Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

dla-dzieci · 26 min czytania

Historia pewnej znajomości - Rozdział 8

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział 8 ANARON ZACZYNA MIEĆ KŁOPOTY

Po kilku niemiłych przygodach, jakie naszych bohaterów spotkały w Tripolis, drużyna na czele z Carys wyruszyła (na szczęście już w swoich ubraniach) w dalszą drogę w poszukiwaniu bardziej gościnnego miasteczka. Jednakże podczas tej podróży ich żołądki co i rusz ogłaszały jakiś bunt, lecz panna Velmondo i jej przyjaciele w imię sprawiedliwości postanowili nie zwracać większej uwagi na owe kaprysy. Towarzyszący im dotąd Marew cierpliwie kroczył za towarzyszami, próbując powstrzymać się od narzekania na niewybredne menu, na którym widniało jedynie kilka propozycji konsumpcji ziemniaków. W końcu jednak i ten za-pas się wykończył, a nasi znajomi (po raz kolejny zagubieni gdzieś w puszczy) zaczęli rozpaczać nad swym losem. Nie minęło jednak sporo czasu, gdy bystrooki Anaron wypatrzył, snujący się leniwie ponad drzewami, dosyć nikły obłoczek dymu, co niezbicie świadczyło o tym, iż w pobliżu znajduje się jakaś osada. Wkrótce ich oczom ukazało się małe, uśpione miasteczko (jako ,że był dopiero wczesny ranek). Prowadziła do niego jedna jedyna kładka, zapewne służąca tutejszym za most, gdyż zabudowania prawie ze wszystkich stron otoczone były wodami jeziora. Tylko od północy spokoju miasteczka strzegła wysoka i prawie pionowa górska ściana. Wysoko, wysoko ponad tą ścianą rozpoczynała się kraina Pochmurnych Szczytów skutych lodem i targanych zawodzącym wichrem. -To Easthaven - westchnął Marew. - Totalne odludzie i zupełny brak kultury - podsumował. -Dla mnie może być - Anaron wykazywał wprost przeciwny nastrój. - Przynajmniej mają coś do jedzenia -Ty natomiast nadajesz się na świetny przykład zubożenia kulturalnego. Ciągle tylko myślisz o krakersach i ziemniaczkach w mundurkach! - eks - kurczak rozpoczął kakofonie jęków. -Nieprawda! - Anaron wkurzył się - Ostatnio wynalazłem chipsy! -Oj koledzy, przestańcie w końcu - Carys spróbowała jakoś zapobiec kolejnej awanturze, która od dobrej minuty wisiała w powietrzu. Jednakże koledzy zupełnie nie reagowali na jej starania. -Od tych twoich chipsów to ja już dostaję zgagi! - warknął Marew. -Weź Maloxa, to ci ulży - odpowiedź Aniego nie nastrajała pozytywnym rozwiązaniem słownej potyczki. -Zupełny brak poszanowania kultury i artysty! Nie dziwota, że moja muzyka działa na ciebie tak, jak środek owadobójczy na komary! Zupełne dno społeczne! -Skoro już o dnie mowa, to w mojej manierce właśnie zabrakło wody - odparła beztrosko Xiitane. - Chyba najwyższy czas uzupełnić zapasy. -Moje kochane słoneczko jak zwykle wykazało wprost genialną spostrzegawczość - żachnął się Anaron. -A co, może brak mi tej cechy? - Xiitane groźnie zmarszczyła brwi. W powietrzu zawisło widmo kolejnej awantury, a Carys, cierpliwie przyglądająca się słownym zmaganiom towarzyszy, zerknęła tylko na zegarek kieszonkowy. W końcu jednak, gdy Marew począł okładać Anarona skrzypcami, próbując mu zapewne wytłumaczyć własnoręcznie (a raczej własnoskrzypacznie) jakąś muzyczną zawiłość i rolę artysty we współczesnym świecie, Carys dostrzegła idącego ku nim leśną ścieżką jakiegoś człowieka z siekierką