Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 31 min czytania

Historia nie z tej Ziemi cz. IV

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Następnego dnia obudził się bardzo wcześnie. Jeszcze nikt nie był na nogach, świadczył o tym stół, na którym normalnie stało śniadanie. Służący zawsze wstawali najwcześniej, żeby jak panowie się obudzą jedzenie już było. Chłopiec wyjął ubranie i dość sprawnie je założył. Chciał natychmiast pobiec do Madosa, ale wiedział, że byłoby to nietaktowne i mógłby na wejściu wszystko zaprzepaścić. Zastanawiając się co zrobić przypomniał sobie o mapie. Po krótkich poszukiwaniach znalazł ją pod łóżkiem. Po rozłożeniu zajmowała całe posłanie. Chłopiec musiał się nagłowić żeby znaleźć Eudonią i lwa, a gdy po mozolnych poszukiwaniach znalazł Układ Słoneczny, śniadanie już dawno stało na stole. Każde spojrzenie utwierdzało Bernarda, że to mapa to spełnienie jego marzeń. Wszechświat w pigułce. Jednak już stracił dużo czasu na zachwycaniu się mapą, należało udać się do Madosa. Zjadł w pośpiechu śniadanie i wybiegł z pałacu. Bez trudu znalazł dom opisany przez kartografa. Przed wejściem ogarnęło go zwątpienie. Czy ten mężczyzna w ogóle go wysłucha? Czy mu pomoże? „Bernardzie, weź się w garść! To twoja ostatnia szansa.” Skarcił się w myślach chłopiec. Na lwie nie było zwyczaju pukania do domu. Wchodziło się i oznajmiało swoją obecność. Tylko w pałacu obowiązywały inne zasady. Jak dowiedział się Bernard, nie występowały na tej planecie kradzieże, więc w wielu chatach nawet nie było drzwi tylko zasłony. Wedle obyczaju chłopak odchylił materiał wiszący w progu i wszedł. - Przepraszam panie Mados, jestem Altenzi Bernard. Chciałbym z panem porozmawiać. – oznajmił w przestrzeń Berni rozglądając się dookoła. - Kolejny Altenzi. Odejdź, nie chcę z nim rozmawiać. – powiedział szorstko Mados wchodząc do pokoju. Poza kilkoma zmarszczkami i zmęczonymi oczami nie było po nim widać oznak starości. Trzymał się bardzo dobrze. - Z kim? – zdziwił się chłopiec. - Jak to z kim? Z Harimem. Zarozumialec. Raz powiedziałem nie. Możesz się nie trudzić. Wbrew pozorom Bernardowi zrobiło się lepiej słysząc jak Mados mówi o Harimie. Był pierwszym który nie wyrażał się o starym Altenzim z uwielbieniem i podziwem. Nawet Wolf miał w glosie nutę szacunku, a ten weteran po prostu gardził Harimem. To było coś co sprawiło, ze Bernard z miejsca polubił rozmówce. - Nie przychodzę od Harima. Prawdę mówiąc, nie chcę, żeby cokolwiek wiedział o tej rozmowie. Niezależnie od jej wyniku. Wydaje mi się jednak, że nie będzie to problemem. - Ooo... Czyżby ktoś zrywał się ze smyczy? Przecież wspaniałemu Altenziemu nigdy to się nie zdarzyło. Zaciekawiłeś mnie i na pewno nic nie powiem temu staremu mądralińskiemu. - To może ja tak prosto z mostu...? - Nie krępuj się. - Chciałbym, żeby mnie pan nauczył walczyć. - Czy ja wyglądam na panią nauczycielkę? – wybuchnął Mados. Na twarzy weterana pojawił się taki grymas, że Berni zrozumiał dlaczego kupiec powiedział „...teraz straszy dzieci.”