fantastyka · 34 min czytania
Historia pewnej znajomości - Rozdział 12
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Rozdział 12 W GNIEŹDZIE ORŁA
Xiitane i Carys długo szły podziemnymi korytarzami, prowadzone przez groźnie spoglądających na nie krasnoludów, uzbrojonych w ostre włócznie, którzy co chwilę poganiali panny okrzykami. Mali strażnicy ledwo nadążali za szybko idącymi elfkami, jednak starczało im sił na wojownicze pokrzykiwania, które głośnym echem rozbijały się między ścianami korytarzy. Przodem szedł Nathaniel (a raczej Noah) z orlicą na ramieniu, która co chwilę dziobała mężczyznę w policzek lub ciągnęła za jasne loki, czyniąc blondynowi ostre wymówki. Podziemne korytarze zdawały się nie mieć końca, wiły się kręto, tworząc ogromny labirynt. Na samą myśl o tym Xiitane i Carys oblewał zimny pot. Jak one się stąd wydostaną?... Zwłaszcza, że ich wierzchowce wraz z całym prowiantem pozostały gdzieś na górnym poziomie kompleksu. Arew, idący za elfkami, pojękiwał co chwilę, że jak zwykle wkopali się w niezłe grzęzawisko i nawet Caryska nic nie poradzi, jak te wszystkie małe stworki rzucą się na nią. Poobijany Milo schował się w kapturze swej pani i od czasu do czasu wystawiał z niego łebek, by zorientować się w sytuacji. W pewnej chwili wprowadzono ich do dziwnego, windopodobnego pomieszczenia z rozsuwającymi się drzwiami. Gdy wszyscy (którym dane było zmieścić się w owej niezbyt pojemnej windzie) weszli do środka, jeden z krasnoludów postukał w podłogę i pomieszczenie zaczęło opadać w dół. -Jeszcze niżej? - jęknęła Xiitane. - Co za dużo, to niezdrowo! -Eagle nieźle się tu urządził - westchnęła Carys, przytrzymując towarzyszkę opierającą się o jej ramię. -Gniazdo ma sześć poziomów - zaczął Noah, lecz groźne spojrzenie drowki natychmiastowo uciszyło go. -Ze zdrajcami i oszustami nie rozmawiam! - syknęła. - Syn Orła... Jak mogłam być taka głupia i nie zauważyć tego! - żachnęła się. - Wyglądasz prawie tak samo jak on! Nawet tak samo się zachowujesz! -Starałem się być miły... - westchnął Noah i zerknął na Renbalda i Hagana, którzy z przerażeniem patrzyli na niego z grupki innych krasnoludów. - Nie lubię, gdy porównują mnie do Vajdimila! Nienawidzę! Winda w końcu zatrzymała się i otworzono drzwi. Xiitane i Carys wyprowadzono na zewnątrz. To co tam zastały, wprost zaparło im dech w piersiach. Znajdowali się teraz w ogromnej jaskini, której dno rozciągało się wiele setek metrów pod wąską kładką, którą właśnie prowadzono elfki i Noaha, i, podobnie jak szczyt groty, tonęło w gęstym mroku. Po drugiej stronie mostu znajdowała się przedziwna metropolia, wydrążona w skale i oświetlona zielonkawym blaskiem kryształów nieznanego pochodzenia. Prowadziła doń ogromna brama, wyrzeźbiona na kształt dwóch orłowatych ptaków, które stykały się ze sobą skrzydłami. Ponad nią widniały fasady domów, jakby poukładanych jeden na drugim, które stłoczone na głównej skale, wyrastającej zapewne z samego dna jaskini i podtrzymującej zarazem jej strop, nie dawały zbyt wielkiego oparcia i możliwości zbytniej rozbudowy malutkich budynków. Gdzieniegdzie można było dostrzec wykute w skale, kręte schody, prowadzące na wyższe poziomy podziemnego miasta. Cel, do którego prowadzono Xiitane, Carys i Noaha znajdował się nieopodal skalnej metropolii. Do Gniazda Orła, jak tutaj nazywano siedzibę pana Eagle, prowadziła kolejna rzeźbiona brama i most, na końcu którego, u wrót dziwnej budowli o