Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Historia · 43 min czytania

Historie wymyślione cz.4 - Filip

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

FILIP

Maj 1434. Była wiosna roku pańskiego tysiąc czterysta trzydziestego czwartego. Filip Elvador spokojnym krokiem szedł przez gmach uniwersytetu. Właśnie skończył studiować prawo i był z tego bardzo dumny, gdyż, jako jeden z niewielu, dostał się na studia bez uruchamiania przez rodzinę znaczących kontaktów. Przyjechał tu pięć lat temu i przez ten czas był pięćset mil od domu. Odkąd skończył siedem lat, ciągle przebywał z dala od rodziców, najpierw w jednej, a później w drugiej szkole. Przez to, jak mawiał ojciec, „nabierał samodzielności”. To samo przeżył jego młodszy o cztery lata brat Henryk, który znajdował się w szkole wojskowej, gdzie uczył się ginąć za ojczyznę. Filip potępiał wojnę, gdyż była to walka bratobójcza. Wolał, kiedy ginął jeden winny człowiek, niż stu niewinnych. Dlatego wybrał prawo. W jego rodzinie nie było tradycji studiowania, nie oznacza to jednak, że krewni odznaczali się nieprzystosowaniem do życia lub głupotą. Pamiętał, jak matka nauczyła go czytać i pisać, a później siadali wieczorami w głównej sali i urządzali wieczory literackie polegające na opowiadaniu jak najciekawszych, wymyślonych historii. Często dołączała do nich ciotka Agnieszka, a później młodsze rodzeństwo. W jego rodzinie to kobiety przekazywały umiejętność czytania i pisania, uczyły siebie nawzajem i wiedziały, że nie mogą prosić o to swoich mężów czy ojców, którzy byli na to zbyt dumni. Nie byli jednak zbyt dumni, żeby pokochać te wykształcone kobiety i nieskrępowanie im to okazywali. Byli po prostu mężczyznami swoich czasów i taki sam był Filip. Podziwiał mądre kobiety, ale za nic nie przyłożyłby ręki do ich wykształcenia. Zakończył już swą edukację, postanowił wrócić do domu, poszukać sobie żony, godnej jego pochodzenia i założyć rodzinę. Miał odziedziczyć zamek na Zielonych Wzgórzach, ale wahał się czy nie zostawić go bratu lub siostrze, a samemu nie wybudować gdzieś niedaleko własnej siedziby rodowej. Jego rozmyślania przerwał nadchodzący z naprzeciwka Ludwik. - A, Filip! – Ucieszył się. – Właśnie szedłem się z tobą pożegnać. Słyszałem, że niezwłocznie po rozdaniu dyplomów masz zamiar wyjechać do domu. Będzie mi tu ciebie brakowało. Ludwik był młodszy o rok od Filipa. Przestał lubić naukę, od kiedy ambitny ojciec zmusił go do studiowania medycyny. Zdolny, lecz leniwy, przehulał cały rok w tanich spelunach, spełniających niekiedy role domów publicznych i systematycznie się nie uczył. Zostałby wyrzucony, gdyby nie wpływy ojca, który interweniował w ostatniej chwili, wymagając na synu obietnicę poprawy. Wszyscy dziwili się, że akurat ci dwaj chłopcy tak bardzo się zaprzyjaźnili. Wynajęli wspólny pokój na poddaszu pijalni „Pod kuflem” i tam Ludwik uczył Filipa życia, a ten odwdzięczał mu się odpytywaniem i nakłanianiem przyjaciela do nauki. I tak obaj przetrwali rok, poprawiając stan swojej wiedzy i doświadczenia. Filip skończył szkołę z wyróżnieniem, a Ludwik, jako jeden z najlepszych na medycynie. Teraz, kiedy mieli się rozstać, poczuli, że wspólnie spędzony rok był jedyny w swym rodzaju. Ludwik mocno uściskał przyjaciela. - Powodzenia kompanie! - Bądź zdrów Ludwiku – Filip odpowiedział mu równie mocnym uściskiem. – Myślę, że przyjedziesz do mnie, do Zielonych Wzgórz. - Spodziewaj się mnie za rok, jak tylko skończę studia. - Więc, do zobaczenia. Ludwik długo patrzył jak sylwetka Filipa znika w ciemnym korytarzu, po czym odwrócił się i pobiegł za studentem filozofii. - Karolu poczekaj! – Krzyknął. – Co robisz dziś wieczorem? Może wybralibyśmy się na grzane wino? Wiem, gdzie dają najlepsze. Kiedy zapadał zmierzch, a Ludwik z Karolem wesoło bawili się w pijalni, Filip kłusował niczym wiatr w stronę Zielonych Wzgórz. Do domu.

