Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 1 godz. czytania

Holl

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

„Holl”

Pierwszy dzień w nowej szkole. Frajda jak cholera, szczególnie dlatego, iż jest piątek. Jakby nie mogli mu darować tego jednego dnia! Ale nieeeee, im szybciej tym lepiej. Akurat. Zszedł z chodnika na jezdnię nie patrząc nawet czy przypadkiem nic nie jedzie. Wolnym krokiem przemierzył ulicę i zatrzymał się po drugiej stronie. Uważnie przyjrzał się młodzieży stojącej (bądź siedzącej na trawniku) przed szkołą. Podobny obrazek widywał prawie na każdym szkolnym dziedzińcu. - W każdym bądź razie jeśli mi się tu nie spodoba, zawsze mogę dać się wywalić - pocieszył się w myślach - Matka na pewno będzie kręcić nosem, bo ta nowa chata jest całkiem klawa. Ech, mówi się trudno! Poprawił plecak i przeczesał dłonią włosy. Sięgały prawie do ramienia, ale nie miał zamiaru ich ścinać. Między innymi dlatego, że dobrze ukrywały blizny na karku. Szkoda, że nie mógł nosić rękawiczek, gdyż blizny na przegubach też prowokowały ludzką ciekawość. Głupie pytania są najgorsze. Zadzwonił dzwonek i młodzież powoli znikała w dużych drzwiach budynku. A więc pierwsza lekcja w siódmej szkole w tym roku. Hurrra.

- Klasa! Proszę o ciszę! - zawołała piskliwie jego nowa wychowawczyni, a klasa (o dziwo!) natychmiast umilkła. - Mamy nowego ucznia! - powiedziała, jak gdyby nikt go nie zauważył. - Nazywa się Licen Hollen. Mam nadzieję, że znajdzie wśród was dobrych kolegów i koleżanki. - Co jest imieniem, a co nazwiskiem? - wyrwał się jakiś chłystek z pierwszej ławki. Nauczycielka popatrzyła na “nowego” niepewnie, więc odpowiedział - Hollen to imię - popatrzył po twarzach młodych licealistów, ale praktycznie żadna z nich nie wyrażała czegoś więcej niż uprzejmego zainteresowania. Reszta powstrzymywała się przed obscenicznym ziewaniem. Oczywiście czuł na sobie taksujące spojrzenia mocno umalowanych dziewczyn, ale to nie było czymś nadzwyczajnym. Zdążył przywyknąć do tego, że w każdej nowej szkole był rozchwytywanym facetem. Przyczyną jego powodzenia wśród płci pięknej, była jego atletyczna sylwetka i tajemniczy sposób bycia. To bardzo pociągało dziewczyny. Wolno ruszył w stronę pustego miejsca. Prawie zawsze w towarzystwie ludzi wolno się poruszał. Wolał aby nikt nie wiedział o tym, że jest szybki niczym iluzjonista. Nawet na wychowanie fizyczne przynosił zwolnienia z biegów, a w kosza grał dobrze lecz bez zbytniego zwracania na siebie uwagi. Całą swoją energię wyładowywał na pływalni (jeśli takowa była dostępna). Na szczęście to liceum ją posiadało. Już wczoraj umówił się telefonicznie z ratownikiem, na jakie godziny może się zapisać. Teraz siedział w pojedynczej ławce i nie zwracał uwagi na ukradkowe spojrzenia „tapetówek”, jak nazwał w myśli żeńską część swojej nowej “klasy”.

Przygotował się na najgorsze. Zaryglował drzwi, zasunął czarne rolety na oknach, na łóżku położył pięć woreczków z krwią, a sam się rozebrał. Popatrzył na zegar ścienny. Za pięć dwunasta. Czekał. Dzisiaj przepłynął dwa i pół kilometra. Miał nadzieję, że bestia będzie zmordowana. W pokoju stało tylko niewielkie łóżko okryte mocną, plastikową folią, a na ścianie nad drzwiami wisiał zegar na baterię. Wskazówki poruszały się niemiłosiernie wolno. Wolał to mieć już za sobą. Matka zastukała cicho do drzwi. - Wszystko w porządku? Może chcesz bym wyszła? - zapytała, a w jej głosie usłyszał lekką panikę. Odetchnął głęboko siląc się na spokój. - Zostań, to potrwa tylko godzinkę - po namyśle dodał - Dobrze zamknęłaś? - Tak, ale... - w jej głosie dźwięczała niepewność. - Drzwi wytrzymają. Masz pistolet?! Więc się nie wahaj. Będzie po sprawie. - Holl!!! - tym razem to ona przerwała - Przestań! - Idź spać, mamo. Cisza. Mógł sobie wyobrazić jak zrezygnowana spuszcza głowę. Wiedział, że dopóki rano nie zobaczy go całego, nie zmruży oka. - Dobranoc, synku.

