Historia · 13 min czytania
Historia pewnego zauroczenia w Galii.
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Woda, woda dająca życie, ukojenie, radość i smutek. Jedno jest pewne bez niej nie można żyć. Jej powieki, co raz częściej się zamykały, były lepkie. Dawały sygnał, że czas już spać, że czas na odpoczynek, odpoczynek pełni zasłużony po dzisiejszym pracowitym i przyjemnym dniu. Opuszki jej palców dotknęły srebrzystej tafli wody. Wzdrygnęła się, ale zanurzyła całą dłoń, sięgając do dna drewnianej misy. Teraz mokre dłonie dotknęły jej oczu, jej powiek, dając w podarku jeszcze kilka chwil trzeźwości umysłu. Nie chciała spać, coś ją ciekawiło, denerwowało, intrygowało. Spojrzała jeszcze raz w tafle wody, szukając odpowiedzi. Nie znalazła ich, może nie chciała? Potężne okiennice były otwarte, choć późnojesienne noce, były zimne. Dziś ona nie narzekała, oparła się o framugę i patrzyła w księżyc. Selene, również na nią spoglądała. Cały pokoik był zatopiony w srebrzystym blasku.
Zapach świeżego chleba, poranny śpiew słowików, gderanie ojca. I stukot, tak potężny stukot w drzwi. Nie wiedziała, że po ich otworzeniu jej cały dotychczasowy świat się zmieni. W drzwiach w blasku słońca stał młody człowiek, owinięty zatęchłym płaszczem. Nie mogła dostrzec jego twarzy. Im bardziej o nim myśli tym z większym trudem go sobie wyobraża, teraz on… Odezwał się pierwszy po łacinie, niestety ona jej nie znała, więc obdarzyła go uśmiechem, starając się zamaskować braki w wykształceniu. Znów się odezwał, jego miękki, aksamitny głos nawet teraz jej się tłucze po uszach, dając nie wiarygodną rozkosz, teraz jednak to było pytanie, akt zrozumienia. Tą piękną chwilę przerwał Ojciec. Odgarnął siwą czuprynę i szczątkową łaciną odpowiedział przybyszowi. Miecz i łacina, pozostałości po służbie najemnej ojca. Nie próbował jej uczyć, sądził, że kobiecie wystarczy tylko umiejętność gotowania i sprzątania, bo łatwiej taką wykorzystać. Zamienili kilka słów, przybysz sięgnął po sakwę i wyciągnął kilka monet. Oczy Ojca się zaświeciły, nie lubiła tego, to zawsze zwiastowało jakieś kłopoty, z których trudno wybrnąć.. Teraz uśmiechając się od ucha do ucha, wskazał przybyszowi miejsce przy stole. Wreszcie ujrzała jego twarz, szorstka, pokryta ciemnym zarostem, z jego ciemnych oczu bił jakiś magnetyzm, który hipnotyzował, zniewalał, wzbudzał zaufanie. Znów usłyszała szorstkie słowa ojca: - Podaj coś do żarcia. – Dziewczyna jeszcze nie otrząsnęła się z hipnozy, – Co się tak gapisz, ty… - Ojciec podniósł prawice, często bił. Ona modliła się, sama nie wiedziała, do kogo. Prosiła o wybawienie z rąk oprawcy. Czy kiedyś tego doczeka? Nie poczuła, bólu Ojciec nie uderzy przy obcym, robił to tylko w nocy, a żeby tylko to… Przybysz zauważył niepokojącą sytuacje i szepnął coś po łacinie, pogodnym głosem. Ręka ojca pogłaskała jej głowę, odwrócił się napięcie i odpowiedział, naśladując miły ton…
Księżyc świecił jeszcze jaśniej, czyżby czytał w myślach, czyżby znał jej ból? Czyżby wiedział jak czuje się młoda kobieta. Co ona mówi?; Dziewczyna wkraczająca w świat dorosłych, bita, poniżana i… Nie chciała nawet o tym myśleć, to bolało. Czy jest tam ktoś, kto słyszy, kto pomoże? Czy reszta jej życia będzie pasmem porażek? Tylko śmierć przynosi ukojenie, tylko ona… Nie miała odwagi, za każdym razem, gdy sięgała po nóż drżały jej ręce, wiedziała, a raczej wierzyła, że dobro kiedyś wygra, że nadejdzie ten wojownik… Ten, który wyzwoli. Nie – gwałtownie odrzuciła te myśli, miała już dość marzeń, o błękitnookim, białowłosym rycerzu, z pięknym białym ogierem i pocałunku, smakującym jak jeszcze pokryte rosą poziomki. Dziś chyba takiego spotkała, ale znów odrzuciła tą myśl. Tyle o nim marzyła, tyle razy wołała go o pomoc, gdy szorstka ręka dotykała jej ud. Gdy było już po wszystkim, patrzyła w niebo, w księżyc szukając energii, dla siebie, na każdy następny dzień….