Filip dostrzegł rysy zamku na tle łuny słońca, które prawie już skryło się za wzgórzem i szybciej popędził konia. Nie spodziewał się, że oglądanie zachodu nad Wielkim Jeziorem tak bardzo może opóźnić podróż. Zanim ciemności okryły niebo, pukał do ogromnych, drewnianych drzwi. Po chwili otworzył mu kulawy służący i zaprowadził do Sali jadalnej z wysoko umieszczonymi, wąskimi oknami i drewnianą galerią, wzdłuż której zwisały herby i chorągwie. Przysiadł na ławie i czekał. Służący rozpalił w kominku i wniósł posiłek zakrapiany winem. - Pan Jan de Laroy przeprasza, ale nie powita pana dzisiaj – oznajmił. – Wielmożny pan ma przygotowaną komnatę, do której później zaprowadzę. Proszę wołać Mateusza, to się zjawię. Po tych słowach oddalił się szybko, zostawiając Filipa samego. Właśnie kończył posiłek, gdy na galerii pokazało się światło, a za nim wysoka postać, która po chwili wahania zeszła po schodach. Była to młoda, niespełna osiemnastoletnia dziewczyna, ubrana w białą koszulę do kostek, na którą zarzuciła długą, ciężką szatę bez rękawów. Wzrostem prawie dorównywała Filipowi. Im bliżej podchodziła, tym większe zaciekawienie widział w jej błękitnych oczach o kształcie migdałów. - Co cię panie do nas sprowadza? – Spytała, stawiając świecznik na stole. Usunął się na bok, robiąc jej miejsce. Nie wahała się, zanim usiadła. - Jestem tylko zbłąkanym wędrowcem, który nie zdążył na czas przed zmrokiem znaleźć schronienia. - Właśnie je znalazłeś, panie – roześmiała się. – Czy mogę poznać twą godność? Jej wzrok błądził po zakurzonym stroju i twarzy Filipa, który nie mógł uznać jej za wystraszone dziewczę. - Jestem Filip Elvador i pochodzę z Zielonych Wzgórz – wstał i ukłonił się dworsko. - Jesteś naszym sąsiadem, panie! – Krzyknęła zaskoczona, ale wyraźnie ucieszona. – Stąd do Zielonych Wzgórz to tylko dzień drogi. Po środku leży granica między naszymi ziemiami. Filip odetchnął z ulgą. - Jadę już od trzech dnia, pani i zaczynałem już wątpić czy w dobra stronę. Tak rzadko odwiedzam dom rodzinny. Rad jestem, że tu zawitałem. Uśmiechnęła się. - Bardzo żałuję, że mój ojciec nie może cię powitać, gdyż bardzo dokucza mu podagra, ale będzie zadowolony, jeśli jutro go odwiedzisz, panie. Jesteś w Słonecznym Lesie, a mój ojciec to Jan de Laroy – dodała znany mu już fakt. Kiedy dygnęła przed nim życząc dobrej nocy wyglądała na nie więcej niż dziesięć lat. Filip w ciszy dokończył posiłek i zawołał Mateusza.