Wolno otworzył oczy. Leżał jeszcze przez chwilkę, aż w końcu uświadomił sobie, że coś jest nie tak. Czarne rolety nie przepuszczały ani grama światła, więc spojrzał na zegarek. Dziesiąta trzydzieści. Ze zdumieniem stwierdził, że bolą go ramiona. Gwałtownie podniósł się z posłania i włosy, dosłownie, zjeżyły mu się na karku. Krew pokrywała łóżko i jego samego. Na ziemi leżały pęknięte torebki. W panice spojrzał na drzwi. Były OTWARTE, nie wyłamane. - Nie, proszę, tylko nie to! - jęknął. W biegu nałożył szlafrok i z impetem wparował do kuchni. Nikogo nie było. Bez namysłu poleciał do sypialni matki. Pustka. Wszedł do salonu. Nogi ugięły się pod nim i wylądował na kolanach. Zimno, czuł narastający chłód, choć na dworze słońce prażyło tak, że kwiaty usychały. Rękami objął głowę, a jego ciałem wstrząsnął dreszcz, a następnie szloch. Tak zastała go matka. - Holl, na miłość boską, co się stało?! - krzyknęła i upuszczając siatki podbiegła do niego. Spojrzał na nią półprzytomnie, nie rozumiejąc skąd się wzięła. - Zobaczyłem rozerwane woreczki...drzwi otwarte...ciebie nie było... Boże, myślałem... W mig pojęła o co mu chodzi, mocno przytuliła go do siebie. - Może się pomyliliśmy, może to dziś jest pierwszy dzień nowiu, może... - paplała co jej ślina na język przyniesie; sama w to nie wierzyła. Nigdy się jeszcze nie pomylili, a więc czy to możliwe, że koszmar dobiegł końca..?

Matka przetrzymała go w domu jeszcze tydzień. Nic. Ani razu się nie zmienił, ani razu nie miał ochoty na krew. Nie mógł uwierzyć w swoje szczęście, ale by być szczerym to brakowało mu czegoś... Wesoły, lecz lekko zdezorientowany, pojawił się w szkole. - Ooo! Holl, a już myśleliśmy, że panna Mufet cię odstraszyła! - klepnął go w plecy, na “dzień dobry”, nieznajomy chłopak. Holl spojrzał na niego zdziwiony. - Jestem Jack. Jack Monroe. Chodzę do klasy do której cię przydzielili, a panna Mufet jest wychowawczynią - wyjaśnił, mierząc go wzrokiem od stóp do głowy. - Ach, rzeczywiście - przyznał Holl, bez zbytniego entuzjazmu. Nie zrażony tym Jack zaproponował - Może pokażę ci naszą budę? - Jaaaaack! - wrzask był tak głośny i niespodziewany, że przestraszony chłopak aż podskoczył. Za nim stała niepozorna, jasnowłosa, najwyżej 11 letnia dziewczynka. Duże zielone oczy mogłyby ciskać błyskawice. - Czego? - Masz się mną zająć - oznajmiła pokornym głosikiem. Holl przyglądał się temu z rozbawieniem. - Eee, może innym razem? - pytanie skierowane było właśnie do niego - Zapomniałem, że na karku mam siostrę. Jack z zakłopotaniem patrzył na nowego kolegę. Widać było, że nie ma najmniejszej ochoty na zajmowanie się młodszą siostrą. - Spoko. - To na razie! - rzucił i zniknął w tłumie młodzieży. - Jaaaaaaack, gdzie jesteś?! - wrzasnęła siostrzyczka i pobiegła go szukać. Holl uśmiechnął się i raptem przypomniał sobie, że zostawił w szafce książkę do biologii, a do dzwonka pozostały niespełna dwie minuty.

Wewnętrzny głos ostrzegł przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Gwałtownie się odwrócił i wpadł na biegnącą z naprzeciwka dziewczynę. Oboje upadli. Dziewczyna, wykazując dobry refleks, zdążyła podeprzeć się nogą i zmieniając szybko ciężar ciała wylądowała na zgiętym kolanie. On wylądował mniej estetycznie, bo na tyłku. - Co do ciężkiej... - zaczął, ale gdy spojrzał na tamtą dosłownie zaniemówił. Miała bardzo mocno podkreślone czarną kredką oczy, długie rzęsy i gdyby nie jej czarne źrenice i spojówki, uznałby makijaż za obrzydliwy. Poczuł na plecach gęsią skórkę; patrzyła na niego spode łba, a wzrok ten nie wyrażał żadnych uczuć. Poprawka, był jak sopel lodu w gorące popołudnie. Poderwała się z posadzki. Holl z niesmakiem zauważył, że ma farbowane, króciutkie włosy. Nie lubił platynowych blondynek, więc od razu nie przypadła mu do gustu. Podniósł się i (całkiem niepotrzebnie) otrzepał spodnie. Ciemnoszara, wąska sukienka dobrze opinała wysportowaną sylwetkę nieznajomej. - Gdyby nie kolor włosów i krzykliwie pomalowane oczy, byłaby przeciętna - pomyślał, ale zaraz sam siebie poprawił - Nie, zwykła dziewczyna tak nie chodzi. Wyminęła go szybko, bez słowa. Poruszała się z iście kocią gracją, lekko kręcąc biodrami. Korciło go, ale się za nią nie obejrzał. Zadzwonił dzwonek. Wewnętrzny głos umilkł. Siedem kilometrów dalej, w małym domku letniskowym, przebudziła się z transu młoda kapłanka Boga Słońca. - Stało się - wyszeptała, czując narastające współczucie do nieznajomego jeszcze chłopaka.

