Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

dla-dzieci · 19 min czytania

Historia pewnej znajomości - Rozdział 9

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Rozdział 9 JAK POZBYĆ SIĘ MAREWA BIGBITA?

Po małej naradzie, jaką nasi bohaterowie odbyli podczas przedpołudniowej przerwy w podróży, (jako, że szli pieszo) Carys ostatecznie nakreśliła dalszy plan wyprawy. Obejmował on krótki postój w Easthaven i odzyskanie koni, co po dłuższej debacie uzupełniono pomysłem wypytania mieszkańców miasteczka o pana Eagle, gdyż, jak twierdziła Xiitane, tutejsi powinni coś wiedzieć o "Orle", zwłaszcza że poszukiwany osobnik miał mieć gdzieś w tych rejonach swą kryjówkę. Marew obojętnie przypatrywał się naradzie towarzyszek podróży i , by zabić czymś czas, obgryzał sucharki, które jakimś sposobem uchowały się na dnie jednego z tobołków przymocowanych do siodła Penelope. Klacz niechętnie przystanęła koło nowego pana i wypatrywała okazji do przechwycenia sucharków z rąk skrzypka. Nareszcie jednak czas postoju dobiegł do końca i towarzystwo niemrawo ruszyło w dalszą drogę. Słońce powoli wspinało się po nieboskłonie i dzień zaczynał się robić coraz gorętszy, przeto Arew, drepczący posłusznie obok swej pani, ucieszył się, iż wędrują lasem, gdzie w takie upalne dni zawsze było nieco chłodniej niż na otwartej przestrzeni. Mimo to nasi bohaterowie szybko zdjęli swe podróżne płaszcze, w których zaczynało im już być zdecydowanie za gorąco. Milo, siedzący na ramieniu Carys, właśnie ucinał sobie drzemkę, gdy Marew, idący na przedzie, dostrzegł dym unoszący się ponad drzewami. -Jesteśmy już blisko - obwieścił pozostałym i westchnąwszy, spojrzał na klacz, która wykorzystując każdą sposobność, szczypała go w ramię lub chwytała zębami jego troszkę przydługawą, rudą czuprynę. - Mam wrażenie, że ta chabeta mnie nie lubi - odparł w końcu, gdy Penelope popchnęła go mocniej pyskiem i grajek wyglebił. -Ależ skądże - zachichotała Carys. - Po prostu domaga się, żebyś zrobił jej manicure. To klacz z klasą, musi dbać o swój wygląd. -Mani... co?! - Marew wytrzeszczył oczy. -W tobołku przy siodle jest poradnik - poinformowała elfka. - Bardzo pouczająca lektura, jeżeli chciałbyś zostać manikiurzystą... -Jeszcze czego! Ten koń nie ma nawet paznokci! - zauważył skrzypek. -Ale ma kopyta i nieźle kopie - odparła na to Carys. - Radzę ci po dobroci, nie zadzieraj z Penelope. -Pudry, balejaże, karate... Możesz mi powiedzieć, kto ją tak wytresował? - Marew nie wy-trzymał. -Mój tatuś. Musiał jakoś zużyć kosmetyki mamy, ponieważ zajmowały zbyt dużo miejsca w szafkach - wyjaśniła Carys. Xiitane zachichotała. -Nie ma co, rodzinkę to masz ciekawą - odparła ze śmiechem. - Widzę, że pani Velmondo, poza byciem wiedźmą i rzucaniem uroków, kolekcjonowała pudry, szminki i farby do włosów, nie mówiąc o reszcie! Pan hrabia za to dostaje zawału na widok gości, jest upartym zjadaczem pomidorków i na dodatek zbiera żelastwo. Czy twój brat jest równie zwariowany, jak reszta twojej rodziny? - zapytała, próbując stłumić śmiech. Marew podejrzliwie zerknął na Carys. -Ty masz brata? -Ma się rozumieć - westchnęła elfka. - Xii, masz rację z tym wariactwem - dodała po chwili