Słońce wisiało nad horyzontem, kiedy z niechęcią otworzył oczy. Dostrzegł swoje ubranie, oczyszczone z kurzu podróży i starannie złożone na krześle obok łóżka. Odrzucił ciężką pierzynę i rozprostował ciało mocno się przeciągając. Nie był typem atlety, ale jego wysoki wzrost i szczupła, młodzieńcza sylwetka podobały się kobietom. Filipowi nie zależało na powodzeniu i starł się nie zauważać przeciągłych spojrzeń bardziej odważnych kobiet. Nie unikał odwiedzin w podejrzanych knajpach, ale zawsze pozostawał w cieniu Ludwika, sam nie korzystał z uciech życia. Często wyrzucał przyjacielowi, że nie boi się złapać jakiejś choroby, na których przecież musiał się znać. Ludwik odpowiadał żartobliwie, że jeśli wie, co mu grozi, to potrafi się przed tym odpowiednio zabezpieczyć, jednak Filip nie bardzo ufał własnemu doświadczeniu w tej kwestii i wolał unikać kontaktów z przygodnymi kobietami. Tylko raz dał się namówić na podejrzaną schadzkę, ale czuł później tak duży niesmak, że więcej tego nie zrobił. Na samo wspomnienie poczuł, jak oblewa go zimny pot. Służący zaprowadził Filipa do Sali jadalnej, gdzie czekała na niego córka Jana de Laroy. - Witam – uśmiechnęła się, a jej oczy zabłysły. Filip poczuł się mile dotknięty tym widokiem. Zauważył, że dziś ubrana była staranniej, w ciemnozieloną suknię, przepasaną skórzanym paskiem, który podkreślał wąskość jej talii. - Pani, czy twój ojciec czuje się na tyle dobrze, żeby mnie przyjąć? - Czeka na ciebie, panie. Zaprowadziła go przez wąską galerię na najwyższe piętro wierzy do ogromnej, słonecznej komnaty po brzegi wypełnionej książkami, papierami i różnymi innymi, często zbędnymi rzeczami. Pod ścianą, w tym ogromnym bałaganie, stało wielki łoże, na którym piętrzył się stos pierzyn. Filip pomyślał, że nie ma w nim nikogo, dopóki nie usłyszał ze środka słabego głosu. - Nasz sąsiad, Filip Elvador. Sterta pierzyn na chwilę się uniosła, a zza niej ukazała się malutka, wysuszona twarz pokryta siateczką zmarszczek. Jan de Laroy miał nie mniej niż sześćdziesiąt pięć lat. Siwe włosy tworzyły wąski wianuszek dookoła jego głowy, a odstające uszy, szpiczasty nos i wąskie usta tworzyły interesującą całość. W jego twarzy żywe były jedynie intensywnie niebieskie oczy. - Karolino popraw mi poduszki – zwrócił się do córki, która podeszła do łoża i za chwilę ukazała Filipowi swojego ojca. Głowa pana Słonecznego Lasu była nieproporcjonalnie mała w stosunku do szerokich ramion, które w swej młodości musiały być naprawdę potężne. - Panie – Filip złożył mu głęboki ukłon. – Wdzięczny jestem za nocleg i posiłek. Mam nadzieję, że będę mógł się odwdzięczyć. Jan zmrużył oczy, co oznaczało u niego intensywne myślenie. - W takim razie proszę cię, panie, żebyś dotrzymał nam towarzystwa przez najbliższe dni. Filip starannie ukrył swoje rozczarowanie faktem, że od razu nie wyruszy do domu. - Będzie to dla mnie prawdziwa przyjemność, panie. Ciepłe spojrzenie Karoliny utwierdziło go w tym przekonaniu. Jan de Laroy ciężko opadł na poduszki Audiencja była skończona. Karolina ruszyła do wyjścia, a Filip uśmiechnął się na myśl, że przynajmniej będzie miał okazję lepiej ją poznać.

Wydawał mu się taka naiwna i coraz bardziej pociągająca, kiedy rozmawiali przechadzając się po lesie. Przez korony dębów prześwitywały promienie słońca, wywołując błyski w jej włosach koloru miedzi. Karolina wyrzucała z siebie potoki słów, chcąc ukryć skrępowanie, jakie ją naszło. Spacerowała z tym nieznanym mężczyzną opowiadając mu o swoim życiu, o matce, która zmarła przy porodzie i o ojcu, który wychowywał ją od tamtej wydarzenia. Filip wydawał się tak odprężony, jak nigdy dotąd. Rozmowa nie sprawiała mu trudności, zupełnie, jakby znali się od bardzo dawna. Mimo nadzwyczajnej ilości słów, które