Uderzał rytmicznie palcami o blat stołu. Próbował przypomnieć sobie jak leciała wokaliza na gitarę w muzyce do filmu “Desperado”. Przed nim siedziała dziewczyna o platynowych włosach, nieznajoma z korytarza. Albo nie czuła na sobie jego wzroku, albo specjalnie go ignorowała. Kiedy wpadł spóźniony do gabinetu biologicznego, nie była ani trochę zdziwiona czy speszona jego widokiem. Czarne oczy patrzyły na niego bez krztyny zainteresowania. - Dziwne. Może jest lesbijką? - pomyślał, obserwując tył jej głowy. Nie był aż tak zadufany w sobie by czuć się obrażonym tym, że jakaś laska nie okazała mu uwielbienia. Po prostu było to taką rzadkością, że naprawdę go to zdziwiło. - Panie Licen, proszę łaskawie powtórzyć co właśnie powiedziałam - piskliwy głos nauczycielki w pewnym sensie go obudził. - Panie Licen, proszę łaskawie... - zaczął, ale widzą minę biologiczki zamilkł na chwilę i bez namysłu rozpoczął monolog - “ Bakterie tlenowe pojawiły się ok 3,5 mld lat temu. Niektóre z bakterii są samożywne, jednak większość przystosowała się do pasożytniczego trybu życia i nie jest zdolna do życia poza żywym organizmem. Te formy są więc ewolucyjnie młodsze...” - Aaa! Więc mamy nowego geniusza w klasie! Dobrze panie Licen, od dzisiaj będzie miał pan specjalne zadania domowe! - była na niego wściekła i nic nie mogła mu zrobić; podyktował właśnie jej wypowiedź. Była wściekła, a jego obchodziło to tyle co zeszłoroczny śnieg. Zadzwonił dzwonek, ale nikt nie ruszył się z miejsc. Nauczycielka obróciła się na pięcie i wyszła. Jeszcze chwilę trwała grobowa cisza, a później zaczęły się wiwaty i oklaski. - Ale załatwił Kijankę!!! - ryczeli jedni. - Hej jak to zrobiłeś? - pytali drudzy, a on siedział nieruchomo z wzrokiem wlepionym w plecy nieznajomej blondyny. Bez pośpiechu pakowała książki to torby, nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem. Czekał cierpliwie, lecz nie odwróciła się. Zarzuciła torbę na ramię i skierowała się do wyjścia. Jakaś brunetka zastąpiła jej drogę, lecz po chwili szybko ustąpiła. - Niezły jesteś! - Jack przysunął swoją ławkę do Holla - Jak to zrobiłeś?!! Przecież widziałem, że spałeś z otwartymi oczami! - Mam podzielną uwagę - odparł Holl wymijająco. - Fajna rzecz! - Jack zamyślił się na chwilę - Ale chyba lepiej było dostać szmatę, teraz Kijanka będzie cię męczyć do końca roku. - Skąd wiesz, może już jutro nie będzie pamiętać. - Co to, to nie. Kijanka wredotę ma we krwi i nikomu nie daruje. Przynajmniej Lamii nie darowała - pokiwał mądrze głową i zaczął bawić się maleńkim wisiorkiem zaczepionym o zapięcie piórnika Holla. Ten z kolei głęboko się zastanawiał, co też włącza jego wewnętrzny alarm. Kiedy tylko wszedł do klasy, znów się rozdzwonił i tak było aż do końca lekcji. Specjalnie go wyciszył, by mieć wolną świadomość i myśleć o czym innym, lecz teraz sam się wyłączył. Czy miało to związek z tą dziewczyną? - Lamii? Nie znam... - ta część świadomości którą używał do kontrolowania środowiska zewnętrznego, wychwyciła pewną zmianę w głosie Jacka. - Nic dziwnego, minęliście się. Kiedy przyszedłeś do szkoły akurat jej nie było, a kiedy ciebie nie było to ona była. Zresztą powinieneś wiedzieć która to, siedzisz za nią - chłopak z entuzjazmem oglądał wisiorek w kształcie sztyletu. Brwi Holla uniosły się w geście zdumienia. - A więc moja piękna nieznajoma ma na imię Lamia - pomyślał z uśmiechem. - Musi mieć niezłe wtyki, skoro pozwalają jej na taki kolor włosów... - Człowieku! - Jack oderwał się na minutę od zabawki - Jej ojciec jest właścicielem tej zapyziałem budy! Zresztą to jak na razie najspokojniejszy z jej kolorów włosów - machnął lekceważąco ręką - Hej, fajny ten drobiażdżek, gdzie go kupiłeś? - Podoba ci się? Jest twój - powiedział, będąc myślami daleko stąd. Intrygowała go ta “Lamia”. Nawet bardzo.