. sam chętnie by uciekł , ale od wyniku tej rozmowy zależało mu jak jeszcze nigdy na niczym. - Na panią na pewno nie. – zażartował chłopiec, ale Mados zgromił go takim wzrokiem, że zaraz zrzedł mu uśmiech. – Proszę mi pozwolić dokończyć. Przybyłem na Lwa zaledwie kilka dni temu. Od niedawna wiem, że jestem Altenzim. Sprowadził mnie tu Harim, a teraz chce, żebym siedział cicho, gdy nie mogę wrócić na swoją planetę, do rodziny... Chcę być przydatny, ale musze nauczyć się walczyć. Nikt inny nie zrobi tego lepiej niż pan. Nikt inny nie zrobi tego w tak krótkim czasie. Na twarzy Madosa odmalował się szereg emocji. Mimo, że wybuchł śmiechem, była to tylko nieudolnie udawana reakcja. Podniesione brwi zdradzały raczej zakłopotanie, a oczy patrzyły z powagą i podziwem na Bernarda. - Wiesz czego żądasz? – powiedział próbując sprawić wrażenie, ze z trudem powstrzymuje śmiech. – Przeciętny żołnierz szkoli się pięć lat, aby miał szansę przeżyć potrzebuje kolejnych pięciu, a żeby naprawdę dobrze walczyć – całego życia. Ty chcesz, żebym cię wyszkolił w, przy dużym szczęściu, kilka tygodni. Znasz chłopcze takie określenie jak niemożliwe? - Owszem znam. Nie chodzi mi o to, żebym walczył jak profesjonalista. Nawet gdybym tak dobrze władał bronią, Harim nie pozwoliłby mi stanąć wśród żołnierzy. Chce tylko, w razie czego, umieć się obronić. Zresztą, niech mnie pan tylko nauczy jak najwięcej. Stary wojak zamyślił się. Zaimponowała mu odwaga i determinacja chłopca, w dodatku korciło go zrobienie na złość Harimowi. Czy jednak miał prawo dawać mu pewność siebie, która przy takim charakterze, mogła zaprowadzić do zguby? Spojrzał jeszcze raz na Berniego i zobaczył coś na co wcześniej nie zwrócił uwagi – tęsknotę za domem. Teraz, gdy utrata ostatniej nadziei była tak bliska, oczy chłopaka zaszkliły się od łez, a podbródek zaczął się trząść. To przeważyło. - Dobrze, ale zaczynamy od zaraz i masz się mnie bezwzględnie słuchać. Jeśli usłyszę chodź jedno „ale” kończymy z treningiem. Decyzja zdumiała Berniego, był przekonany, ze zostanie odprawiony z kwitkiem. Miał zamiar zasłużyć na uznanie nowego nauczyciela. Stanął prawie na baczność i z lekkim uśmiechem czekał na „rozkazy”. Mados obejrzał go od stóp do głowy i z powrotem, jakby oceniając. Następnie udał, że się zastanawia i z błyskiem w oku powiedział: – Jeśli dobrze pójdzie przez pierwszy tydzień zajmiemy się poprawieniem twojej sprawności fizycznej. Mam nadzieję, że nie dasz za wygraną po pierwszym treningu. Chodź. Z holu, gdzie dotąd rozmawiali poszli do wyjścia. Mados wyprowadził Berniego z zaułku i na skrzyżowaniu uliczek usiadł na ławce. Przez chwilę nad czymś się zastanawiał poczym odezwał się do chłopaka: – Pobiegniesz ta ulicą prosto, następnie skręcisz w prawo i tak za każdym razem. W ten sposób będziesz biegał w kółko. Skończysz dopiero jak ja tak powiem. Zrozumiałeś? Berni pokornie kiwnął głową. Nie czekając na znak od Madosa ruszył. Biegi nie były ulubionym sportem chłopca, właściwie to nie lubił żadnego sportu. Jego sprawność fizyczna nie stała na wysokim poziomie. Po pierwszym kółku, które swoją droga okazało się dość duże, był już zmęczony. Jednak Mados nie pozwolił mu skończyć, więc