Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Romans · 14 min czytania

Historia krótkiej znajomości

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Wreszcie dotarł na miejsce. Uroczyście zaciągnął hamulec. Miał za sobą kilka makabrycznych godzin przebijania się przez kraj, ale wszystko wynagrodził mu roztaczający się wokół widok. Marek kochał góry. Takie jak te. Niebotyczne szczyty, pokryte wiecznie białymi czapami pozostawiał profesjonalistom, a wytarte przez wieki pagórki emerytom. Wielbił góry, które można było zdobyć z dumą, ale bez agonalnej zadyszki.

Wyciągnął z bagażnika monstrualną walizkę. Nie znosił wożenia setek sakwojaży, więc wszystko władował do tego potwora. Z trudem, nie zapowiadającym alpinistycznych sukcesów, zatargał bagaż do pensjonatu. Sapnął prostując plecy. Recepcję zatarasowała jakaś starsza para. Czekając wyglądał na podjazd przez wielkie, panoramiczne okno. Przed wejście podjechał samochód. Z impetem wypakowała się z niego rozkrzyczana rodzina. Marek skrzywił się. Znając swoje szczęście będzie ich miał za ścianą. A może nie będzie tak źle... Ostatnia wysiadła dziewczyna. Zdumiała go szybkość, z jaką piękno gór przegrało z linią naprężonych pośladków i łydek, przechylonej nad bagażnikiem kobiety. Wyciągnęła swoje torby, odrzuciła na plecy długie, ciemne włosy... Cóż przy tym płynnym ruchu znaczył urok kołyszących się na zboczach świerków? Poruszył się niespokojnie. Szła w stronę pensjonatu lekkim, acz stanowczym krokiem. Weszła do środka. Mrugnął oczami, jakby wyschły mu spojówki. Stanęła tuż obok niego. Nie była pięknością, ale jej widok postawił w stan gotowości wszystkie zakończenia nerwowe Marka. Spróbował ściągnąć wzrokiem jej spojrzenie, lecz widać jego hipnotyczne zdolności pozostawiały wiele do życzenia. Miała zarezerwowany pokój piętro wyżej.

Rozpakował się. Pokój był taki, jakiego się spodziewał. Było łóżko na którym dało się spać, krzesła na których dało się siedzieć i telewizor, który działał, choć kiepsko. Za to widok z okna był nieprzeciętny. Dwie łysiny szczytów, niczym tonsury mnichów wyłaniały się z gęstwiny lasu. Rozdzierał go pas przecinki, utkanej gęsto słupami kolejki linowej. U podnóża gór, nieco z boku widać było dachy miasteczka. Nie znał go, był tu pierwszy raz. Czas był najwyższy na mały rekonesans.

Wpadli na siebie przy schodach. Tym razem uchwycił jej spojrzenie. Miała intrygująco wycięte, jakby senne oczy w ciemnej oprawie rzęs i brwi. Były szare, a może raczej stalowe, o odcieniu porannej mgły opadającej w dolinach. Nie wiedział ile było w tym efekcie działań stwórcy, a ile jej własnych starań. Nic go to nie obchodziło. Zajęty był kontemplowaniem prowokująco wydętych, nie skalanych muśnięciem pomadki, warg. Miały barwę dojrzałych poziomek. Oboje, jakby spłoszeni odwrócili wzrok. Podnieśli go szybko i jednocześnie. Zauważył, że związała włosy. Tylko dwa kosmyki opadały luźno na policzki. Tym razem ona pierwsza zerwała płochliwy kontakt. To otrzeźwiło Marka, uśmiechnął się głupio, przepuścił ją. Patrzył jak spływa po schodach. Schodził za nią otoczony zapachem jej perfum. Nie potrafił określić jaki był, ważne, że absolutnie odpowiedni.

Ocknął się dopiero w centrum. Postanowił zapoznać się z ofertami gastronomicznymi. Ostatecznie miał tu przebywać przez kilka dni i samym pięknem, jakie by ono nie było, żyć się nie da. Miasteczko wyglądało standardowo: sklepiki pełne koszmarnych pamiątek, wypełnione po brzegi kawiarenki i jadłodajnie, tłum ludzi w turystycznych ubraniach, ale i pań w niebotycznych szpilkach - każdy wypoczywał tak jak lubił. Coś zjadł, coś wypił, zrobiło mu się błogo, chętnie by z kimś pogawędził, ale był zdany tylko na własne towarzystwo. Bez sensu było tu przyjeżdżać samemu...