Posiłek, po raz pierwszy od wielu dni, o czym ona myśli, od wielu lat, był przyjemny. Zazwyczaj jadła sama, czasem z Ojcem, znosząc jego gderliwe i czepliwe uwagi, czasem znosiła ciosy, czasami… Poczuła dziwny ciężar w żołądku, ktoś od wielu miesięcy obdarzył ją szczerym uśmiechem. On grał z nią, uwodził, przynajmniej ona tak to czuła. Pierwszy raz spojrzała na mężczyznę bez odrazy, bez niesmaku w ustach. Świdrował i hipnotyzował ją wzrokiem. Za każdym razem, kiedy jej wzrok się spotykał z jego, czuła niewiarygodną rozkosz, ekstazę, dziką przyjemność. Zarumieniła się, tak zakochała się od pierwszego wejrzenia. Ojciec był zbyt głupi i gruboskórny by dostrzec tą bezsłowną grę. Mlaskał jak małe dziecko, jedząc sos z grzybów, niech je, niech się nie odzywa, choć przez tą chwilę. Szybko go wyrzuciła ze swoich myśli teraz istniał tylko on, ciemnooki Rzymski przybysz, ideał? Za krótko go znała. Ich namiętną grę przerwał Ojciec, warknął po Galijsku: - Oprowadź gościa – Skinął głową do przybysza – Zostanie tutaj kilka dni, zapłacił sowicie – To było najważniejsze dla Ojca – Zwie się Kasjusz. - Kasius? – Zapytała, nie, co przekręcając słowa. – Już miał imię, jej ideał miał imię. Kasjusz roześmiał się głośno, widząc plączący się jej język jej młodej blondynki, odparł pogodnie: - Kasjusz – Wskazał na siebie. Obdarzając ją uśmiechem. Znów ją hipnotyzował i rozpoczynał grę. - No to sobie pogadaliście, oprowadź Kasjusza – Ojciec znów się skłonił nisko i po raz kolejny przerwał. – Po sadzie owocowym, a ja sobie popije. – Znała to, wtedy nie można mu przeszkadzać, najlepiej jest się zamknąć w pokoju, albo wybrać się na dłuższą wędrówkę po lesie. Poczuła nagły przypływ wstydu. Dobrze pamiętała jak kiedyś ojciec na oczach całej wsi, wywlókł ją z lasku. Była wtedy mała, podchmielony zaciągnął ją do domu i… Potem już nie miał hamulców. Potrząsnęła głową, chcąc rozgonić złe myśli, lecz one nie odchodziły tak łatwo. Kasjusz wstał, przystanął przy drzwiach i gestem ręki wskazał wyjście. Pierwszy raz poczuła się tak ważna i doceniana przez mężczyznę. Znów wysłała mu uśmiech, kolejny. Kątem oka spojrzała na cielsko Ojca nie zgrabnie zsuwającego się po drewnianych schodkach do piwniczki… Czyżby Kasjusz był sumą prezentów z zapomnianych przez niego urodzin, czy tylko wybrykiem bóstw, jednym kolorowym dniem w kalendarzu…