owalnym kształcie z mnóstwem wieżyczek i różnorakich wgłębień, gdzie ogromne brązowe ptaki zakładały swe siedziska, stało dwóch krasnoludów z włóczniami. Gdy więźniowie wraz ze strażą podeszli bliżej, rudobrodzi malcy skrzyżowali broń i groźnym spojrzeniem zmierzyli elfki. Krasnolud, prowadzący Xiitane i Carys, podał hasło i strażnicy przepuścili ich dalej do środka budowli. Weszli do ogromnego korytarza o łukowatym sklepieniu, który gęsto oświetlały dziwne zielonkawe kryształy. Drzwi ze złowrogim skrzypieniem zatrzasnęły się za gromadką. Xiitane odruchowo uczepiła się ramienia Carys, jako że owo miejsce wcale nie przypadło jej do gustu. Noah ruszył przodem a w jego ślad poszły elfki, prowadzone głośnymi okrzykami krasnoludów, którym najwyraźniej też zależało na tym, aby jak najszybciej opuścić to ponure miejsce. Weszli do kolejnej dużej sali, o wiele wyższej niż prowadzący do niej korytarz. Zgromadzone w niej półki zapenione mnóstwem książek przydawały jej bardziej przyjaznej i gościnnej atmosfery, którą mąciła jedynie obecność mężczyzny o długich, jasnych włosach, siedzącego w krześle na przeciwległym końcu sali i studiującego jakąś grubą księgę. Owym blondynem był nie kto inny, jak sam Vajdimnil Eagle, pan na podziemnych włościach i gospodarz Orlego Gniazda. Obok niego, na oparciu krzesła, siedział orzeł z czarnawą szyją i pilnie przyglądał się swemu panu. -Przecież mówiłem, aby mi nie przeszkadzano - rzekł pan Eagle, słysząc szuranie krasnoludzkich butów i nie odrywając wzroku od książki. -Panie, twój syn wrócił - powiedziała Czarna Wichura. Orzeł uniósł nos znad książki i spojrzał ku drzwiom sali. -Rzeczywiście - przytaknął, po czym skinął na krasnoludy. - Możecie odejść. Xiitane i Carys popatrzyły po sobie i szybciutko ruszyły w ślad za rudobrodymi strażnikami. -Wy nie - odezwał się Orzeł, wstając z krzesła i wskazując na elfki. Niedbale podszedł do jednej z półek i odłożył trzymaną księgę na jej miejsce, po czym podszedł do przybyłych. Marszcząc z niezadowoleniem brwi, spojrzał na Noaha, a później na resztę. -Oj, synku, aleś się wygłupił - westchnął, opierając ręce na biodrach. - Wystarczy na chwilę spuścić cię z oczu a już rozrabiasz... Ale nie martw się, teraz mam więcej czasu i postaram się nadrobić luki w twoim wychowaniu. -Nie musisz niczego nadrabiać - zaczął Noah, na co Vajdimil wymierzył mu siarczysty policzek. -Bądź cicho, gdy do ciebie mówię, Noahu! - syknął. -Matka dała mi na imię Nathaniel - zauważył Noah, za co ponownie został spoliczkowany. -Ja nazwałem cię Noah. I tak już zostanie! - odparł Vajdimil tonem nie znoszącym sprzeciwu. - A teraz idź do swej komnaty i pomyśl nad swoim zachowaniem. Czarna Wichura ma ci wiele do powiedzenia, a ja muszę zająć się moimi gośćmi - dodał, zerkając na Xiitane i Carys - których raczyłeś sobie zaprosić. Noah posłusznie opuścił komnatę, zamykając za sobą drzwi. W sali zaległa cisza. -Jaki ten świat mały - westchnął Orzeł. - Dawno już cię nie widziałem, panienko Carys. Nieźle urosłaś... -Daruj sobie te uwagi, panie Eagle - syknęła elfka. - Mamy sprawę do załatwienia, a nam bardzo się spieszy! -Sprawę powiadasz - odparł drwiąco. -Jestem po prostu w szoku, moja droga... A ta mała to kto? - zapytał, obojętnie wskazując na Xiitane, po czym z powrotem usiadł na swoim krześle. -Jestem Xiitane Vogel, druidka z Gaju Nepusa - elfka przedstawiła się. -Panna Vogel... No to mamy chyba komplet - rzekł Orzeł, głaszcząc