chłopak biegł dalej. Na szczęście po drugim okrążeniu, kiedy ostatnie metry Bernard właściwie szedł, stary zlitował się nad nim. Kiwając głową z niezadowolenia, pozwolił mu przestać i usiąść. Po chwili namysły i narzekań na kondycję chłopca, ustanowił trzy treningi dziennie. Pierwszy wcześnie rano jeszcze przed śniadaniem, drugi godzinę po obiedzie i ostatni tyle samo po kolacji. Pierwsze dni były dla Berniego katorgą. Ciągle nie mógł pokonać nawet metra ponad dwa kółka. Zawsze wracał zmęczony do granic możliwości. Tak bardzo, że często nie miał siły nawet jeść. Tylko fakt, że nie chciał się ujawniać z treningami zmuszał go do jedzenia, żeby służący niczego nie podejrzewał. Chłopiec tylko się cieszył, że nie spotyka Harima. Ten od razu zrozumiałby, ze coś się dzieje. Dopiero czwartego dnia rano udało się Bernardowi pokonać trzy pełne kolka. Chłopca bardzo to uradowało, bo wreszcie zobaczył wyniki swojej pracy. Jeszcze bardziej się ucieszył, kiedy Mados uznał, że wystarczą dwa treningi – rano i wieczorem. Następne dwa popołudnia Berni poświęcił na porządny odpoczynek. Jednak już trzeciego dnia zrobił sobie trening na własna rękę. Przebiegał już trzy kółka bez problemu, ale chłopcu nie chodziło o pobijanie rekordów. Byłoby źle gdyby się przemęczał, teraz oprócz biegów miał jeszcze zajęcia siłowe i gimnastyczne. Robił, wiec każdego popołudnia najwyżej dwa kółka. Dla Bernarda największym przełomem było, gdy na początku następnego tygodnia Mados dał mu do reki miecz. Od tego dnia rani odbywały się biegi i gimnastyka, powróciły popołudniowe treningi, które tak jak wieczorne poświęcone były posługiwaniu się bronią. Wszystko odbywało się jak w podręcznikach. Na pierwszych zajęciach Mados pokazał Berniemu różne rodzaje broni i sposób jej noszenia. Następnie nauczył go prawidłowo trzymać miecz. Później przeszli do ciosów i bloków. Oprócz tego omawiali tez trochę teorii i taktyki, a przede wszystkim mówili o Hemolitach. Te wykłady wydawały się chłopcu bardzo nudne, ale Mados kładł na nie taki sam nacisk jak na posługiwanie się bronią. Przez ten czas Bernard zobaczył Harima dwa razy i to przelotem. Chłopak musiał przyznać, ze było mu to na rękę, ale czuł się coraz bardziej opuszczony. To uczucie podsycało jego determinację. Musiał pokazać staremu Altenziemu, ze nie jest bezużytecznym dzieciakiem. Berni widywał za to dość często Valerina. To właśnie generał poświęcał chłopcu choć trochę uwagi, co było jeszcze bardziej przygnębiające. Żołnierz odwiedzał Bernarda mniej więcej co dwa dni i opowiadał o zdarzeniach w mieście i poza nim. Rzadko jednak wspominał o Harimie, jakby to był wstydliwy temat. Berniemu to nie przeszkadzało, chociaż czasami miał ochotę napomknąć, choćby z czystej złośliwości o starym Altenzim. Aktywny tryb życia pomógł chłopcu przetrwać samotność. Chociaż Valerin szczerze starał się zaprzyjaźnić z nim to nie był w stanie wejść do jego serca. Jednak wysiłek generała nie poszedł na marne, zapewniając Berniemu trochę zainteresowania, stał się nieodłączną i potrzebną częścią jego świata. Na razie taka wieź wystarczyła zarówno chłopcu jak i Valerinowi. Na