął dłoń w jej majtki i poczuł wilgoć. Zsunął z niej jeansy i sprawnym ruchem dostał się do środka. Przez chwilę zastygł w bezruchu. Poczuł jak jej ciało sztywnieje. Odwróciła głowę i zacisnęła powieki. Ujął jej twarz w dłonie i zmusił by na niego popatrzyła. - Wszystko w porządku? – Zapytał. - Tak, pocałuj mnie – przyciągnęła go do siebie i pocałowała, jednocześnie zaplatając nogi wokół jego bioder. Oddawał jej pocałunki poruszając się powoli w jej wilgotnym i ciepłym wnętrzu. Stopniowo tracił kontakt z rzeczywistością. Nagle ostry dźwięk wdarł się do jego świadomości. Czuł jak jego partnerka momentalnie znieruchomiała. Znów ten dźwięk. Dzwonek do drzwi. - Czekasz na kogoś? – Zapytała kryjąc twarz w fałdach jego koszuli. Próbowała odzyskać spokojny oddech. - Nie spodziewam się wizyty. - Był zbyt roztrzęsiony żeby zareagować na jej niepokój. Zeskoczyła ze stołu i pozbierała swoje rzeczy z podłogi. Nogi uginały się pod nią. Chciała się gdzieś ukryć. Namierzyła łazienkę i pobiegła w tamtą stronę. Znów dzwonek. Oparł się czołem o ścianę i zapiął spodnie. Odczuwał fizyczny ból. Całe ciało było spięte jak do walki. Ruszył w kierunku drzwi. W czasie, gdy niespodziewany gość znów wciskał przycisk dzwonka otworzył je. - No nareszcie – do przedpokoju weszła elegancka kobieta w czarnym, wełnianym płaszczu. - Weronika? - Witaj kochany. Co ty tu robisz? - Ja? Z tego, co pamiętam to moje mieszkanie. Kobieta ruszyła do salonu. - Nie zaproponujesz mi czegoś do picia? – Zapytała słodko. - Nie. Co ty tu robisz? – Był coraz bardziej zniecierpliwiony. Szedł za nią. - Gotowałeś? - Nie zmieniaj tematu – jego zdenerwowanie osiągało właśnie maksimum skali. Odwrócił ją do siebie i zacisnął dłonie na jej ramionach jakby miał zamiar nią potrzasnąć. - Wpadłam cię odwiedzić, po starej znajomości. – Kobieta zdawała się ignorować pioruny bijące z oczu Jana. - Wybrałaś nieodpowiedni moment. – Cedził przez zęby. - Doprawdy? – Mierzyła go wzrokiem – Wciąż masz do mnie żal Jasiu? - To nie ma nic do rzeczy. Nie jestem sam. – Nienawidził kiedy ktoś zwracał się do niego w ten sposób. - Chętnie poznam moją konkurencję. – Wyswobodziła się z uścisku i podeszła do okna. - Nie ma żadnej konkurencji, przecież pozbyłaś się mnie czyż nie? – Wbił wzrok w jej plecy. Wiedział że widzi jego odbicie w szybie. - Już wiem, że to był straszny błąd, każdemu może się przytrafić. Chciałam cię przeprosić. – Odwróciła się do niego. - Przeprosiny przyjęte, a teraz idź tam skąd przyszłaś – skrzyżował ręce na piersi żeby jej nie udusić. - To znaczy, że będzie jak dawniej? – Stanęła tuż przed nim. - Nic już nie będzie jak dawniej – przebiegł już w myślach odliczanie do 100 i z powrotem. - Chcę cię odzyskać – szeptała mu wprost do ucha. - Nie możesz. - Ja wszystko mogę, wiesz o tym – powiedziała przesuwając dłonią po jego twarzy. Złapał ją za nadgarstek - Za późno, skończ z tym i wyjdź – gwałtownie odsunął ją od siebie. - Wrócę – wyszła przesyłając mu całusa na dowidzenia. Trzasnęły drzwi. Zaciśnięte pięści powoli zaczynały się otwierać. Wyszedł na korytarz i spojrzał w stronę łazienki. Na progu stała kompletnie ubrana dziewczyna. Uśmiechała się smutno. - Pójdę już – szepnęła. - Tak będzie lepiej. - Dla kogo? - To piękna kobieta. – Mówiła sama do siebie. - To prawda. Podniosła wzrok i w milczeniu przyglądała się jego twarzy. Chciała go tak zapamiętać. Wyglądał na zagubionego i bezbronnego chłopca a jednocześnie biła od niego determinacja i siła. Ruszyła w stronę wyjścia, ale złapał ją za rękę i przytulił do siebie. - Zostań. - Dlaczego? - Bo cię o to proszę. Bardzo cię proszę. Zaczęli się całować. Mocno, nieokiełznanie, do smaku krwi w ustach. W amoku pozbyli się ubrań. Wszedł w nią mocno, ale po chwili zwolnił rytm. Głaskał jej ciało i całował ślady, które kreślił dłońmi. Było mu dobrze. Tracił zmysły. Nadeszło spełnienie. Usłyszał cichy jęk i spojrzał w twarz dziewczyny. Płakała. Znieruchomiał. Przytulił ją mocno - Zrobiłem ci krzywdę? – Szepnął jej do ucha. Naprawdę poczuł strach. - Było mi dobrze, dziękuję – pocałowała go w ramię. - To dlaczego płaczesz? - Zapytał głaszcząc jej włosy. - Ze strachu. - Czego się boisz? Mnie? - Tego – chciała uwolnić się z jego objęć, ale nie pozwolił jej na to. Pocałował ją zaborczo. Wziął ją