Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 7 min czytania

Hoduję anioła

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Hoduję anioła. Anioła, który mnie strzeże. Tak jakoś wyszło, że zaczęłam go hodować przez przypadek, a teraz… zdążyłam się przyzwyczaić. No tak… a gdzie go hoduję? Na ramieniu. Siedzi blisko mego ucha i od kiedy pamiętam, coś zawsze do niego szepcze. Czasem krzyknie, ale nie tak często jak kiedyś – można mi coś nieraz wyperswadować mocniejszym słowem, a nie jak dziecku – przeważnie podniesionym głosem. Pamiętam jego pierwsze „trzy grosze’ – miałam chyba osiem lat. Wtedy wszystkie dzieci miały jakąś taką dziwną tendencję do oceniania innych po tym, jakie się ma zabawki. Ja nie miałam, niestety, czym się poszczycić w kategoriach: najbardziej pstrokaty słoń na wiaderku czy najwymyślniejszy kształt foremki do piasku. Byłam zazdrosna, a jak. Nawet nie zaczynałam zabawy, a jak już się dołączyłam, to tylko obserwowałam innych, a po chwili po cichu stamtąd uciekałam. Wracałam jednak wieczorem, by podziwiać prowizoryczne fortece wybudowane przez kolegów. I pewnego dnia zauważyłam w piasku ładną, zieloną foremkę w kształcie żaby, której zawsze zazdrościłam Pawłowi. Była naprawdę ładna, długo oglądałam ją, trzymając w dłoni. Wreszcie zdecydowałam – była moja. I niczyja więcej. W tym samym momencie ktoś mocno uszczypnął mnie w ucho. Szczebiot – w jego mniemaniu był to krzyk, a był wtedy dosyć skromnej postury - był na tyle nieznośny, ze z miejsca pobiegłam do Pawła, by zwrócić mu zgubę. Oczywiście nie przyznałam mu się, co chciałam z nią zrobić. Oczywiście bardzo się ucieszył. Ja trochę mniej… ale natychmiast sprowadzono mnie na ziemię. To znaczy… on sprowadził. Tak to się zaczęło, jak zwykle w momencie pierwszego upadku mego morale, dostałam swego anioła. Przez niego zresztą nabawiłam się początkowo małej manii prześladowczej, ale po jakimś czasie przywykłam, zresztą – nie miałam innego wyboru. Prawda…? … Dorastałam, on razem ze mną. Okres niewinnych psot miałam już dawno za sobą, niedługo po nim nastąpił okres uciekania przed odpowiedzialnością. Jak każda nastolatka buntowałam się, szczególnie przeciwko rodzicom, którzy przestali mi ufać jeśli chodzi o wyjścia do znajomych. Może mieli powody, ale żeby mnie aż tak rugać za to, ze koleżanka zmieniała czasem płeć w moich tłumaczeniach? Haniel jednak – bo tak miał na imię mój anioł – zawsze uciszał burzę, która szalała we mnie po kolejnej kłótni z nimi. Nie dość, że miałam powyżej dziurek w nosie kazań jak na jeden wieczór, to on wygłaszał drugie – fakt, był łagodniejszy, ale zachowywał dystans i jego słowa bardziej przemawiały do mnie niż argumenty rodziców. Ale jego słowa również bolały… i dzięki temu dawał mi do myślenia. Towarzyszył mi nawet w toalecie, kiedy tam z koleżankami obgadywałyśmy potworne, czerwone kokardki we włosach Kaśki z szóstej „e”. Nagle pojawiał się on i mierząc mnie od stóp do głów stwierdzał, że mnie samej w dziedzinie mody przydałaby się pomoc. To też bolało. … Był, kiedy umarła Babcia. Wtedy jego stanowczy i moralizatorski ton zamieniał się w ciepły i jakże piękny szept, który utulił mnie, zmęczoną płaczem do snu. Długo jeszcze czułam na twarzy jego delikatne dłonie. Modlił się wtedy za mnie. … Był też wtedy, gdy zafascynowana filozofią Wschodu zaczęłam stawiać w każdym kącie mojego pokoju figurki Buddy. Początkowo tłumaczył spokojnie, później podniósł głos, a nawet w pewnym momencie jedną z nich strącił na podłogę - specjalnie. Widziałam, że jest wściekły, ale dalej się z nim kłóciłam. Lubiłam patrzeć, jak jego śliczną twarz – podobno odbicie Boga…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%