ptaka siedzącego na oparciu krzesła. -O czym ty mówisz? - zdziwiła się Xiitane. -Póki co, brakuje mi kilku rak do pracy - westchnął Vajdimil. - Kopacze ostatnio strajkują, a ja nie mogę zawalić terminu, który przyrzekłem dotrzymać pewnej damie... Lecz przejdźmy do rzeczy. Myślę, że spodoba się wam niespodzianka, którą dla was przygotowałem - dodał i zaklaskał w dłonie. Do komnaty weszło kilka zakapturzonych postaci i stanęło przed Orłem. Xiitane z przestrachem uchwyciła się ramienia Carys. -Byłaś wtedy małym brzdącem, panno xiitane, gdy twoi rodzice zostali zmuszeni do ucieczki z Illaivlen... Piękne miasto - zauważył. - Ile to było lat temu? -Podły morderco!! - krzyknęła Xiitane. -Ja? - pan Eagle zdziwił się. - Ależ moja panno, nigdy nie skrzywdziłbym żadnego elfa! Mam rację? - uśmiechnął się i spojrzał na stojących najbliżej niego. Dwoje z zakapturzonych postaci zrzuciło z siebie płaszcze i dwie panny ujrzały parę srebrnowłosych przedstawicieli elfiego rodzaju. -Mama? Tatuś? - Xiitane nie bardzo wiedziała, o co chodzi, widząc znajome sobie twarze. -To podstęp! Orłowi nie mozna ufać - syknęła Carys, przytrzymując towarzyszkę, która już chciała podbiec do kobiety wyciągającej ku niej ręce. Twarz srebrnowłosej spochmurniała a w oczach pojawiły się łzy. -Panna Velmondo podejrzliwa jak zawsze - Orzeł pokręcił głową. - Myślę jednak, że ta dama - tu wskazał na kolejną zakapturzoną postać - nie narzeka na moje towarzystwo... - dodał, po czym kolejna postać z rzędu odsłoniła swą twarz. -Mama Deirdre?! - Carys wytrzeszczyła oczy na widok znajomej jej kobiety. -A ten młodzianin już dawno dogadał się ze mną - zachichotał, gdy elfka rozpoznała w kolejnej postaci Requela. -Co to wszystko ma znaczyć?! - krzyknęła Carys. -Chcę zaproponować wam uczciwy interes... -Uczciwy interes?! Ty?! To chyba drobne nieporozumienie! - przerwała mu elfka. -A więc odmawiasz... - Orzeł skrzywił się. - Niedobrze. Oni tęsknili za wami - dodał wskazując na stojące przed nim postacie, wesoło uśmiechające się do elfek. -Nie ufam ci! To tylko twoja kolejna sztuczka! - wrzasnęła panna Velmondo. -Ale to moi rodzice... - jęknęła Xiitane. - Ja myślałam, że oni nie żyją... -On nas nabiera! -Och, jakież to wzruszające... - Orzeł wyciągnął chusteczkę i "wydmuchał" nos. - Powinienem bardziej się oszczędzać na starość. -O tak, zwłaszcza gdy mój Lilarcor weźmie cię w obroty! - Carys dobyła miecza i wskazała na stojące przed nią postacie. - Co im zrobiłeś, podła kreaturo?! - wrzasnęła. -Nic. -Nic? -Nic - Orzeł zachichotał. - Mam rację? - zapytał stojącą przed nim grupkę, która natychmiast pokiwała potakująco głowami, po czym zwrócił się do Xiitane i Carys: -Wam też nie mam zamiaru robić krzywdy. Pytam po raz ostatni, czy chcecie dla mnie pracować, na uczciwych warunkach?... -Nigdy! - krzyknęła Carys. -Zostaw w spokoju moich rodziców - dodała Xiitane. -No cóż, jak chcecie. Próbowałem po dobroci - westchnął Orzeł. - To był wasz wybór - dodał i zwrócił się do stojących przed nim postaci: - Możecie się nimi zająć. Drowia dama, dwoje srebrnych elfów i człowiek natychmiastowo otoczyli nasze znajome i dobywszy broń z zawieszonych u pasów pochew, przemienili się w jakieś ogropodobne paskudztwa, na widok których Xiitane opadła szczęka, a Carys mocniej zacisnęła ręce na rękojeści Lilarcora. Milo szybciutko schował się w głębi płaszcza swej pani, a przerażony Arew wskoczył w objęcia panny Vogel. -To są twoi