Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 33 min czytania

HISTORIA PEWNEJ HISTORII

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Muszę podążać wciąż przed siebie i wiem, że na końcu tej drogi czeka na mnie, nikt inny, tylko właśnie ja. Nie wiem tylko czy uda mi się poradzić z samym sobą.

I.

Wyszedł na mokrą od deszczu ulicę w długim, rozpiętym, ciemnym płaszczu. Jego poły załopotały na wietrze jak przestraszone czarne kruki zrywające się niespodziewanie do lotu. Na niebie tu i ówdzie zaczęły pojawiać się dziury jasności rozpychające powoli oporne, ciężkie chmury, które walczyły jednak o każdy kawałek przestrzeni własnego panowania. Jakiś mężczyzna przeszedł obok niego spoglądając mu przez chwilę poważnie prosto w twarz. Zaskoczył go, ale zauważył, że był smutny, a raczej zatroskany, jego oczy zdawały się mówić: Ciebie też to czeka. Odszedł szybkim krokiem naznaczonym odbijającym się odgłosem pewnych uderzeń butów o trotuar. Kolejny człowiek  kolejna historia.  pomyślał. Młoda kobieta przebiegająca przez ulicę uśmiechnęła się do niego miło w błysku chwili, ale gest ten spowodował, że przez jego twarz przebiegło nagłe drgnienie w spaźmie dawnego bólu, kiedy z pamięci wypłynął dziwnie jaskrawy obraz pewnej innej kobiety. Ręce mimowolnie zacisnęły się w pięści wściekłości, a cała sylwetka zwarła się w sobie. Po chwili jednak, ciało rozluźniło się, a emocje odeszły w ciszy jak oprawcy, o których wiadomo, że prędzej, czy później, powrócą, ale za każdym razem ma się nadzieję, ze to już się nie powtórzy. Wyszedł z bramy i ruszył powoli w głąb wielkiego miasta. Szedł patrząc przed siebie, widząc wszystko i nic, dostrzegając tak naprawdę tylko swoje zagmatwane i ponure myśli. Cieszył się jednak z nich, ponieważ były jego własnością, były czymś, a nawet kimś. Już jako dziecko często rozmawiał sam ze sobą nieraz nawet tworząc w umyśle kilka różnych osób. Rodzice, zwykle stukali się w czoło i mówili mu, że tylko nienormalni gadają do siebie, więc ma przestać. Być może mieli rację. Zatrzymał się odruchowo przy krawężniku i czekał na zielone światło dla przechodniów. Mały chłopczyk trzymający za rękę swoją mamę przyglądał mu się z ciekawością. Mrugnął do niego, ale chłopiec wpatrywał się w niego uporczywie jakby dostrzegał coś więcej niż tylko zwykłego szarego, mężczyznę w szarym mieście. Światła się zmieniły więc ruszył dalej przed siebie. Minąwszy kilka przecznic zatrzymał się nagle i zerknął na okazały budynek po prawej stronie. To była biblioteka. Lubił miejsca gdzie było dużo książek; księgarnie, biblioteki. Zwłaszcza biblioteki, tam panował taki spokój i cisza, słychać było szelesty przewracanych stron, od czasu do czasu czyjeś kroki, albo urwany cichym przepraszam, kaszel.

Ruszył powoli kamiennymi schodami, dla zabawy licząc stopnie. Czterdzieści siedem. Solidne dębowe drzwi z elegancką srebrzystą tabliczką informującą zainteresowanych o godzinach otwarcia czytelni. Wszedł, a jego kroki pobrzmiewały spokojnym, jednostajnym echem w dużym , stylowym holu. Nie spiesząc się minął szatniarza; starszego, siwego mężczyznę siedzącego za kontuarem i czytającego jakąś gazetę. Ten spojrzał na niego badawczo i podniósłszy zabawnie krzaczaste brwi ułożył usta, chcąc wygłosić swoją przez lata szlifowaną formułkę: Przepraszam, proszę pana. Ubranie wierzchnie proszę zostawić w szatni’ Jednak spojrzenie tego obcego mężczyzny o zagadkowej twarzy powstrzymało go od tego w ostatniej chwili. Głoś uwiązł mu w gardle i pozostał tam nie wydobyty. Jego spojrzenie, ruchy jego ciała, w tym wszystkim było coś..., człowieczek szukał w swoim skołatanym umyśle odpowiedniego określenia..., było coś jakby spoza tego świata. Jakby był blednącym cieniem przemykającym wśród ostrej rzeczywistości.