wypowiadała, dziewczyna zachowywała jednak dystans. Jeśli rozmowa zbaczała na tematy dotyczące bezpośrednio jej osoby, zbywała Filipa krótkim zdaniem i zmieniała treść. Bawiła go ta narzucona tajemniczość, gdyż jej zachowanie było tak szczere i spontaniczne, że wyglądała jakby chciała mu opowiedzieć o wszystkim, co się jej do tej pory przydarzyło. Była tak różna od kobiet, z którymi obcował w trakcie trwania studiów. Tamte były zepsute, przesiąknięte rozpustą, nawet, jeśli były młode i pochodziły z dobrych domów. Budziły w nim odrazę, Zaś Karolina była niczym biała róża o delikatnych płatkach nie dotkniętych chorobą. Kiedy patrzył na nią, jej zaróżowione policzki i błyszczące oczy, chciał aby świat się na tym kończył. Nagle usłyszeli głośne rżenie. Naprzeciw nim pędził czarny koń, a na nim, niczym piekielna bogini, unosiła się postać rosłej kobiety z rozwianymi ognistymi włosami. Filip aż przystanął na ten widok i głośno zaczerpnął powietrza. - To moja siostra – szepnęła Karolina. Kobieta zatrzymała konia tuż przed nimi i lekko zeskoczyła z siodła. Ucałowała siostrę, a oniemiałemu Filipowi skinęła głową. - Filip Elvador – jej głos brzmiał jakby wydobywał się ze studni. – Cóż za spotkanie. - Blanka Mola – zdobył się na ukłon, chociaż kręgosłup miał sztywny niczym kij. – Pani, nie spodziewałem się… - Znowu uciekłaś mężowi? – Przerwała mu Karolina. - Jak zawsze, siostrzyczko – Blanka zwróciła ku niej swoją przystojną twarz. Jej uroda nie była delikatna, była powalająca w dosłownym tego słowa znaczeniu. Ogromne, dzikie, zielone oczy, grube, ściągnięte ku dołowi brwi, nad nimi wąskie czoło, z którego wyrastały wijące się rude włosy. Nos miała wąski i prosty, usta namiętne, aczkolwiek potrafiące kąsać tak jak słowa, które z nich wypływały. Przytłaczała swym wysokim wzrostem i mocną sylwetką. To nie była kobieta, jakich jest tysiące na świecie. To był mężczyzna, ale o bujnych kształtach i zaletach płci pięknej. Tak przynajmniej myślał o niej Filip. - Panie Elvador, czy mój zniedołężniały ojciec godnie cię ugościł? – Spytała, ukazując w uśmiechu ostre zęby, niczym wilk szykujący się do ataku. Filip poczuł się bezbronny. - Tak, dziękuję. Spuścił głowę. Blanka roześmiała się głośno, wcale nie dźwięcznie i wskoczyła na konia. Za chwilę gnała kłusem ku zamkowi. Dopiero po chwili zdołał podnieść głowę i napotkał wpatrzone w niego oczy Karoliny. - Nie wiedziałam, że ją znasz – zagadnęła bez typowej grzeczności. Przez moment parzył na nią w całkowitej ciszy, szukając w tej delikatnej postaci podobieństwa do siostry. Nie zauważył tego od razu, ale oczy Karoliny przybierały niekiedy ten dziki wyraz, który zauważył u Blanki, a usta stawały się bardziej namiętne, kiedy rozchylały w uśmiechu, ukazując małe ząbki. Blankę poznał, kiedy obaj z Ludwikiem hulali po zaliczonych egzaminach. Była jego pierwszą i jedyną do tej pory kobietą. Ludwik przedstawił ich sobie pewnego letniego wieczora podczas spaceru od jednej pijalni do drugiej. Mżyło, a ona szła wzdłuż nabrzeża otulona peleryną niczym uciekający złoczyńca. Prawie na nich wpadła i poszłaby dalej, gdyby Ludwik nie zawołał jej po imieniu. Zachowywała się wtedy zupełnie inaczej, niż w Słonecznym Lesie, płoszył ją każdy przechodzący człowiek. Jakiś czas później Ludwik zaproponował, żeby tym razem to Filip przeżył upojną przygodę z kobietą. - Wybierz którąś z moich znajomych, znajomych będzie twoja – zaproponował. Filip nie zastanawiał się zbyt długo. Blanka zrobiła na nim wystarczające wrażenie. Ludwik uniósł brew. - Najlepszy, ale i najtrudniejszy wybór. Jesteś koneserem, mój drogi – puścił do niego oko. Następnego wieczoru kłusowali nabrzeżem, wyjeżdżając za miasto. Stanęli przed niewielkim dworkiem w cieniu lipy, do którego prowadziła wąska