Słońce chyliło się powoli za góry.

Spostrzegł ją znowu. Wychodziła z pizzerii. Rozbawiona gaworzyła z przyjaciółmi. Roześmiała się szeroko. Niewiele osób wygląda korzystnie podczas takiego uśmiechu, ale od czegóż są wyjątki. Zmrużyła oczy, odrzucając głowę do tyłu. Ujrzał lśnienie zębów w rozchyleniu ust... Śmietana na poziomkach... Patrzył niespodziewanie posmutniały. Zupełnie odruchowo poszedł za nimi. Dotarł ich tropem do stacji kolejki linowej. Normalnie ominąłby wielkim łukiem taki tłum. Teraz, o dziwo bez słowa skargi zajął miejsce w ogonku po bilety. Tuż za nią. Ławeczki wyciągu były dwumiejscowe i została bez pary. Obejrzała się za siebie, uśmiechnęła się kpiąco, aż poczuł jak czerwienieje po same cebulki włosów. Odwróciła się zakładając ręce na biodra. - Przepraszam, czy pan mnie śledzi? Miała zaskakująco niski głos, zabrzmiał jak pomruk zadowolonego kota. - A bardzo by to pani przeszkadzało? Bohatersko zniósł szydercze spojrzenie. - Jeśli już pan tu jest to może wsiądzie pan ze mną? Cała śmiałość opuściła go w drodze na szczyt. Siedział sztywno, starając się nie dotknąć nawet skrawka jej ubrania. Czuł, że popatrywała w jego stronę, ale gdy zdecydował się w końcu odezwać, podziwiała już, z tajemniczą miną, roztaczające się wkoło widoki. Kocica z Cheshire, psiakość... Dojechali do górnej stacji. Zeskoczył na podest jakby go coś goniło. Zsunęła się za nim. Zachwiała się... Podał jej rękę. Zacisnęła długie palce z niespodziewaną siłą. - Dzięki... Zabrzmiało to naprawdę sympatycznie, oparła drugą rękę na jego ramieniu. Teraz ona wyglądała na trochę speszoną. Odgarnęła z czoła niesforne kosmyki i spojrzała spod oka. Uścisnęła lekko dłoń Marka i wysunęła się z niej jak z rękawiczki. Odeszła do swoich. Okładał się najbardziej wyrafinowanymi epitetami jakie tylko znał ojczysty język. Dlaczego się nie odezwał, dlaczego stoi tu znowu sam, dając się popychać mijającym go turystom? Oparł się o barierkę ochronną spoglądając w dół urwiska. Obserwował panoramę miasteczka, patrzył jak cień zabiera ze sobą kolejne uliczki. Zapadał zmrok, czas było wracać na dół.

Wyruszył z samego rana, wymyślił sobie ambitną marszrutę. Wyładował plecak prowiantem, napojami energetycznymi, odzieniem na każdą ewentualność pogodową i mapami. Oddychał głęboko z prawdziwą radością patrząc na zbliżający się z wolna cel wędrówki. Skakał jak zając z kamienia na kamień przytrzymując się rosochatych pni. Pozdrawiał ochoczo mijanych turystów. Z ulgą zauważył, że ruch powoli neutralizuje efekty wieczornej wizyty w barku na dole hotelu. Szczerze podzielał satysfakcję zdobywców himalajskich szczytów, dopóki nie zaczął tracić oddechu. Doczołgał się do schroniska, zdecydowanie przekonany o wyższości porannego piwa nad szwendaniem się po skałach. Nie był do cholery kozicą. Popatrzył z niewielką nadzieją na kamienne mury budynku. Tu chyba nie było na co liczyć...

Siedziała na ławeczce zrobionej z połówki pnia. Fatum jakieś... Oddech niemal natychmiast wrócił mu do normy, poczuł za to mdlące ściskanie w dołku. Znał ten objaw, przypomniały mu się dawno zdawane egzaminy, rozmowy z szefem i... randki. Tylko dlaczego teraz... Zdecydował się iść…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Historia krótkiej znajomości — czytnik · opowiadania