na jednym ramieniu i z dosyć sporym tobołkiem, który wisiał na drugim. Nieznajomy przystanął na ścieżce i przez chwilkę nic nie rozumiejącym wzrokiem śledził bijatykę, po czym zwrócił się do elfki siedzącej na białym koniu. -Państwo pracują w jakimś cyrku? -Ja nie, ale ci dwaj właśnie dopracowują do perfekcji jakąś konkretnie mi nie znaną scenkę - objaśniła Xiitane, która z niezbyt przyjazną minką siedziała na czarnym koniu obok. -Ech, te przyjezdne trupy... Za grosz oryginalności - westchnął nieznajomy. - To mi zupełnie przypomina to przedtygodniowe przedstawienie "Wielka draka w małym mieście" - dodał wskazując na "walczących". - Tylko ten mniejszy zamiast skrzypiec miał młotek - zauważył. -No to przekażę kolegom, żeby się bardziej wysilili - mruknęła na to Carys, po raz kolejny zerkając na swój kieszonkowy zegarek. - A propos, wie pan może gdzie można znaleźć Vajdimila Eagle zwanego również "Orłem"? - zapytała drwala. -Nie mam pojęcia - odparł nieznajomy - ale mogę popytać w okolicy. Te stare plotkary z karczmy na pewno będą wiedziały. One zresztą wiedzą wszystko, więc jak jakiś problem to niech państwo się do nich zgłoszą - zaproponował po chwili namysłu. -Dziękujemy za radę, chociaż wątpię, czy dałyby radę rozwiązać problem tych dwóch - zauważyła Xiitane wskazując na Anarona i Marewa, którzy właśnie w tej chwili, zupełnie wyczerpani bijatyką, z ciężką zadyszką, padli na trawnik. -Nadal uważam, że za grosz się nie znasz na kulturze - odparł Marew. -A ty terroryzujesz wszystkich skrzypcami! - wysapał Anaron. - Na dodatek masz jeszcze czelność nazywać to kulturą?! -Co to za facet? - zapytał Marew, spostrzegłszy stojącego koło towarzyszek nieznajomego. -Jestem Tom Winters, drwal z Easthaven - nieznajomy grzecznie się przedstawił - ale jakby panowie potrzebowali porady, to mój brat, Jonas, jest trenerem - dodał. - Myślę, że panowie nadawaliby się na wybijzębów wagi "piórkowej". Swoją drogą już dawno nie było u nas takiej atrakcji... -Pan mówi o boksie? - Marew podrapał się po głowie. - Ale ja jestem tylko małym i niepozornym skrzypkiem... -Nic nie szkodzi. Czyż pseudo "Okruszek" nie brzmi aż nadto groźnie? - zauważył drwal., a Xiitane i Carys chórem wybuchnęły śmiechem. -Marew "Okruszek" Bigbit - Arew poturlał się ze śmiechu. - Superwybijząb z północy! -No co wy, wątpicie w moje umiejętności? - Marew spochmurniał, spoglądając na rozbawione towarzystwo. -Wszystkich kładzie na łopatki jednym pociągnięciem smyczka! - Anaron ryknął śmiechem. -Niezły slogan reklamowy - drwal przyjaźnie poklepał Aniego po plecach. - A ty będziesz "Chucherko", najszybszy uciekacz z ringu - dodał. -Pan wybaczy, ale to fucha nie dla mnie - elf się skrzywił. -No co ty, Ani, byłbyś w tym mistrzem! - Xiitane podchwyciła myśl Toma. - Przynajmniej miałabym narzeczonego, którym mogłabym się pochwalić. Już widzę te zazdrosne spojrzenia... -...I dziki pisk fanek, które się na mnie rzucają - dokończył Anaron. - Nie, kotku, ja się na to nie piszę. Wolę zestarzeć się z godnością a nie zostać zadeptanym przez wielbicielki! -Ależ Anaronku... -Czego?! -A pamiętasz jak mi obiecałeś, że zbudujesz dla nas domek na stokach Schineberg? -A co ma domek do boksu? - zdziwił się elf. -Na boksie można nieźle zarobić - odparł drwal. -Jasne! I