ścieżka. W jednym z okien paliło się światło, dając znak, że pani domu ich oczekuje. Pojechali do stajni i tam przywiązali konie. - Pozwól, że tu poczekam – Ludwik ułożył się na sianie. – Powodzenia bracie. Kiedy Filip pukał do drzwi, czuł jak ogarnia go niepokój na myśl, że dzięki obcej kobiecie miał stać się mężczyzną. Wiedział, że po wszystkim będzie go dręczyć sumienie, ale to, co nastąpiło, przyprawiło go o obrzydzenie do siebie i tej kobiety. Ludwik zerwał się, gdy wrota stajni stanęły otworem. Wszedł Filip. Chwiał się, trzymając za nadgarstek, z którego sączyła się krew. Ludwika przeraził ten widok. - To o taką zapłatę jej chodziło – szepnął i podtrzymał przyjaciela, któremu krew odpłynęła z twarzy. - Ta jędza prawie wyssała ze mnie ducha – Filip ciężka usiadł na ziemi. – To było straszne. Piła moją krew, a potem dała mi swoją zmieszaną z jakimiś ziołami. Przez moment było cudownie. Dostaliśmy szału i zachowywaliśmy się jak zwierzęta. Zupełna ekstaza, ale kiedy zioła przestały działać… – Spuścił głowę. - Filipie między mężczyzną a kobietą zazwyczaj tak nie bywa. To, co ci się przydarzyło, było wyjątkiem – pocieszał Ludwik. Filip otarł czoło i westchnął. - Nigdy już nie dam się namówić na coś takiego. Kończę z kobietami. Karolina bacznie przypatrywała się temu pobladłemu mężczyźnie. Co tez mu Blanka zrobiła? Czy był on ofiarą, na której wypróbowywała swoje szatańskie sztuczki? Wiedziała wszystko o siostrze, która nie skąpiła jej opowieści o swoich podbojach. Kiedyś razem się w to bawiły, ale po ślubie Blanki Karolina szybko się opamiętała. Poza tym ona nigdy nie skrzywdziłaby człowieka, zaś jej siostra nadal znajdowała w tym nieukrywaną przyjemność.

Wieczorem zjadł kolację w towarzystwie obu sióstr. Karolina milczała przypatrując się Blance, której usta nie zamykały się. - Jak to się stało, że do nas zawitałeś? – Spytała. Cała ta rozmowa była subtelnym nawiązaniem do ich wspólnie spędzonego wieczoru. Filip miał już tego dość. Przełknął mięso, które od dłuższego czasu tkwiło mu w gardle. - Zbłądziłem – odparł krótko. W jej oczach dostrzegł błysk i zaczerwienił się jak dziecko. - Tak, wiem. - Wybacz pani, ale jestem już zmęczony- starał się wytłumaczyć i dolał sobie kolejną porcję wina. - Panie Elvador, dotrzymasz nam towarzystwa dziś wieczorem? – Bardziej zabrzmiało to jak rozkaz niż prośba. – Mam zamiar dobrze się bawić. Nieczęsto przyjeżdżam w odwiedziny do siostry. Czuł, że się nie wymówi. - Nie jestem w stanie odmówić ci, pani – odpowiedział starannie ukrywając ziewnięcie. Widząc to, Karolina uśmiechnęła się. - Chyba dużego pożytku to z nas nie będziesz miała siostro – wyraźnie podkreśliła liczbę mnogą. – Ja jestem już bardzo zmęczona, więc żegnam. Do jutra. Wolnym krokiem oddaliła się do swojej komnaty czując na plecach uporczywe spojrzenie Filipa. Blanka od razu znalazła się po jego stronie stołu. Jak do tej pory udawało mu się unikać z nią fizycznego kontaktu. Teraz nie miał już możliwości manewru. - Szybko uciekłeś tamtego dnia, Filipie – szepnęła przysuwając się bliżej. - Dziwisz się? – Usta wykrzywiło mu obrzydzenie. Miejsce na jego udzie, gdzie na moment położyła rękę, parzyło żywym ogniem. W zielonych oczach wyczytał, że jeśli ulegnie, to znów stanie się bezbronny. Lecz tym razem nie bał się jej. Pierwsze wrażenie, jakiego doznał na jej widok minęło bezpowrotnie. Była tylko zepsuta niewiastą pragnąca rozrywki. Czuł nad nią przewagą, wiedząc, że miała powód, aby tak się wystroić do kolacji. Wydawałaby się mu pociągająca, ale wspomnienie ich ostatniego spotkania zacierało cały jej blask. Blanka nie miał szans, ale wino powoli zaczynało mącić mu w głowie. Doliczył się trzech pustych dzbanów. Dobre wino zawsze stanowiło jego słabość i kiedy Blanka podał mu