Zmęczony położył się na kanapę i przymknął oczy. Była trzecia nad ranem, ale był całkowicie rozbudzony. Oddychał równo, ale płytko i tylko ten oddech świadczył o ogromnym strachu jaki przed chwilą doświadczył. Nie, wcale nie przed chwilą, to było prawie pół godziny temu. Otworzył oczy i spojrzał na zegarek. Tak, prawie pół godziny temu... - Cholera, dlaczego nie ma jeszcze glin?! - pomyślał gorączkowo. Dobrze, że matka miała akurat nocny dyżur w tutejszym szpitalu. Była naprawdę świetnym pediatrą, a tu docenili jej talent do zawodu... Przez niego znów się będą musieli przeprowadzić. Nie chciał tego. Podobało mu się to miasto, ci ludzie, ta szkoła, a nade wszystko fakt, że się nie zmieniał podczas nowiu. Do czasu... Nie wiedział co się stało. To znaczy, wiedział, że w jakiś sposób prawie się przeistoczył w krwiopijcę, ale nie wiedział dlaczego i jakim sposobem zdołał odwrócić ten proces... Zamknął z powrotem oczy i znów zobaczył tamtego chłopaka z rozharataną nogą. Uratowało go tylko to, że tamten potknął się i przewrócił, a cios dosięgnął tylko nogi. TYLKO nogi. - Ciekawe czy już się wykrwawił?! Czuł do siebie obrzydzenie, a emocje które wywołał widok świeżej i brunatno-czerwonej krwi napełniły go przerażeniem. Przez moment doznał niesamowitego uczucia pełnej władzy i nieposkromionej siły... Wtedy gdy budziła się w nim bestia, przez te kilka sekund świadomości w i e dz i a ł , że jest nie do pokonania. To było straszne i jednocześnie podniecające. Zacisnął powieki, bo wciąż widział tamtego zalanego w czuba, młodego chłopaka. Gdyby go nie zaczepił, nic by się nie stało. Głupia dyskoteka! Swoją drogą dziwne, że jeszcze nie przyjechała po niego policja. Holl próbował domyśleć się, co nastąpiło po jego ucieczce. Raban jaki podniósł tamten, zaciekawił na pewno wiele przechodzących obok osób. Ktoś pewnie wezwał karetkę, no i policję. Chłopak oberwał nieźle, ale szybka pomoc i powinien wyjść z tego cało. Gorzej będzie jak zacznie mówić. Z drugiej jednak strony, chłopak był nieletni i pod wpływem dużej ilości spożytego alkoholu, a więc raczej nie uwierzą w jego wersję wydarzeń. Na wszelki wypadek trzeba załatwić sobie alibi. - Najlepiej zacząć od zmiany odzieży i pozbyciu się plam krwi - pomyślał, patrząc na poplamione strzępki koszuli. Pękła, gdy się zmieniał. Trudno, trzeba wywalić do kosza, ale najpierw ją wypierze. Tak na wszelki wypadek. Wstał i ruszył w stronę łazienki na piętrze. Wchodząc po schodach zaczął się rozbierać i myśleć nad swoją wersją wydarzeń. Nic nie przychodziło mu do głowy.