rodzice? - Carys zapytała przerażoną Xiitane i przyjmując postawę obronną, dodała: - Obawiam się, że im nawet wizyta w salonie kosmetycznym niewiele by pomogła! -Nie lubię brutalnych scen - westchnął pan Eagle i pogłaskał ptaka siedzącego na oparciu krzesła. - Ale dzisiaj chyba zrobię wyjątek. Carys zawsze dba o dobrą zabawę... Myślę, że tym razem nas nie zawiedzie. Brązowy ptak wstrząsnął skrzydłami i wygodniej rozlokował się na oparciu krzesła. -Nie czekaj, aż cię dopadnę w swoje ręce - syknęła drowia panna, spoglądając z ukosa na znienawidzonego blondyna. - Odpowiesz za wszystkie krzywdy, które wyrządziłeś naszym bliskim! Czterej ogropodobni przeciwnicy powoli okrążali elfki, wpatrując się w nie swymi przerażającymi, czerwonawymi oczami. Mierzyli siły przed pierwszym starciem. Xiitane kurczowo uczepiła się ramienia towarzyszki. Powietrze przeszył świst broni. Carys szybko odparła pierwszy, dosyć niecelny atak. Ostrze Lilarcora zazgrzytało o broń przeciwnika. Chwilkę później wszyscy czterej brzydale rzucili się na wojowniczą elfkę i o mało nie rozgnietli jej na placuszek. Xiitane, chowająca się za plecami towarzyszki tylko zapiszczała przy wtórze miauczenia Arewa, i nie namyślając się długo, dobyła swą magiczną księgę, i przywaliła nią pierwszemu lepszemu paskudnikowi. Obserwujący scenkę Orzeł ryknął śmiechem i zaklaskał w dłonie. -No, Carys, wstawaj! - krzyknęła Xiitane, pomagając podnieść się poturbowanej drowce. -O moja głowa... - jęknęła panna Velmondo, próbując utrzymać się na nogach, co przyszło jej z wielkim trudem. Czterej napastnicy szybko dostrzegli niedyspozycję elfki i z głośnym okrzykiem rzucili się na przeciwniczki. Widok ogropodobnych stworzeń natychmiastowo przywrócił Carys jasność umysłu. -O żesz! - syknęła, uchylając się przed zderzeniem, lecz jedno zaklęcie Xiitane wystarczyło, by rozłożyć wrogów na łopatki i pozbawić ich kilku zębów. -1:0 dla nas! - zachichotała Xiitane, zerkając na włócznię, która, po niecelnym rzucie, wbiła się w ścianę tuż nad jej głową, przebijając tym samym spory węzeł przytrzymujący kotary. -1:1 panienko! - poprawił ze śmiechem Orzeł, gdy jedna z ciężkich zasłon spadła na tryumfującą elfkę. -Gdyby był tu z nami Marew, już dawno byśmy sobie dały radę - jęknęła srebrnowłosa, wygrzebując się spod zasłony. -Braciszek wiedział, kogo ma się pozbyć - warknęła wściekle Carys. Właśnie w tej chwili Lilarcor, którym żwawo wywijała na wszystkie strony, zaczepił o broń przeciwnika i elfka, wykorzystując sytuację, zaczęła kręcić się wokół własnej osi, a przyczepiony do jej miecza napastnik znokautował resztę swych towarzyszy. Na niewiele się to jednak zdało, gdyż ci szybko podnieśli się z ziemi i ruszyli do ataku ze zdwojoną siłą. Napastnik, który jak dotąd nie miał zamiaru odczepić się od miecza Carys, został ostro potraktowany celnym kopniakiem w tylną część ciała. Gdy i to nie pomogło, rozeźlona na dobre panna Velmondo porządnie machnęła Lilarcorem i nieszczęśnik przefrunąwszy nad głowami kompanów, uderzył w jedną z półek. Nie trzeba chyba mówić, co stało się potem... Dość, że elfkom w ostatniej chili udało się uskoczyć przed przewracającymi się półkami, które na dłuższą chwilę przysypały czterech przeciwników i pana Eagle, który niestety za późno zorientował się, iż efekt domina może pogrzebać i jego pod stertami grubych tomiszczy. -Taa dam! - Carys dumnie wypięła pierś. - Cóż za przytłaczający ciężar wiedzy! -To nie było zabawne - mruknął Orzeł, wygrzebując się spod sterty książek. Xiitane o mało nie pękła ze śmiechu na widok poturbowanego blondyna. Lecz jej radość nie trwała długo, gdyż chwilkę później spod półek wypełzli czterej ogropodobni napastnicy i z nie malejącą zawziętością skierowali swe miecze ku elfkom. W tej właśnie chwili Arew ugryzł w nogę jednego z przeciwników, który zareagował na to wściekłym rykiem. Zachęcony tym Milo skoczył na głowę delikwenta i zaczął ciągnąć za jego czuprynę. Reszta, nie zważając na przejściowe problemy towarzysza (jako że chwilę później Milo i Arew utknęli w worku) szybko zapędziła elfki, stawiające zaciekły opór, w kąt komnaty i przyparła do muru. -Och noł! - pisnęła Xiitane, gdy jeden z drabów chwycił ją za kołnierz i podniósł na znaczną wysokość. - Mam już tego dość! Ja chcę do mamusi!! - dodała, majtając w powietrzu nogami. - Puszczaj, gburze! - wrzasnęła i ugryzła napastnika. Poszkodowany z dzikim okrzykiem puścił elfkę. -Xii, przestań jęczeć i zrób coś! - krzyknęła Carys, kątem oka zerkając na groźnie błyskające ostrza, które przystawiono do jej szyi. -Ale co ja mam zrobić?! - pisnęła elfka. - Nawet nie wiem, jak się trzyma miecz! -To wyczaruj ser! -Ser?! - Xiitane ze zdziwieniem popatrzyła na towarzyszkę. -Tak. Dużo sera - odparła Carys. - Ja jeszcze nie zwariowałam! - dodała, widząc niezdecydowaną minę Xiitane. -No dobrze - elfka nerwowo otworzyła księgę i zaczęła wertować strony. - Ale ja nie jestem dobra w kulinariach - zastrzegła. -Nie gadaj, tylko czaruj! - jęknęła Carys, którą już prawie rozłożono plackiem na ścianie. -Ten tutaj powinien chyba zainwestować w Tik-Taki! Jedzie mu z górnej szóstki! - dodała z niesmakiem. -Ma być edamski czy cheddar? - zapytała Xiitane. -Wszystko jedno! Byleby był żółty i miał dużo dziur! - krzyknęła zniecierpliwiona Carys. Srebrnowłosa elfka szybko rzuciła zaklęcie, lecz nic się nie stało. Carys natomiast straciła parę guzików ze swego ubrania. -Ups, pomyliłam zaklęcia - Xiitane przepraszająco zerknęła na towarzyszkę, która właśnie, ze zgrozą, zerkała na ubytki w swym odzieniu. Carys, nie namyślając się wiele, kopnęła w cztery litery najbliższego przeciwnika i zaczęła okładać go Lilarcorem aby nieco zyskać na czasie. Tymczasem Xiitane nerwowo wertowała księgę w poszukiwaniu odpowiedniego zaklęcia. Drowka z niecierpliwością spojrzała na poczynania towarzyszki. Chwilę później przygwożdżono ją do ściany jakimś trójzębem. Cztery szkaradztwa ryknęły radośnie. - Niezły arsenał! - Carys wyszczerzyła zęby do napastników i wrzasnęła: - Xii, gdzie ta kejza!? Nie chcę skończyc jako sito!! -Bez nerwów! Już mam! - Xiitane zawołała tryumfująco, natrafiając w końcu na właściwy czar. Po chwili na Carys i napastników posypały się żółte, niezbyt mile pachnące krążki z wieloma dziurami. Siedzący na krześle Orzeł ryknął śmiechem. -Nie na mnie, tylko na niego! - wrzasnęła elfka, wskazując na pana Eagle i wbijając na głowę ogropodobnego wroga jeden z serów. Zdezorientowany przeciwnik chwilę pokręcił się bez ładu i dobił do sciany. Xiitane po raz kolejny rzuciła zaklęcie i tym razem kaskada żółtych krążków zasypała pana Eagle. -Nadal nie rozumiem, po co kazałaś mi to zrobić - westchnęła elfka. - To nawet nie nadaje się na broń miotaną! -Gdzie jest ser, tam są myszy - sapnęła Carys, uderzając mieczem w kolejnego napastnika. - A Orzeł panicznie boi się myszy! Zaraz zobaczysz... Nie skończyła wyjaśniać, gdyż właśnie do uszu…