Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 7 min czytania

Horacy

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Kot nazywał się Horacy i był brzydki jak noc. Ktoś kiedyś nazwał go Horacym i tak pozostało – przyzwyczaił się już do tego imienia i w niczym mu nie przeszkadzało. Był stary, futro wyłaziło z niego całymi kłakami i nie miał jednego oka. Odkąd je stracił, stracił też całą chęć do życia. Inne koty omijały go szerokim łukiem – bo i co to za kot, który w ciemności wpada na innych, wygląda jak pogięty kij a w dodatku śmierdzi na kilometr. Kot, który się nie myje to nie jest kot. Kiepskie wrażenie potęgował jeszcze fakt, że od urodzenia, od swoich pierwszych dni, był przeraźliwie chudy i długi – właściwie to nie było go widać, kiedy szedł prosto a dopiero, gdy skręcał.

Mieszkał z człowiekiem – równie brudnym i pokręconym, jak on sam. Był to włóczęga, lump, szmaciarz, nieistotny człowiek, który nawet nie pamiętał swojego imienia – całe lata zalewania szarych komórek najdoskonalszym wynalazkiem ludzkości (najdoskonalszym wynalazkiem natury?) zrobiły swoje. Włóczęga miał swój worek, w worku dobytek, na zewnątrz zaś półprzytomną minę idioty, zesztywniałe z brudu szare spodnie i jakiś łach imitujący sweter. Podobnie jak kot był przeraźliwie chudy i podobnie jak on - pozbawiony chęci do czegokolwiek. Ich wspólnym domem był śmietnik przy betonowym bloku – mieszkali tu razem od prawie trzech miesięcy i jeszcze nikt nie kazał im się wynosić. Należy to uznać za osiągnięcie.

Dzieliło ich wszystko. Horacy był brudnym kotem a włóczęga podobno człowiekiem. Też jednak brudnym. Łączyły dwie rzeczy. Po pierwsze : kulawa przyjaźń. Po drugie : obaj byli degeneratami.

W tamtą zimową noc człowiek wszedł do śmietnika, cisnął w kąt swój worek i głośno beknął. Potem usiadł, posiedział prawie bez ruchu chyba z godzinę, następnie zaś westchnął, wstał i sięgnął do worka. Wyjął coś, czego Horacy nie był w stanie zidentyfikować ; ostatnio jednak niewiele był w stanie zidentyfikować – świeżo wydrapane oko skutecznie uniemożliwiało mu prowadzenie jakichkolwiek dokładniejszych obserwacji. Zdrowym okiem patrzył więc jak człowiek podnosi coś do góry, przygląda się uważnie czemuś, a następnie .... nie. Chyba nie, chyba jednak nieistniejące oko płata jakieś sztuczki. Musiał się przewidzieć, przecież nawet zdegenerowani włóczędzy nie robią takich głupot. Resztka kociego rozsądku mówiła mu jednak, że wcale się nie przewidział – oto człowiek przechylił coś, a na twarz chlusnęła mu struga obrzydliwie śmierdzącej cieczy. Kot aż zwinął się w swoim kącie ; smród był nie do wytrzymania. Człowiek zaś polewał obficie swoją twarz, głowę, ramiona, nogi .... Sięgnął później jeszcze raz do worka, znów chwilę pogrzebał ... i nagle wybuchnął okropnym wrzaskiem – to chyba był płacz, ale Horacy nie miał pewności – jeśli był to istotnie płacz, włóczęga musiał przeżyć coś potwornego – od dźwięków, jakie wydawał kotu zjeżyła się cała sierść. Lump zaś zgarbił się cały, wcisnął w kąt śmietnika i szlochał. Kotu było nieswojo. Wyszedł z ciemnego kąta i otarł o nogi włóczęgi. Tamten popatrzył na niego – najpierw bezrozumnym, nieprzytomnym i złym wzrokiem, potem jednak jego twarz złagodniała i wygładziła się trochę. Opanował drgawki, westchnął i podrapał Horacego po grzbiecie. Kot aż wyprężył się z radości – ostatnią osobą, która zrobiła coś takiego była ... Zresztą nieważne. To było dwa miliony lat temu. Od…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%