Sygnał dzwonka niemiłosiernie kaleczył jego ucho wewnętrzne. Za głośno. Mimo iż nie spał całą noc, nie miał podkrążonych oczu ani mętliku w głowie. Do klasy wszedł gdy tylko dźwięk umilkł. Na nieszczęście nauczyciela jeszcze nie było. - Słyszałeś najświeższe nowinki?!! - Jack klepnął go entuzjastycznie po plecach i nie czekając na odpowiedź, kontynuował - Wczoraj napadł na Willego-Sprężynę wściekły pies i zżarł mu pół nogi! Ale heca! Podobno jeszcze jest nieprzytomny! - Kto? Pies? - do rozmowy wtrąciła się Lamia. Zmieniła kolor włosów. - O! Hej, Lamm. Wiecie, że teraz wyglądacie jak rodzeństwo?! - Jack zrobił komiczną minę, jakby bał się reakcji dziewczyny. - Rzeczywiście, trafiłam w ten sam kolor - powiedziała jakby do siebie i Holl odruchowo przeczesał swoje miedziane kosmyki. Czarne oczy, podkreślone takąż samą kredką, patrzyły na niego z nieodgadnionym wyrazem. Cały czas czuł psychicznie jej obecność. - No więc, nie złapali jeszcze tego psa, ale mówię wam będzie niezła obława i... - Jack nie dokończył, bo do klasy wszedł nauczyciel i wszyscy z hałasem zajęli miejsca. - Pies...wściekły pies... - ulżyło mu. Może nie będzie musiał się tłumaczyć. Może nie będzie musiał się przeprowadzać.

- Pan Licen Hollen? - mężczyzna w tandetnym, szarym garniturze, chwycił go za ramię - Można prosić na słówko? Holl zmierzył go uważnym choć znudzonym spojrzeniem. Mężczyzna wyciągnął policyjną odznakę i powtórzył pytanie. Holl niechętnie odszedł z nim na ubocze szkolnego korytarza. A już się przestał martwić... - Mam do pana kilka pytań. Gdzie był pan dzisiaj pomiędzy drugą a trzecią rano? - glina przystąpił do sedna sprawy. - Z nim nie pójdzie mi łatwo. Nie jest typem którego można spławić - chłopak, by zyskać na czasie, poprawił torbę i odpowiedział - Spóźnię się na lekcje. Mężczyzna chwilę mu się przyglądał. - Mamy poważnie rannego dzieciaka w twoim wieku... - zaczął - Nie mam z tym nic wspólnego - skłamał gładko, ale facet ciągnął swoje. - Który na dodatek twierdzi, iż to ty go zaatakowałeś... - Niby czym? Siekierą?! Policjant chwilę milczał, po czym zmienił ton. - Skąd wiesz, że rany były duże? - Coś gadali dzisiaj w szkole, że pies go zaatakował i zżarł mu pół lewej nogi... - Nikt nie mówił o tym która noga została zraniona - oczy mężczyzny zwęziły się w szparki, a Holl poczuł znajomy chłód wewnątrz siebie. Rozpaczliwie próbował uspokoić budzącą się w nim bestię. - Nie, nie teraz! - myślał, bojąc się skutków tej przemiany - Boże przecież jest biały dzień! Jak to możliwe?! Ale już czuł woń krwi, już widział maleńkie zacięcie na szyi tamtego. Cholera! Czy facet musiał golić się tak nieostrożnie?! Oddech stawał się urywany i wiedział co za chwilę nastąpi. Musiał stąd uciekać zanim będzie za późno, a jednocześnie nie mógł zmusić swojego ciała do posłuszeństwa. Na zewnątrz był spokojny i opanowany, a wewnątrz drżał ze strachu i zwierzęcego pragnienia. - Dłużej nie wytrzymam - pomyślał, rozpaczliwie szukając ratunku. I nagle... - Cześć kochanie! - znajomy głos i uczucie. Lamia odgarnęła z jego karku włosy i bez żenady ucałowała jego blizny. Jej ramiona oplotły go i przytrzymały na miejscu. Czuł, że bestia znów zasypia. Ze ściśniętego gardła dobył się głos cichy, ale mocny. - Cześć - i tylko tyle. Lamia dalej go obejmowała i wtulała swoją twarz w jego szyję. - Czego chce ten pan od ciebie? - Myśli, że mam coś wspólnego z tym wypadkiem po dyskotece. Willy twierdzi, iż to ja go zraniłem. Zaśmiała się. - Pewnie wdał się w jakąś bójkę na noże i teraz głupio mu się przyznać, że przegrał, więc zwala winę na innych. - Gdzie znajdował się pan między drugą, a trzecią, panie Licen? - głos tamtego był naprawdę bardzo nieprzyjemny. - Był ze mną. - Całą noc? - Uczyliśmy się... biologii - powiedziała to takim tonem, że Holl niemalże uwierzył. - Czy to prawda? - policjant zwrócił się do niego. - Zarzuca mi pan kłamstwo?! Może nie pamięta pan, ale to właśnie mój ojczym sponsoruje w większej części tutejszą policję. Na pewno wolałby aby czyniła ona jakieś postępy, a nie poddawała w wątpliwość moje słowa - zimna i wyrachowana, taka właśnie była. - Przepraszam, że zająłem pana drogocenny czas i dziękuję za pomoc w śledztwie - odpowiedział mężczyzna. Odwrócił się i skierował się w stronę wyjścia. Był bezradny. Holl mocniej przyciągnął Lamię do siebie, mając wielką ochotę ją pocałować. Lecz dziewczyna bez widocznego trudu wyswobodziła się ze stalowego chwytu, po czym uderzyła go mocno w twarz. - Głupek - powiedziała i odeszła.