namysłu. - Mój brat jest wynalazcą... Xiitane i Marewowi szczęki opadły. -Mam nadzieję, że nie przeprowadza eksperymentów na kotach - zamiauczał Arew, któremu niezbyt spodobała się nowa informacja. -Ależ skądże - zakrakał Milo. - Pan Requel nie jest sadystą. -A lubi grę na skrzypcach? - zapytał Marew z nutką nadziei w głosie. -Zdecydowanie nie. Skrzypkowanie szkodzi jego zdrowiu. Wystarczy, że zobaczy ten instrument i od razu ma migrenę i wysypkę! - Carys zaprzeczyła, aby przypadkiem Marew nie postanowił dać koncertu jej bratu, chociaż alergia Requela na skrzypce była zwykłym kłamstewkiem. Zrezygnowany grajek cicho westchnął i spojrzał na konia. -A wracając do tego strzyżenia paznokci... - zaczął, spoglądając na Carys. -Myślę, że Penelope daruje ci to drobne zaniedbanie, pod warunkiem, że ją uczeszesz i wyszczotkujesz. -A nie można by po prostu zatrudnić kogoś do tej roboty? - jęknął Marew. -Jeszcze czego! Mamy ze sobą ciągnąć cały tabun kosmetyczek i manikiurzystek?! Wiesz, ile to kosztuje?! -To sprzedaj tego rozpieszczonego konia - żachnął się Marew. - I kup jakiegoś porządniejszego! -Mowy nie ma! To ulubiona klacz mojego taty! Ma wrócić cała i zdrowa do domu! -Więc po co w ogóle żeście zabrali tę chabetę?! Carys wesoło popatrzyła na Xiitane, która udzieliła krótkiej i zwięzłej odpowiedzi: -Anaron, gdy zobaczył tę łaciatą damę, po prostu oszalał na jej punkcie i pomimo nalegań hrabiego, postanowił zabrać ją ze sobą. Nic na to nie poradzę... Marew krzywo łypnął na konia, potem na chichoczące elfki, które zaczął podejrzewając o spisek, i ręce mu opadły. -Moim skromnym zdaniem to pan Anaron w ogóle nie ma gustu. A na koniach to już zupełnie się nie zna - podsumował i dodał - To idziecie, czy nie? Konia wyszczotkuję w Easthaven, jak mi dadzą odpowiednie narzędzia, słowo honoru. -Jasne - zgodziła się Carys, chociaż klacz wściekle zarżała, zapewne mając odmienne zda-nie, i ruszyli dalej. Nieco później ich oczom ukazał się znajomy widok miasteczka leżącego u stóp Ponurych Szczytów. Xiitane, Carys i Marew ruszyli w kierunku gospody. Pierwszą rzeczą, jaką spostrzegli po dojściu na miejsce, były nadal nie naprawione drzwi, drugą - brak ich koni oraz kawałka balustrady, do którego je przywiązano. -No to ładnie - Carys oparła ręce na biodrach. - Chyba ktoś za to beknie! -Może karczmarz będzie coś wiedział - zastanowiła się Xiitane. - Wejdziemy? -No i przy okazji coś zjemy - wtrącił Marew, któremu znudziło się już żucie nieco za twardych sucharków. Carys po namyśle weszła do gospody, a reszta żwawo podreptała za nią (oczywiście oprócz Penelope, która z nieszczęśliwą minką została na zewnątrz). Nasi bohaterowie ciekawie rozejrzeli się po prawie pełnym lokalu, który prezentował się nadzwyczaj ekstrawagancko i nowocześnie, jak na znane im standardy. Pomieszczenie, w którym się znaleźli było nader czyściutkie i przytulne, co ostro kontrastowało z dotąd nie na-prawionymi drzwiami. W kącie, naprzeciwko wejścia, obok bufetu wykończonego białym marmurem znajdował się równie szykowny kominek, w którym akurat wygaszono ogień. Przy drewnianych stolikach, rozlokowanych w pomieszczeniu wedle jakiegoś dziwnego wzoru, głośno gadając i jeszcze głośniej