początku czwartego tygodnia Bernard wrócił do swojej komnaty całkowicie wyczerpany. Wieczorny trening był bardzo ciężki. Kilka dni temu Mados zrezygnował z porannej gimnastyki i ograniczył się do krótkich rozgrzewek. Wyjaśnił to wystarczająca kondycją Berniego, ale chłopiec wiedział, że naprawdę powód był inny. Hemolici wygrywali. Usłyszał to od Valerina już tydzień temu. Ludzie mieszkających na obrzeżach miasta ewakuowano w głąb, coraz trudniej było zobaczyć żołnierzy, a na ulicach dawała się odczuć ogólna panika. Dlatego tez Mados musiał zwiększyć nacisk na posługiwanie się mieczem. Teraz celem nie było już zaimponowanie Harimnowi, Bernard już o tym zapomniał, trzeba było walczyć o byt. Jego Glowa ciągle powtarzała „uważaj!”, stres narastał z dnia na dzień. Jednak akurat w tym momencie jedyną myślą chłopaka był „sen”. Odpasał więc miecz podarowany mu przez Madosa i położył go na szafce. Ułożył się wygodnie na łóżku i spojrzał jeszcze raz na broń przed zamknięciem powiek. Złota klinga błyszczała w skąpym świetle, rękojeść, zdobiona nadianą, świeciła jakby uśmiechała się do niego. Berni był bardzo dumny z daru, a jego wdzięczność wprost nie miała granic. Gdy Mados pokazał mu miecz twarz chłopca zalśniła, a oczy wyraziły głęboki pożądanie. Kiedy mistrz oznajmił, że broń ma zostać jego własnością, cieszył się jak małe dziecko. Nawet teraz po prawie trzech tygodniach widok miecza wywoływał uśmiech na jego twarzy. W końcu jednak zmęczenie wzięło górę i chłopiec zasnął z twarzą zwróconą w kierunku szafki. Obudziły go głośne krzyki. W pierwszej chwili wydawało mu się, że to w komnacie ktoś krzyczy, po chwili zdał sobie sprawę, że to zza okna dobiegają odgłosy. Szybko wyskoczył z łóżka i podbiegł do okna. Krańce miasta płonęły, a wokół pałacu biegali przerażeni mieszkańcy. Bernard od razu zrozumiał, co się stało – Hemolici wdarli się do miasta. Jego wzrok powędrował w głąb metropolii, starał się zobaczyć wroga. Niestety poza dymem nic nie było widać. Berni stwierdził, że nie może siedzieć bezczynnie, musi działać. Przez jego głowę przelatywały pomysły, ale żaden nie był dobry. Chłopiec postanowił zrobić coś prostego. Przypasał miecz, a następnie podszedł do drzwi. Wsłuchawszy się dobrze mógł usłyszeć pospieszne kroki. Nagle coś się w Bernardzie przełamało. Zdecydowanie chwycił za klamkę. W tym samym momencie drzwi gwałtownie się otworzyły. Chłopiec aż poskoczył z zaskoczenia. Do komnaty wpadł Valerin z czterema żołnierzami. Dowódca zatrzymał się tuż przed Bernim ciężko dysząc. Gdy złapał oddech odezwał się: – Dzięki bogom, że jesteś. Baliśmy się, że już cię nie zastaniemy. – przyjrzał się mu dokładnie, jakby sprawdzał czy na pewno jest cały. – Widzę, ze jesteś gotowy. Szybko. Musimy cię stąd zabrać. – Ale Valerinie, przecież… – Nie ma czasu Bernardzie! Później, później… Generał chwycił chłopca z przegub i pociągnął do siebie. Żołnierze od razu otoczyli młodego Wędrowca, a Valerin stanął na czele. Szybkim krokiem, prawie biegiem, skierowali się do wyjścia. Bernard dopiero teraz tak naprawdę poczuł strach. Towarzystwo eskorty wcale go nie uspokajało. Wreszcie