- Tak mamo, pamiętam - odkrzyknął i wyszedł. Było już ciemno, ale jemu to nie przeszkadzało. Prawdę mówiąc to nie lubił słonecznego światła. Raziło za bardzo jego oczy. Szedł szybko, gdyż do sklepu był kawałek, a za 10 minut zaczynał się w telewizji jego ulubiony serial “Farscape”. Jak zwykle matka zapomniała kupić lodów bakaliowych, a teraz miała na nie ochotę. Niestety dostępne były tylko w jednym sklepie w tym mieście. - Będzie szybciej jak pójdę przez cmentarz - pomyślał i skręcił w boczną uliczkę. Oczywiście znów jakiś gówniarz zbił uliczną lampę i droga była nie oświetlona. O mały włos a potknął by się o przewrócony śmietnik. Na szczęście zwierzęce poczucie równowagi zapanowało nad jego ciałem i zwinnie przeskoczył nad przeszkodą. Z uśmiechem popatrzył na podświetlaną tarczę zegarka. Zdąży bez problemu. Przejście przez cmentarz zajmie mu najwyżej dwie minuty. Przystanął na trzy sekundy, gdyż wydawało mu się, że słyszy wrzask. Ruszył znów i znów się zatrzymał. Coś z głośnym sapaniem biegło wprost na niego. Odruchowo przypadł do ściany. “Coś” minęło go w pośpiechu. Nawet nie zdążył zauważyć co to było. Wzruszył ramionami i podjął wędrówkę. Nie zwrócił uwagi na krótki sygnał ostrzegawczy jaki pojawił się w jego głowie. Do sklepu dotarł po upływie trzech minut. Zostały mu jeszcze cztery. Musiał się pospieszyć. Schował kupione lody i skierował się z powrotem do domu. Mijając cmentarz poczuł jak jego wewnętrzny głos każe mu paść na ziemię. Bez namysłu go usłuchał, niestety był zbyt wolny. Poczuł na plecach ciężkie łapy zwierzęcia. Gdy tylko wylądował na ziemi, błyskawicznie odturlał się w bok. Zaskoczone zwierzę odskoczyło od niego. Holl szybko podniósł się i stanął w pozycji obronnej. Zdumienie odebrało mu mowę, ale nie zdolność jasnego myślenia. Półtorametrowe zwierzę, o gęstej brązowo-czarnej sierści, patrzyło na niego z nienawiścią. Jeszcze chwilę kołysało się na dwóch łapach, po czym z cichym stąpnięciem opadło na cztery. Łeb miało podobne do wilka, ale pysk był bardziej masywny, a zęby dużo większe i ostrzejsze. Nagle bestia zaatakowała i choć Holl się tego spodziewał, nie zdążył całkowicie odskoczyć. Pazury zwierzęcia rozerwały mu nogawkę. Noga była ledwie draśnięta, ale zapach krwi był aż nadto wyczuwalny. Przynajmniej dla niego i bestii. Wiedział, że jeśli nie wydarzy się cud, to będzie następną ofiarą “wściekłego psa”. Tyle, że tym razem to nie on jest tym “psem”. Z sarkazmem pomyślał, że policja już nie będzie go podejrzewać. Zwierzę odbiło się od ziemi i runęło w jego stronę. Znów udało mu się odskoczyć, ale wiedział, że szczęście wkrótce go opuści. Jak na ironię nie wyczuwał aby budziła się w nim bestia. Chyba po raz pierwszy powitałby tę transformację z radością. Przez głowę przemknęła mu dzika myśl: czy on też tak igra ze swoimi ofiarami? Może, ale jego ofiarami nie byli ludzie. Przynajmniej do wczoraj... Uciszył swoje sumienie, bo zwierzęciu najwyraźniej znudziły się te podchody. Kątem oka zauważył drabinkę przeciwpożarową przy pobliskich metalowych schodach. Skoczył w jej stronę, ale w tej samej chwili do ataku rzuciła się bestia. W ułamku sekundy zdał sobie sprawę, że nie zdąży. Zwierzę powaliło go na ziemię i tym razem mocno go do niej przygwoździło. Holl zacisnął zęby w oczekiwaniu na cios. Minęły dwie sekundy które wydawały mu się wiecznością, gdy nagle zwierzę z głośnym rykiem zwaliło się obok niego. Bez zastanowienia zerwał się na nogi. Znajomy wewnętrzny sygnał znów się odezwał. Holl odwrócił się, ale nikogo nie zobaczył. Nadal jednak czuł... - Wyjdź z cienia i tak wiem, że tam jesteś - rzekł na tyle głośno, żeby było go słychać na końcu ulicy. - Zamknij się głupku! Głos zza jego pleców należeć mógł tylko do jednej osoby. Lamia z napiętą kuszą podeszła do leżącego zwierzęcia. Dwa cienkie drzewce sterczały z jego pleców. Czubkiem buta kopnęła na wpół rozwarty pysk i wtedy ciało zmieniło wygląd. Teraz w kałuży krwi leżał martwy dzieciak, lat około trzynastu. - Co zamierzasz teraz z nim zrobić? - zapytał już ciszej, Holl - Chyba go tak nie zostawisz... Lamia zbyła milczeniem tę uwagę, ale przynajmniej popatrzyła na niego. On z kolei nie mogąc znieść jej zimnego spojrzenia, popatrzył na ciało. Zachłysnął się powietrzem, bo ciało nagle rozpadło się w szary pył który rozwiał nagły podmuch wiatru. Strzały o srebrnych ostrzach z brzękiem upadły na chodnik. Dziewczyna pochyliła się i je podniosła, po czym wytarła o sweter i włożyła do sakiewki przy pasku. Obok niej pojawił się bezszelestnie wysoki mężczyzna. Położył jej rękę na ramieniu, a kiedy kiwnęła głową, odszedł. Patrzył na nią nie próbując ukryć zdziwienia. - Już drugi raz ratuję ci skórę. Wiesz, że przyjdzie czas na spłacenie długów... - Jestem ci szalenie wdzięczny, ale byłbym bardziej szczęśliwy gdybyś zechciała mi wytłumaczyć co się tutaj dzieje! - nałożył nacisk na ostatnie słowa. - Jesteś głupi, czy nieuświadomiony? Teraz on milczał. Mierzyli się przez chwilę wzrokiem i był pewien, że nie zawahała by się i wpakowała mu nóż w plecy gdyby zaszła potrzeba. - Ktoś w końcu będzie ci musiał powiedzieć, ale doprawdy nie wiem jak ty żyłeś przez te 17 lat - pokręciła z niedowierzaniem głową i się odwróciła. - Czekaj...! Lamia wskoczyła do czarnego dżipa który właśnie po nią podjechał i bez słowa odjechała. Holl popatrzył na rozwalone pudełko lodów. - Ciekawe co ja powiem mamie...

