Akcja · 8 min czytania
Historia Aileen
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Yavin 4 z początku było dla mnie dość dziwną planetą. Warto wspomnieć, że wychowałam się na Iridonii, a w Akademii przebywałam stosunkowo krótko. Czułam się obco mimo, iż z kilkoma osobami zdążyłam się już zaprzyjaźnić, a cała reszta Jedi oraz ich uczniów była dla mnie naprawdę serdeczna. Akurat przechadzałam się jedną z często używanych, wydeptanych ścieżek biegnących nieopodal budynku Akademii. Przebywanie w dżungli bardzo mi się spodobało, lecz urzekające urokiem spacery i tak nie mogły równać się z przesiadywaniem pod lub na jednym z drzew. Moje szczególne drzewo znajdowało się tuż nad trawiastym brzegiem jednego z Yavińskich jezior. Jego krystalicznie czysta woda przepięknie mieniła się wśród promieni słonecznych oraz odbijała blask księżyca. Dzięki temu nawet w środku nocy spokojnie można było usiąść na brzegu i poczytać książkę. Ja jednak wolałam dzienne wędrówki, więc zaraz po śniadaniu ruszyłam nad owe jezioro. Bez większego problemu wdrapałam się na stare drzewo o wielkich, rozłożystych liściach i usiadłam na jednej z szerszych gałęzi. Z kieszeni mojego nieco przydużego, brązowego płaszcza wyjęłam coś w rodzaju pamiętnika. Był to raczej notes, gdyż w pewnym momencie przestałam prowadzić go regularnie. O ile się nie mylę, przestałam spisywać w nim wszystkie swoje złote myśli zaraz po odkryciu mojego daru. Spojrzałam w dal, lecz ujrzałam jedynie gęstą, tropikalną roślinność. Na moment zamknęłam oczy i cicho westchnęłam. Zaczęłam przerzucać stare, podniszczone kartki mojego notesu. Byłam jeszcze dzieckiem, kiedy uzupełniałam go niemal każdego wieczoru, więc naturalnie na mojej twarzy pojawiło się mnóstwo uśmiechu i radości. W pewnej chwili natrafiłam na pustą kartkę. Na początku nieco się zdziwiłam, lecz po przejściu na następną stronę, zdumienie przerodziło się w pewien rodzaj przykrości. Natrafiłam na ten rozdział w moim życiu, który nie należał do najlepszych. Kartka w notatniku zapisana była czarnym atramentem. Było na niej mnóstwo skreśleń i adnotacji co powodowało, że moje ledwo czytelne pismo było jeszcze trudniejsze do rozczytania. Mimo to z każdym przeczytanym zdaniem powracało do mnie coraz to więcej wspomnień. Czasu mało, a do opowiadania dużo. Zacznę więc od tego, że zawsze byłam jakaś inna. Trochę pewniejsza i zuchwalsza, ale również znacznie bardziej honorowa. Dla Zabraka honor to rzecz święta, lecz ja i tak zawsze nieco inaczej definiowałam to słowo. Nieważne... Istotnie jest jednak to, że inne dzieciaki mi zazdrościły - zazdrościły umiejętności, które i tak pojawiły się dość nagle. Wszystko zaczęło się gdy miałam jakieś dziesięć, może jedenaście lat. Jak każdy dzieciak w moim wieku odbywałam trening sztuk walki. Co by tu ukrywać... Byłam dobra, bardzo dobra. Przysporzyło mi to wiele radości i dumy, lecz i niemniej przykrości. Trenowałam wraz z ze starszymi braćmi. Wszyscy radziliśmy sobie świetnie, lecz nasz ojciec był strasznie apodyktyczny. Był naszym nauczycielem i mimo, że chciał dla nas jak najlepiej, tym samym wiele od nas wymagał. My nie mieliśmy nic do powiedzenia odkąd nasza matka umarła, albowiem to ona zawsze stawała po naszej stronie. Lecz odbiegłam nieco od tematu... Moc. No tak. Towarzyszyła mi już od dnia narodzin, ale o jej zastosowaniu i możliwościach dowiedziałam się dość późno. Byłam już kilka kartek dalej i z zapartym tchem wczytywałam się w treść notatnika niczym w bestsellerową opowieść. Natrafiłam na pewne zdanie, które towarzyszyło mi dotąd, aż nie trafiłam do jednej z najlepszych szkół na Iridonii.
„U mnie dobrze, we mnie źle…”
W szkole nie czułam się już osaczona przez ojca i sama mogłam podejmować decyzje, choć mimo to moje ambicje wcale nie uległy żadnej zmianie. Chciałam wykorzystać to, że byłam lepsza od innych dzieciaków. Nawet nieźle mi to wychodziło, ale przecież nic nie trwa wiecznie... Pewnej nocy miałam sen, po