Kolejne stopnie, pnące się w górę po obu stronach, niczym chciwe dłonie czekające na śmiertelników łaknących chwili własnego spokoju, prowadziły półkolem na piętro.

Szedł wolnym krokiem pomiędzy rzędami regałów prawie, że uginającymi się pod ciężarem ułożonych na nich woluminów. Ciągnęły się one prawie przez całe pomieszczenie, od czasu do czasu ustępując miejsca stolikom z małymi, uroczymi lampkami w kolonialnym stylu, których stonowany ciepły blask ciepły oświetlał siedzących spragnionych lektury lub wiedzy czytelników. Szedł wolno, nie spiesząc się zbytnio, chłonąc unikalną atmosferę tego wspaniałego miejsca. Właściwie nie wiedział czego szuka, nie był pewien czy w ogóle ma ochotę coś znaleźć. Zawsze jednak przed przychodził do biblioteki, krążył pomiędzy rzędami, czytając dziesiątki tytułów i nazwisk autorów. Chodził tak, aż do momentu kiedy poczuł to coś, kiedy natrafiał na książkę, która go przyciągnęła, na książkę która zmuszała go, aby wyciągnął po nią rękę i zagłębił się w jej literowe wnętrze. Wybierał ją wtedy i czytał. Od początku do samego końca. Nigdy nie rezygnował, nawet jeżeli książka wydawała mu się nudna, czy też niezrozumiała. Czytał do końca. Delektował się każdym słowem, zdaniem, pieścił w swym umyśle światy stworzone przez nieznanych mu pisarzy. Czasami przyłapywał się na tym, że w tych pisarskich istnieniach targały nim emocje, że kogoś nienawidzi, kogoś kocha. Wtedy przerywał na chwilę, nakazywał sobie spokój i czytał dalej. Pielęgnował formę przekazywania treści, ale nie mógł sobie pozwolić na uczucia. Nie stać go było na to w rzeczywistości, nie mógł sobie na to pozwolić również w wyimaginowanym świecie pisarskiej iluzji.

Tym razem również, po kilkunastu minutach oglądania grzbietów książek, jedna z nich wyciągnęła do niego swą mentalną dłoń na spotkanie z jego świadomością. Podszedł i wziął do rąk grubą, opasłą książkę, oprawioną w dziwnie delikatne okładki. Nie spojrzał nawet na autora, czy też tytuł. Otworzył ją na pierwszej stronie tekstu, z cichym szelestem przywitania i przeczytał wodząc oczami po czarnych literach.

OD AUTORA Nie wiem, czy powinienem opisywać te zdarzenia, choć wiem że zdarzyły się one naprawdę. Nie, nie dlatego, że się boję, ale dlatego że mam czasami wrażenie, że tej historii nie powinny ujrzeć żadne oczy. Z drugiej jednak strony zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że jeżeli tego nie opiszę, nie wyleję tego z siebie na te czyste i niewinne kartki będzie mnie to dręczyć do końca moich dni. Mam tylko nadzieję, że po jej napisaniu znajdę wydawcę, tak więc zaczynam i jeżeli tylko dobrnę szczęśliwie do końca, wydam ją i znajdzie się choć jeden czytelnik, który przeczyta ją z uwagą, będzie to dla mnie wystarczająca nagroda.

Nie przerywając podszedł do jednego z wielu wolnych stolików i usiadł. Zapalił lampkę i zagłębił się w swoją lekturę.