Patrzył na zadrukowane kartki papieru. Udawał, że czyta. Już trzeci dzień nie było jej w szkole. Jakby mimochodem zapytał siedzącego obok Jacka - Coś ostatnio nie widuję Lamii, wiesz może dlaczego nie chodzi do budy? Chłopak popatrzył na niego jak na dinozaura, ale zaraz się roześmiał. - Ach, tak. Ciągle zapominam, że jesteś tu nowy. Otóż przyjechał ojczym Lamm, a jak przyjeżdża to ona jest zwolniona z lekcji, wiesz ma wtyki. Holl zmarszczył brwi - Jej ojczym? - Taa... Lamia jest adoptowana, nie wiedzia...rzeczywiście, nie mogłeś wiedzieć -odparł Jack i z powrotem zaczął przyglądać się grze toczonej na boisku. Tydzień temu skręcił kostkę i lekarz zabronił mu przez 2 tygodnie biegać. Koledzy śmiali się i mówili, że wybrał najgorszy moment, bo właśnie odbywały się eliminacje szkolne do Międzymiastowych Zawodów Koszykarskich. Holl jak zwykle wymigał się od uczestnictwa i nudził się teraz na zajęciach wuefu. Zwykle wolną godzinę przeznaczał na bibliotekę, ale tym razem Jack poprosił go aby mu towarzyszył (i przy okazji odrobił zadanie z matmy). Prawdę mówiąc, Jack nadawał się tylko na sportowca. Skręcona kostka była wynikiem zbyt forsownych treningów, a nie jak twierdził - szkodliwości nauki. - Patrz jak ten idiota podaje! - zawołał zrozpaczony - Pacanie! Masz wolne pod koszem, tam podawaj! - Mam do niej sprawę, nie wiesz przypadkiem gdzie mieszka? - powrócił do tematu, Holl. - Szybciej, ruszaj się kurduplu! - Jack krzyczał jak opętany - Co? O co pytałeś? Holl powtórzył. - Ach, widzę, że wpadła ci w oko! Dobra rada weterana: daj se siana. Z nią ci nie przejdzie, mówię ci. - Wiesz, czy nie wiesz? - Górą! Górą mówię! A tak, chyba na West Point. Numeru nie pamiętam, ale dom to ty zauważysz, nie martw się. Jest tak wielki, że pewnie widać go z księżyca! - Dzięki.