połamać gnaty - mruknął Anaron. -Ale za to miałbyś dużo kasy i wreszcie mógłbyś uregulować wszystkie zobowiązania - wtrąciła Carys. - No, chociażby oddać mi sztućce i kupić własne. Albo od razu kupić całe przedsiębiorstwo. -No, to się nazywa perspektywiczne myślenie - zachichotał Marew. - A popyt na sztućce to teraz mamy, że ho ho! -Co insynuujesz ty skrzypku od siedmiu boleści? - Anaron wyglądał na wściekłego. -Ty kupiłbyś wytwórnię sztućców a ja otworzyłbym prywatną szkołę nauki gry na skrzypcach - odparł Marew. -Co?! Jeszcze więcej rzępigrajków takich jak ty?! - oczy elfa o mało nie wyskoczyły z orbit. -Poza tym kto powiedział, że musimy się koniecznie okładać na żywo? Moglibyśmy pobić się tak na niby a dźwięki uderzeń i jęków puścilibyśmy z playbacku... - Marew zaczął obmyślać plan działania. -A oprócz przekrętów to wam i tak nieźle wychodzi - dodała Carys. - Zwłaszcza gdy Marew ma skrzypce. -Carys, a co z naszą wyprawą? Chyba mi nie powiesz, że rzucasz szukanie "Orła" i będziesz naszym menażerem! -Jeżeli już o to chodzi, to mogłabym ewentualnie zostać waszą trenerką - Carys uściśliła. - Requel zająłby się reklamą, lecz najpierw musimy go uwolnić. W tej sytuacji przydałby mi się w drużynie jakiś sportsmen, a skoro ty już rozmyślasz nad karierą boksera... -Hola! Powoli towarzyszko! Ja jeszcze jestem kieszonkowcem! - zawołał Anaron. - I aktualnie zamierzam coś zjeść, gdyż kiszki moje grać poczynają marsza żałobnego. -Aha. No cóż, pomarzyć wolno - westchnęła Carys i zwróciła się do Toma: - To którędy do najbliższej gospody, mój drogi przyjacielu? -To ten budynek z wyłamanymi drzwiami, koło przystani - objaśnił mężczyzna, wskazując opisane miejsce. - Dzisiaj ogłosili zniżkę na spaghetti, więc sami państwo rozumieją, skąd ten wandalizm. -No jasne - Xiitane przytaknęła. - Mam tylko nadzieję, że serwują tam też inne dania. -Pewnie! Ostatnio daniem tygodnia są ziemniaczki w mundurkach w sosie własnym! - od-parł drwal. Reakcja naszych znajomych zupełnie zaskoczyła Toma (lecz uważni czytelnicy na pewno domyślą się, dlaczego po słowach mężczyzny towarzystwo zrobiło się zielone na twarzy i zaczęło wykazywać oznaki niestrawności). -No cóż - westchnął drwal. - To ja idę pracować. Jakbyście się w końcu zdecydowali co do tego boksu, to tutaj jest moja wizytówka - dodał, wręczając Xiitane niewielką karteczkę, i chwilkę później zniknął za zakrętem. -Z deszczu pod rynnę - Carys skrzywiła się. - Niedawno skończyliśmy szamać kartofle, a tu słyszę, że to danie tygodnia! -Może skombinują dla nas coś ekstra - westchnęła Xiitane. - W każdym bądź razie coś zje-my. Nasi bohaterowie ze zrezygnowanymi minami ruszyli drogą do miasta i kwadransik później zatrzymali się na niewielkim placu otoczonym drewnianymi chatkami, które, obwieszone różnymi dziwacznymi szyldami, wyglądały nader komicznie wśród głuszy otaczającej Easthaven. Podróżni zsiedli ze swych wierzchowców i zawiązawszy lejce na balustradzie otaczającej niewielki ganek przed pseudobarem, ciekawie zerknęli na szyld widniejący na chatce z wyłamanymi drzwiami, dumnie oznajmiający : "Charles Konsumek i spółka. Tylko u nas zjesz tanio i pewnie", który dla większości pozostał niezrozumiały, przynajmniej jeśli chodzi o ostatnie wyrazy. Jednakże przybyli nie zdążyli zbyt