Czas płynął swoim stałym, odwiecznym nurtem. Biblioteczny duży, ozdobny zegar z rzeźbionym wahadłem, odmierzał go równomiernie w swym własnym rytmie przemijania, zmuszając wskazówki do ciągłej wędrówki wokół toczącej się historii. Ktoś podszedł do niego, właściwie bardziej to wyczuł niż zobaczył. Zerknął w bok, prawie wogóle nie poruszając głową, poczym podniósł wzrok i spojrzał na sympatyczną kobietę w średnim wieku, która stała nad nim i uśmiechała się miło. Zza dyskretnych okularów spoglądały na niego ładne oczy. - Za piętnaście minut zamykamy proszę pana. - Dziękuję. Już kończę. – spróbował się uśmiechnąć, ale nieposłuszne usta tylko drgnęły w nieudanej próbie. Kobieta skinęła głową na znak zgody i ruszyła w dalszą wędrówkę po sali. ...i dlatego właśnie musiałem ją zabić. Nie po to, aby sycić się widokiem uciekającego z niej życia, jej bólu, ale dlatego, że nie mogłem ścierpieć tego co zrobiła.

Dokończył zdanie i zamknął książkę. Rozejrzał się dookoła, czy nikt go nie obserwuję po czym schował książkę pod ramię za płaszcz. Wstał i wyszedł spokojnym krokiem zamyślonego czytelnika. Zawsze zabierał książki, swoje małe trofea. Nie traktował tego jako kradzież, raczej jak wypożyczenie. Zresztą nigdy mu się jeszcze nie zdarzyło, aby nie wysłał odpowiedniej sumy pieniędzy w celu zadośćuczynienia tego czynu z dopiskiem Zwykły Czytelnik.

Zbliżała się godzina siedemnasta. Na dworze powoli zaczynał zapadać wieczór, a chmury przyspieszyły swój pęd. Zszedł po kilkunastu kamiennych stopniach i zatrzymał się u ich podnóża. Rozważał ile mu jeszcze zostało wolnego czasu i gdzie jak powinien go spędzić. - Ciekawy wybór. – usłyszał za sobą głos. Odwrócił się zaskoczony i spojrzał na kobietę, która kilka minut wcześniej uprzedziła go o zamknięciu biblioteki. - Tak pani sądzi ? – odparł już z pełnym opanowaniem. - Tak. – pokiwała głową. – Proszę tylko, aby przeczytał ją pan do końca. - Przeczytam. Obiecuję. – zapewnił. - No cóż. – uśmiechnęła się ponownie. – Miłej lektury. - Dziękuję. Odwróciła się i odeszła zostawiając go samego z książką i dziwnym poczuciem winy. Był pewien, że ona wie o jego małym złamaniu prawa i zabraniu przez niego książki. Ścisnął ją mocniej pod pachą i ruszył w odwrotnym kierunku. Idąc rozmyślał nad słowami wstępu czytanej powieści i zastanawiał się, czy jest pierwszym czytelnikiem, który przeczyta ją z uwagą, czy wogóle uda mu się przez nią przebrnąć ? Uda mu się. Na pewno. Przecież zawsze kończył rozpoczęte powieści, a tym razem przecież - obiecał. A obietnica zobowiązuje. Kilka kropel uderzyło o bruk niszcząc swoje małe, idealne powłoczki. Wiatr wciąż szumiał dziwnymi gwizdami, wdzierając się wszędzie gdzie było to tylko możliwe, a gdzie nie było, próbował bezustannie, mając nadzieję, że być może jednak tym razem. Stwierdził, że ma jeszcze trochę czasu i postanowił znaleźć jakąś niewielką knajpkę, gdzie mógłby się czegoś napić i przeczytać jeszcze parę stron książki. Mimo, że nie znał tego miasta prawie wogóle już po paru minutach rzuciła mu się w oczy malutka, kawiarenka ze złoto lśniącym neonowym blaskiem ułożonym w zmyślny falujący kształt: Pod Słodkim Pucharkiem, wciśniętą pomiędzy sklep z odzieżą, a niewiele większą wypożyczalnię kaset wideo. Z wnętrza biło ciepło i przyjemna atmosfera serdeczności. Niewiele się namyślając pchnął przeszklone drzwi i przekroczył próg. Było tu parę osób siedzących przy dość ciasno poustawianych drewnianych, okrągłych stoliczkach. Na szczęście dojrzał zbierającego się do wyjścia starszego mężczyznę w towarzystwie młodej kobiety i już w parę sekund później nie zdejmując płaszcza zajął miejsce w rogu dokładnie pomiędzy dwoma schodzącymi się oknami z przyciemnianego szkła. Patrząc na zewnątrz miało się wrażenie, że świat po tamtej stronie jest jakiś inny. Było to bardzo niejasne i delikatne w swoim wyrażeniu uczucie. Przez chwilę dał się ponieść fantazji o tym, że jest przybyszem z innego wymiaru spoglądającym na nieznane mu istoty krzątające się wokół zupełnie nieznanych mu spraw. Sporadyczne krople uderzały niesłyszalnie o szyby, zniekształcając w swoim wnętrzu małe obrazy tej dziwnej krainy zwanej rzeczywistością. Ocknął się jednak dokładnie w momencie kiedy podeszła do niego młodziutka kelnerka. Miała sympatyczny, trochę może nazbyt dziecięcy, wyraz twarzy i kasztanowe włosy upięte w zgrabny kok kiwający się lekko w rytm ruchów jej głowy. Stała, trzymając w dłoniach mały notesik i chyba, jeszcze mniejszy długopis. Miała zabawnie poważny wyraz twarzy, można by nawet powiedzieć. że nieco zacięty, jakby zamówienie które miała właśnie przyjąć było jej życiowym debiutem mającym zadecydować o dalszej karierze i powodzeniu w życiu. - Poproszę kawę i ciastko z bitą śmietaną. – powiedział zanim dziewczyna zdążyła się odezwać. - Już podaję. – odparła i znikła zręcznie lawirując pomiędzy stolikami. Wyjął książkę i otworzył na stronie, którą ostatnio czytał. Nadeszła w końcu moja kolej. Bałem się, ale z drugiej strony chciałem tego. Pragnąłem jak nigdy dotąd i wiedziałem, że mimo wszystko stać mnie na to, a może i nawet na odrobinę więcej?