Jack lekko przesadził, ale dom był naprawdę duży. - 150 pokoi jak nic. Ciekawe czy ma kryty basen? - pomyślał i już miał podejść do bramy, gdy zauważył kamery video - Wątpię czy powita mnie z otwartymi ramionami, może lepiej wejdę mniej tradycyjnie. Cofnął się trochę i rozejrzał. Stał w maleńkim parczku, a mur okalający rezydencję państwa Hizopp miał wysokość ok.2,5 metra. Rozglądnął się ponownie, ale nikogo nie zauważył. Lekko ugiął kolana i mocno odbił się od ziemi. Zdołał chwycić krawędź i bez trudu się podciągnął. Chwilę siedział na murze, a upewniwszy się, że nic mu nie grozi, zeskoczył miękko na zielony trawnik. Nigdzie nie zauważył kamer ani strażników, jednak pochylony podbiegł w stronę budynku. Ogrodnicy nie próżnowali. Dostrzegł przynajmniej trzech w ogrodzie i dwóch w sadzie. Niezauważony dotarł do frontowych drzwi. Odruchowo otrzepał spodnie i koszulkę, po czym nacisnął dzwonek. Wiedział, że ją zastanie, gdyż już odezwał się w nim sygnał. Prawie od razu otworzyła mu drzwi pokojówka w nieskazitelnie czystym fartuchu. Holl uśmiechnął się lekko. Przez moment odniósł wrażenie, że przeniósł się w czasie. - Proszę? - zapytała go, niemłoda już i otyła kobieta w białym czepeczku. - Dzień dobry, czy zastałem pannę Hizopp? - zapytał całkiem niepotrzebnie, gdyż zza jej ramienia zauważył Lamię. - Proszę wejść. Kogo mam zaanonsować? Był tak pochłonięty przyglądaniem się dziewczynie, że z trudem odpowiedział na pytanie - Licen Hollen. Będzie wiedziała o kogo chodzi. Kobieta lekko dygnęła i odeszła w kierunku dziewczyny. Lamia rozmawiała właśnie z wysokim i barczystym mężczyzną około pięćdziesiątki. Jej zwykle nastroszone włosy były teraz gładko zaczesane, a skąpe koszulki i bufiaste spodnie zastąpił wdzięczny strój do tenisa. Ostry makijaż gdzieś znikł. Prawie ją nie poznał. Wyglądała jak dobrze ułożona panienka. - Straszne - pomyślał. Mężczyzna zakończył rozmowę i obrócił się w stronę Holla. Był na swój sposób bardzo przystojny. Gęsta broda pokrywała kwadratowy podbródek; wysokie czoło było odsłonięte, gdyż włosy nieznajomego zostały krótko przycięte. Pokojówka powiedziała coś do Lamii i ta gwałtownie zwróciła się w jego stronę. Po raz pierwszy zastanowił się, czy ona potrafi wyczuć jego obecność. Pewnie nie... - Lamio, może przedstawisz mnie swojemu koledze? - odezwał się mężczyzna. Dziewczyna szybkim krokiem podeszła do niego. - Tato, to jest Holl, Holl to jest mój ojczym. Uścisnęli sobie dłonie. Pan Hizopp miał zniszczone od wody i soli ręce, pewnie był kiedyś marynarzem. Holl wiedział to, ponieważ miał wujka który służył na statku i jego dłonie wyglądały tak samo. - Masz silny uścisk, ciekawe... Grasz może w baseball? - Nie, proszę pana - odpowiedział grzecznie, a po chwili dodał - Dużo pływam. Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem. - Gdzie trenujesz? Bo chyba nie na tej kałuży na Welsson Street? - Właśnie tam, choć przyznaję, że nie jest to basen moich marzeń - nigdy mu to nie przeszkadzało, ale wiedział, że taka odpowiedź spodoba się tamtemu. - Lamio, powinnaś zaprosić go do nas na trening. - Oczywiście, tato - choć w jej głosie dźwięczała nutka entuzjazmu, oczy pozostały zimne - Holl, może napijesz się herbaty? Holl roześmiał się w duchu. Takiej Lamm jeszcze chyba nikt nie widział. Gdyby powiedział jej ojczymowi jakie z niej ziółko, na pewno by nie uwierzył.

- Wiesz po co przyszedłem, więc przejdźmy do rzeczy - powiedział, rzucając kurtkę na oparcie kanapy. Ona tymczasem stała i patrzyła przez duże okno na kort tenisowy. Zapanowało niezręczne milczenie. Ciszę przerwało wejście służącej z herbatą. Lamia ruchem ręki ją odprawiła i sama zabrała się za nalewanie do filiżanek. Czekał nie okazując zniecierpliwienia. - Teraz twój ruch - pomyślał. Ze zdziwieniem stwierdził, że filiżanek było pięć. - Lepiej wytłumaczy ci te sprawy Tony - w końcu się odezwała,

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Holl — czytnik · opowiadania