może mu być potrzebna umiejętność władania bronią, a on właśnie uświadomił sobie jak niewiele umie. Poczuł ogromną ochotę zawołania mamy, przytulenia się do niej i wsłuchania się w jej kojący głos. Gorąco pragnął towarzystwa ojca i jego wspierającego uścisku. Łzy napłynęły Bernardowi do oczu. Bezskutecznie próbował powstrzymać płacz. Miał wrażenie, że czas się zatrzymał, a on stoi sam, bezbronny, bezsilny. Nie wiedział, co się z nim dzieje myślał tylko o tym, żeby powstrzymać łkanie. Dopiero po chwili się uspokoił i wytarł oczy, chociaż podbródek ciągle mu się trząsł. Rozejrzał się po swoich ochroniarzach, ale oni chyba nic nie zauważyli. Chłopiec, aby zapobiec napadom strachu skupił się na drodze. Właśnie minęli salę tronową, po której jeszcze biegała służba. Potem ruszyli korytarzem do pierwszej Sali. Nagle usłyszeli głośne ryki przed sobą. Żołnierze zacieśnili szyk i zaczęli biec. Wpadli do pierwszej Sali w tym samym momencie co Hemolici. Żołnierze pokazali, co potrafią, w ciągu sekundy otoczyli wrogów i rzucili się na nich. Stwory reagowały wolniej, więc pozostało im się tylko bronić. Gdyby Hemolitów było mniej zostaliby pokonani natychmiast, jednak za pierwszą – stosunkowo niewielką grupą – pojawiły się następne. Valerin walczył za trzech, jego miecz poruszał się tak szybko, że wróg nie mógł za nim nadążyć. Jednak ilość była ogromnym atutem, gdy broń generała dosięgała jednego, drugi dostawał dostęp do atakującego. Podobnie wyglądała sytuacja reszty żołnierzy. Szala niebezpiecznie przechylała się na stronę Hemolitów. Bernard w momencie spotkania został odepchnięty do tyłu i oddzielony od wroga. Przez pierwsze chwile chłopiec niewiele się różnił od posągu. Stal zdumiony, całe jego ciało przeszył ogromny strach. Umysł bezskutecznie próbował przeanalizować sytuację. Pojawiła się najgorsza z możliwych myśli „To koniec. Zginiemy”. Jednak, powoli z sekundy na sekundę, Berni odzyskiwał władzę nad ciałem, a głowa uruchomiła wyższe obroty u poszukiwaniu wyjścia z sytuacji. Chłopiec zaczął obserwować walczących i szybko ocenił, że ich szanse są małe. Najrozsądniejszym działaniem wydało się chłopcu użycie miecza. Dokładnie w tym samym czasie w obronie powstała luka, która natychmiast wykorzystał jeden z Hemolitów. Wybrał jednak zły moment na atak, bo właśnie strach opuścił Berniego i zastąpiła go adrenalina. Jego umysł i ciało zaczęło pracować na wyższych obrotach. Dzięki temu Bernard natychmiast stanął w pozycji bojowej z podniesionym mieczem, tak jak się uczył. Ten Hemolita walczył toporem dwa razy większym niż zwykły. Gdy uderzył nim, cios, chociaż sparowany, przycisnął chłopca do ziemi. Stwór podniósł broń do następnego ciosu, jednak ofiary już tam nie było. Berni zwinnie przeturlał się na bok i po chwili znalazł się ze plecami Hemolity. Ten manewr nasunęła mu na myśl lekcja o zachowaniach tych stworzeń. Przypomniał sobie jak Mados mówił, że oczy pozwalają Hemolitom widzieć tylko to, co znajduje się dokładnie przed nimi. Dodając do…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Historia nie z tej Ziemi cz. IV — czytnik · opowiadania