mlaszcząc, siedzieli stali bywalcy jadłodajni i kilku podróżnych, zapewne ze wschodu, o czym świadczył krój ich barwnych ubrań, obwieszonych całym mnóstwem ozdób i ciemna karnacja skóry. Z sufitu zwisały małe, powykręcane we wszystkich kierunkach lampki, które oświetlały pomieszczenie jasnym blaskiem, jako że wewnątrz, za sprawą zbyt małych okien, panował półmrok. Nasi znajomi zapewne długo jeszcze rozglądaliby się na wszystkie strony z niezbyt mądrym wyrazem twarzy, gdyby nie pytanie pewnego grubego jegomościa ze śmiesznymi wąsikami, ubranego w biały fartuch, który nagle wyrósł przed towarzystwem. -Witam szanownych gości. Czy mają państwo rezerwację? - zapytał . -Że co, proszę? - Carys ze zdziwieniem spojrzała na mężczyznę. -Pytam, czy maja państwo rezerwację na stolik - wyjaśnił jegomość. -O kurczę, nie sądziłem, że to Easthaven takie postępowe! - Marew aż zagwizdał z podziwu. -A propos, zwierzętom wstęp wzbroniony! - zagrzmiał nagle mężczyzna, spostrzegłszy Milo i Arewa czających się pod płaszczami swych pań. - Nie widzieli państwo tabliczki na drzwiach?! -Drzwi aktualnie są w drzazgach - odparła spokojnie Carys. - A ja chcę gadać z szefem tego interesu. -Ja jestem tutaj szefem - rzekł jegomość i grzecznie zapytał: - Słucham, czego państwo sobie życzą? -Chcielibyśmy dowiedzieć się, kto gwizdnął nasze konie, które wczoraj, w godzinach przed-południowych zostawiliśmy przed pańską gospodą - Carys spokojnie wyjaśniła powód wtargnięcia do lokalu, na co gruby jegomość wyciągnął rękę i oznajmił : -Należy się pięć złotych monet i dwadzieścia miedziaków. -Że jak?! - Carys wytrzeszczyła oczy, nic nie rozumiejąc. -Opłata parkingowa. Państwo myśleli, że za darmo? - odparł szef lokalu. -To rozbój w biały dzień! Gdzie są nasze konie?! - ryknęła Carys i chwyciwszy gospodarza za kołnierz, zaczęła nim wściekle potrząsać. Mężczyzna, nie zastanawiając się długo, zaklaskał, i po chwili nasi bohaterowie zostali wy-kopani z lokalu przez "kulturystów" ubranych w czarne garniturki z napisem "Ochrona". -Niezłe powitanie, nie ma co - stęknęła Xiitane, podnosząc się z ziemi i rozcierając obolałe cztery litery. -Ten karczmarz jest nie lepszy od koleżków Aniego, ale takie maniery to już chyba lekka przesada! - Carys wściekała się. -Więc może lepiej zapłacisz to parkingowe i miejmy to z głowy - jęknął Marew. - I zjedzmy coś w końcu... Chcąc, nie chcąc, Carys wyjęła z torby sakiewkę i ruszyła do gospody, a Xiitane i Marew za nią aby dotrzymać jej towarzystwa, podczas gdy Arew i Milo usiedli obok Penelope i niecierpliwie czekali na dalszy rozwój wypadków. Carys weszła do gospody i rozejrzała się za grubym jegomościem, który w zastraszająco szybkim czasie stanął w przejściu, zagradzając drogę do dalszej części pomieszczenia. -To znowu wy? - odparł groźnie. - Czego państwo znowu chcą?! Carys odliczyła pieniądze i podała karczmarzowi. -Pańskie parkingowe - warknęła. - Proszę oddać nam konie. -Zapomniała pani o dwóch złotych monetach - odparł mężczyzna, dokładnie przeliczając pieniądze. -Chciał pan pięć złotych monet i dwadzieścia miedziaków! - elfka potupała nogą. -Doliczyłem sobie straty moralne i naprawę…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%