Gorąca kawa w białej porcelanowej filiżance z misternym ornamentem zdobiącym jej krawędź parowała wypuszczając w górę szare wijące się smugi. Ciastko na talerzyku z kompletu stanęło zaraz obok, a na kolejnym wydruk rachunku. Podziękował skinieniem głowy i wrzuciwszy do kawy trzy kostki cukru zaczął powoli mieszać nadal śledząc słowa na kartkach książki. A więc jednak! Dokonałem tego, co wcześniej wydawało mi się zupełnie niemożliwe. Teraz mogę sobie tylko pogratulować. Pierwsze okowy pękły, dalej pójdzie jak z płatka, a przynajmniej łatwiej niż do tej pory.

Kawa była wyśmienita, mocna, czarna i słodka. Kwintesencja aromatu i smaku. Ciastko dopełniało całości wprawiając podniebienie w uczucie istnego smakowego raju.

W kawiarence Pod Słodkim Pucharkiem spędził przeszło trzy kwadranse. Zostawił pieniądze na stoliku, nieomieszkając dać dziewczynie dość sporego napiwku. Kiedy wyszedł i mijał okna kawiarenki wiedział, że patrzy na niego, czuł jej wzrok na sobie, ale nie odwrócił głowy. Tak będzie lepiej – powtarzał sobie aż odszedł wystarczająco daleko. Wiatr jakby nieco zelżał, być może zbierał siły na następny, ostrzejszy atak. Nadszedł już czas – pomyślał i ruszył dalej przed siebie.

Często żałował, że nie jest pisarzem. Mógłby wtedy opisywać światy, istoty i historie, zsyłać nieszczęścia i radości, ból i ulgę, beznadziejność i nagłą chęć życia. Być ich bogiem. Przelewać na kartki własne myśli i wyobrażenia, mieć wspaniałą moc kreacji. Niestety, nie było to dla niego osiągalne.