dobrze skonsultować owej treści w swym gronie, gdyż wtem coś chrząknęło znacząco za ich plecami, a gdy odwrócili głowy, ujrzeli kilku gwardzistów i małego człowieczka ze śmiesznie podkręconym wąsikiem i wielkimi okularkami na nosie. Nieznajomy człowieczek zwrócił się do Anarona: -Pan Beld Duke, jak mniemam. Miło mi pana w końcu widzieć. Jestem Alfredo Sęp-Gwizduś i reprezentuję bank w Ardenall "Już my was oskubiemy" - przedstawił się i zanim Anaron zdążył cokolwiek powiedzieć, Alfredo kontynuował dalej równie urzędowym tonem: - Jak panu wiadomo, sześć miesięcy temu pobrał pan u nas kredyt... -Chwileczkę - przerwał mu Anaron. - Po pierwsze, nie nazywam się Beld tylko Anaron! -O, szanowny pan żyrant. A więc w związku z brakiem kontaktu z panem Beldem, pan rozumie, że odpowiedzialność za spłatę kredytu przechodzi na pana - odparł Alfredo i wręczył elfowi plik dokumentów. - Proszę wypełnić i podpisać. Kolejność dowolna. -Chwileczkę! Ja nie mam z tym nic wspólnego - Anaron wyglądał na przestraszonego. -Płaci pan tę pierwszą ratę, czy nie? -Mowy nie ma! -A więc moi koledzy zastosują się do artykułu 108, paragraf 9 Kodeksu o Pożyczkach i Pozwach, zgodnie z którym jest pan aresztowany aż do dnia zapłaty pierwszej raty - odparł urzędnik cytując odpowiedni wers wyżej wymienionego kodeksu. -Carys, ratuj! - jęknął Anaron, któremu nadgorliwi gwardziści właśnie założyli kajdanki. Elfka tylko westchnęła i wyciągnąwszy z zanadrza swego tobołka nieco już szczupłą sakiewkę, zapytała: -Ile? -20 złotych monet. -Ile?! - Carys o mało nie wybuchnęła śmiechem, słysząc kwotę, jaka przyszło jej zapłacić. - To ma być kredyt? Po co w ogóle Beld wziął tę kasę? Urzędnik odchrząknął i począł z powagą wyjaśniać: -Pan Duke, że tak powiem, ukradł nam trochę pieniędzy, (ale alarm przeciw włamaniowy był wtedy w naprawie) a jako, iż wcześniej założył w rzeczonym banku konto... Przeto postanowiliśmy zrobić z tego kredyt, oczywiście pan Duke wcześniej się na to zgodził. -Na bardzo korzystnych warunkach, jak widzę - dokończyła Carys. -Ależ skąd, pan Duke po prostu trafił na dzień wypłat, więc w bankowej kasie niewiele zostało - dopowiedział Alfredo. -A to ziółko! I ja mam za niego płacić! - Anaron się oburzył. -Nie ty, tylko ja - uściśliła Carys, wysypując monety z sakiewki. - A właśnie, czemu to ja mam płacić za wszystkie twoje wygłupy?! - elfka nagle zmieniła zdanie i schowała sakiewkę. -Ależ Carys, jak możesz! Koledze po mieczu? - jęknął Anaron. -Nie będę dłużej ratować z opresji twojego tyłka! -A to moja wina, że mam takiego przygłupawego braciszka?! - wrzasnął Anaron. -Państwo wybaczą, ale nam się spieszy - chrząknął przedstawiciel banku, zerkając na kieszonkowy zegarek. - Płacą państwo (mnie jest jedno kto) tę ratę, czy szanowny kolega idzie do paki? -Jeżeli mam iść do paki, to żądam towarzystwa Xii! - zawołał Anaron. -Coo?! - elfka ze zgrozą popatrzyła na narzeczonego. - Ten kryminalista śmie mi rozkazywać?! -Ani się waż! - warknęła Carys.- W przeciwieństwie do ciebie my uczciwie zarabiamy na życie! -Oj tak, jeżeli machanie Lilarcorem nazywasz uczciwym zajęciem, terrorystko! - wrzasnął elf. -Już ja ci...! -Błagam -

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Historia pewnej znajomości - Rozdział 8 — czytnik · opowiadania