na ręce i zaniósł do sypialni. Delikatnie położył ją na łóżku i przykrył swoim ciałem. - Nie pozwolę ci uciec. – Mówił spokojnie choć bał się, że jej nie przekona. - Nie pytam o pozwolenie – uśmiechnęła się. - Jeszcze z tobą nie skończyłem – pocałował ją delikatnie. - A zacząłeś? – Droczyła się z nim. - Ta zniewaga krwi wymaga – uśmiechnął się i zaczął delikatnie błądzić językiem w najczulszych partiach jej ciała. - To nie fair - jęknęła bynajmniej nieoburzona. Było jej dobrze, wyłączyła myślenie, oddała się ogarniającej jej ciało fali słodkiego zapomnienia. Znów poczuła jego usta na swoich i jego męskość w sobie. Dała się ponieść. Nadeszło spełnienie. Uśmiechnęła się i wtuliła twarz w jego ramiona. Oddech zaczynał się wyrównywać zapadli w sen. On cały czas mocno tulił ją do siebie. Obudziła się pierwsza. Musiała wyswobodzić się z objęć kochanka. - Dokąd to się pani wybiera o tak nieludzkiej porze? – Zamruczał nie otwierając oczu. - Do łazienki – pocałowała go w nos. - Wrócisz? Nie odpowiedziała. - To nie sen? – Otworzył oczy i napotkał jej spojrzenie. - Wrócę. To nie daleko, nie ma tam złych wilków ani smoków. - Smoków się nie bój one zjadają dziewice – zaśmiał się. Klepnęła go w pupę i wyskoczyła z łóżka zanim dosięgła ją jego zemsta. Ubrała na siebie jego koszulę i zniknęła za drzwiami sypialni. Czekał, choć miał ochotę pobiec za nią i upewnić się czy została. - Wróciłam – usłyszał szept a potem poczuł jej usta na swoich – Uwielbiam to – uśmiechała się, kiedy na nią spojrzał. - Co? - To – pocałowała go znów. - Ja też, a teraz śpimy – chciał ściągnąć ją z siebie, ale nie dała mu szansy. - Teraz moja kolej – uśmiechnęła się szelmowsko wsuwając w siebie jego męskość. - Jesteś bardzo niegrzeczną dziewczynką - mruczał między pocałunkami. - Ale podoba ci się to. – Stwierdziła. - Owszem – doprowadzała go do szaleństwa. Nie wiedział, czemu tak się dzieje, ale w tej chwili zdecydowanie nie chciał z tym walczyć. Zmęczeni zasnęli wtuleni w siebie. Obudził ją hałas. Poduszka w jej ramionach wciąż miała jego zapach. Nie chciało jej się wstawać. Rozejrzała się dookoła. Sypialnia nosiła znamiona używania. Zabudowana szafa z lustrem na drzwiach, toaletka, która zdecydowanie była damskim akcentem w tym wnętrzu, wszystko w przyjemnych zieleniach z żółtymi akcentami. Znalazła gdzieś jego koszulę i włożyła ją na siebie w drodze do kuchni. - Dawno wstałeś? - Nie chciałem cię obudzić. Dzień dobry – pocałował ją w czoło jednocześnie manewrując patelnią. - Chciałeś – uśmiechnęła się porywając kawałek żółtego sera z deski do krojenia – Mam ci w czymś pomóc? - Usiądź wygodnie, zaraz podaję. - Jestem głodna jak wilk. - Ciekawe, dlaczego. – Droczył się z nią. - Nie wiem, oświeć mnie. – Pokazała mu język. Nałożył jajecznicę na talerze i z przyjemnością obserwował jak pochłania swoją porcję. - Ty nie jesz? – Zdziwiła się. - Nie mogę przestać na ciebie patrzeć. - Coś nie tak? - Jesteś piękna – wierzył w to co mówi. Lubił sposób w jaki jej ciało pasowało do jego dłoni, lubił jej uśmiech i niepokorne włosy, oczy zmieniające kolor w zależności od nastroju. - Szczególnie jak jem – uśmiechnęła się z niedowierzaniem. - Szczególnie jak się czerwienisz, jak jesz, jak śpisz. Zawsze. - Dziękuje, ale pozwól, że nie zgodzę się z tobą, nie zasługuję na takie komplementy, ale miło mi je słyszeć. – Ironizowała. Porwał ją ze stołka i zaniósł do sypialni. Postawił ją przed lustrem. - Spójrz na siebie. Dla mnie jesteś piękna – oparł głowę na jej ramieniu i dłońmi zaznaczał kontury jej ciała. - Czuje się taka, kiedy na mnie patrzysz w ten sposób, ale nie jestem piękna - odwróciła się od lustra - Jesteś niezwykłym wariatem – pocałowała go w czubek nosa – A teraz nie wiem jak ty, ale ja idę dokończyć śniadanie. – Nie chciała wdawać się w tę dyskusję. Chciał ją złapać, ale wywinęła mu się i uciekła do kuchni. Zaczęła sprzątać po śniadaniu. - Zostaw to – usłyszała. - Zmywałeś po obiedzie, teraz moja kolej – rzuciła w przestrzeń nie odrywając wzroku od naczyń. - Czy to jest na pewno to, co chcesz teraz robić? – Kpił. Stał w drzwiach oparty o framugę i nie odrywał od niej oczu. - Może nie uwierzysz, ale lubię to robić. - Masz racje, nie wierzę – odpowiedział. - Jak…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%