Dotarł na miejsce trochę za szybko. To był ten adres. Spojrzał na dom z numerem odpowiadającym temu, który zapamiętał z internetowego listu: siedemnaście. Nigdy niczego nie zapisywał. To wiązałoby się z niepotrzebnym ryzykiem. Nigdy niewiadomo, co się może stać, a takie zapiski mogą trafić w niepowołane ręce. Zresztą nie miał potrzeby ich zapisywania, pamiętał je i to mu wystarczało , a w dodatku było wygodne.

Dom był zwykły biały, bez piętra, jakich wiele. Pozornie nic szczególnego, ale on wiedział, że nie ma, mało ważnych domów, mało ważnych ludzi, czy też mało ważnych zdarzeń. Po prostu nie ma. W życiu liczy się wszystko, nawet to, co pozornie niema znaczenia. Ruszył lekkim wzniesieniem wykonanym z płyt chodnikowych z motywem gwiazdy na każdym z nich, prowadzącym w kierunku wejścia. Stanął tuż przed nim i w chwili, kiedy miał nacisnąć czerwony przycisk dzwonka, drzwi otworzyły się z rozmachem i stanęła w nich młoda, ładna kobieta z narzuconą, rozpiętą jasną kurtką. Zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów i zapytała: - W czym mogę panu pomóc? Przyjrzał jej się trochę uważniej. - Musimy porozmawiać. – powiedział spokojnie. Westchnęła z rezygnacją. - Dobrze proszę. Tylko szybko, śpieszę się trochę. Mam zaledwie parę minut. - Wystarczy – pomyślał. - Dobrze.  powiedział Wpuściła go do środka przepuszczając w progu, poczym zamknęła za nim drzwi. - Przysłał tu pana Nad? – zapytała. - Kto? Nad? – pokręcił głową. – Niestety, nie znam żadnego Nad`a. - To kim pan właściwie jest? – w jej głosie dało się wyczuć niepewność. – myślałam, że jest pan od Nad`a, dlatego... - Jestem tu z polecenia pana Crafta. – przerwał jej. Jej źrenice rozszerzyły się w jednej chwili, a pierś zaczęła szybciej falować w oddechu. Cofnęła się o krok, by po chwili wahania podejść do niego bliżej.  ¬Dlaczego on tu pana przysłał ? – zapytała.  Powiedział, że nie ma innego wyjścia. Spojrzała na niego uważnie i przez jedną chwilę trwała cisza przetykana ich wspólnymi oddechami i bardziej odległymi odgłosami ulicy. Wiem po co pan tu przyszedł. – stwierdziła patrząc mu prosto w oczy już bez żadnego strachu, czy drżenia w głosie. - Nie wie pani. – odparł zwięźle. - Zaręczam panu, że wiem, i...; - Nie. – powtórzył krótko. Zrobił krok w jej stronę, szybkim ruchem złapał ją za szyję i przyciągnął do siebie. Długi nóż, wszedł w ciało miękko i łagodnie jak najczulszy kochanek na świecie. Jęk zadrżał na jej wargach, a ciałem wstrząsnął dreszcz gasnącego życia. Ręce zacisnęły się na jego ramionach w bezsilności chwytającej się strzępów nieuchronnego jak oddech narodzin, końca. W jej oczach było wszystko; piekło, niebo, ból, zrozumienie i coś na kształt delikatnego uśmiechu układającego słodkie słowa zwycięstwa mimo przegranej. Umierała na jego rękach śmierci, teraz tak spokojnych i łagodnych, równie pewnych swoich gestów jak w chwili zadawania ciosu. Kiedy jej powieki przymknęły się na piękno tego świata, a ostatni oddech odszedł jak bezdomny w pustkę bezruchu i ciszy ułożył delikatnie jej ciało na puszystym dywanie. Jednak wiedziała – pomyślał . Stał tam nad nią przez kilka dobrych minut tego złego czasu i patrzył na nią oczami pełnymi troski i bólu tego co się stało. Ona już nie żyła, a on z każdym swoim tchnieniem umierał, ginął, próbując rozpaczliwie odnaleźć własne, być może już nieistniejące ja. Zamknął oczy pielęgnując w morderczym umyśle piękno jej martwego ciała, odwrócił się i wyszedł.

Na zewnątrz chłodny wiatr uderzył

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%