następny kielich, nie mógł się oprzeć. Przysunęła się bliżej i położyła mu rękę na ramieniu unosząc twarz w jego stronę. Dziwne wydało się Filipowi to uwodzenie. Jej twarz zaczęła tracić kontury, a na jej miejscu pojawiło się kochane oblicze Karoliny. Filipowi zdawało się, że traci zmysły. Pomógł mu jednak przypadek, kiedy to Blanka nieopatrznie strąciła dzban po winie, który rozprysł się o kamienną podłogę. To zbudziło Filipa z letargu. Wstał szybko, chwiejąc się. - Wybacz pani, ale jestem zbyt zmęczony, aby być ci użytecznym dziś wieczorem. Złożył jej krzywy ukłon i wyszedł. Blanka uśmiechnęła się do siebie. Znała takich mężczyzn, którzy udawali zakochanego w innej kobiecie, a w rzeczywistości pragnęli bardziej wyraźnych odczuć. Filip jednak bał się jej, czego nie przewidziała, lecz niczym najlepszy strateg umiała wykorzystać ten strach mając przy tym niezłą zabawę. Jej sumienie było zżarte przez lata rozpusty i przez męża, do którego czuła odrazę tak wielką, że musiała się od niej uwalniać sprawiając ból innym mężczyznom. Jedyną osobą, na której jej zależało była Karolina. W dzieciństwie zachowywały się niczym siostry syjamskie, ale później ich drogi rozeszły się w przeciwnych kierunkach. Karolina miał na tyle silny charakter, że zanim utraciła całą swoją niewinność, opamiętała się i wycofała z coraz bardziej niebezpiecznej gry, którą obie prowadziły. Sztuki zielarstwa nauczyła je niania. Powiedziała, że mają dar, tak jak ich matka. W piwnicach starego zamku znalazły mnóstwo różnego rodzaju mikstur, proszków, maści i książek z przepisami jak je stosować. Karolina posiadła sztukę ziołolecznictwa, lecz Blance to nie wystarczało. Chciała dowiedzieć się, jak może wykorzystać całą ta wiedzę do własnych celów. To wtedy pokłóciła się z Karoliną, która nie chciała krzywdzić innych, i wyjechała ze Słonecznego Lasu. Tamtej nocy, kiedy była z Filipem, wystarczyło zmieszać dosyć popularne zioła, aby młody chłopiec znalazł się w jej ramionach. Krew stanowiła tylko stymulujący dodatek. Zupełnie niepotrzebny, jak później myślała, gdyż w przeciwieństwie do innych przygód, ta skończyła się zdecydowanie zbyt wcześnie pozostawiając Blankę nienasyconą możliwościami młodzieńczego ciała. Mimo początkowych trudności, Filip był dobry w zaspakajaniu jej zachcianek. Starał się przebić barierę jej wyuzdania, dając w zamian czułość i delikatność, jakich nie doznała jeszcze od żadnego mężczyzny, ale ona to wszystko zepsuła, udając, że nie jest zainteresowana sentymentalnymi bzdurami. Teraz, kiedy ponownie stanął na jej drodze, postanowiła dokończyć swoje dzieło. Uznała, że Filip jest najlepszym kandydatem na ojca jej dziecka. Miał w sobie siłę i mądrość, których potrzebowała dla dziecka. Spojrzała w okno na księżyc w pełni. Ta chwila nigdy więcej nie miała się powtórzyć. Cel mogła osiągnąć jedynie podstępem, gdyż wpływ Karolina był zbyt wielki, żeby go ignorować. Filip otworzył oczy. Ktoś pozapalał wszystkie świece w jego komnacie. - Karolina? Postać odwróciła się. Tak, to była ona. Odetchnął z ulgą. Usłyszał, że na dworze szaleje wiosenna burza. - Boję się błyskawic – powiedziała. Usiadł na łóżku. - Dlaczego przyszłaś do mnie? Przecież komnata twojej siostry jest tuż obok. Karolina skrzywiła usta. - Ona jest taka zimna. Nigdy nie pozwoliłaby mi się do siebie przytulić, nie uspokoiłaby mnie. – Podeszła doi niego i usiadła obok. – Tak się boję, Filipie. Jej błagalne spojrzenie wystarczyło, aby znalazła się w jego ramionach. Filip zamknął oczy, kiedy poczuł na wargach jej delikatne pocałunki. Nie czuł wyrzutów sumienia, że się z nią kocha, przecież sama do niego przyszła, potwierdzając fakt, że od początku byli sobie przeznaczeni. - Tak, Filipie!…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%