Fantastyka · 44 min czytania
HortensiaTravel
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Wbiła się wygodnie w skórzane obicie fotela pasażerskiego i wydała z siebie przeciągły ciężki oddech. Pomasowała opuszkami palców skronie i przymknęła oczy, oddalając się od skumulowanej kuli dźwięków. Lecz kula nie dawała wytchnienia, doganiając ją kolejnymi susłami wołając „Kuku! Tutaj jestem, paskudo!”. Zrezygnowana otworzyła oczy, opuściła głowę na zagłówek i zapatrzyła w bezkres czerni. Odbicie Księżyca rysowało się na szybie. Z tej odległości wydawał się ogromny, jak podstawiony duplikat. Zerknęła na zegar. Czekali sześć długich godzin, a sytuacja zdawała się nie mieć końca ani początku, zlewając w bezkształtną masę. - Pani przewodnik, długo jeszcze tutaj tak sobie postoimy? - Kolejny imbecyl, który nie potrafi rozróżnić prostych stanowisk. Ile razy miała powtarzać, że nie jest pieprzoną przewodniczką, tylko pilotką? Czy tak trudno odróżnić dwie definicje? Miała serdecznie dosyć ciągle kogoś poprawiać. Przybrała klasyczny promienisty uśmiech niestrudzonej opiekunki, który miała wytrenowany od lat i przygotowany na każdą okazję, a uwierzcie, było tych okazji niezliczona ilość. - Jak na moje doświadczenie to myślę, że jeszcze poczekamy tu z pięć, sześć godzin. Widzi pan, przed nami jeszcze sześć wojażerów i dwie duże kursówki. Za duży przemiał, za mało Srażników Egzosferycznych i dlatego tyle to trwa. Odkąd pracuję zauważyłam, że z tygodnia na tydzień sytuacja na egzogranicy sukcesywnie się pogarsza, ale niestety nie mamy na to wpływu. - A nie można by jakoś tego przyspieszyć? No wie pani, jakaś drobna gratyfikacja dla Strażnika. Pogadałbym z resztą i coś byśmy uzbierali. Uśmiech numer dwa – grzeczne politowanie. - Proszę pana, to nie te czasy gdzie można bezkarnie przekupić pracowników miąższem z Jakuru, nasionami protomaku, czy pyłem kryształowym. Teraz są dodatki służbowe, premie weekendowe, a poza tym u nas panuje przepych, bo wszystko można sobie zamówić przez GalacticExpress. Szkoda nawet próbować, bo nie dość, że narazi się pan na wysokie kary, to jeszcze naprzykrzy Strażnikom, co znacznie odbije się na postoju. Mężczyzna wyglądał jakby chciał coś jeszcze dodać, ale tylko wydął usta, ukłonił się grzecznie i odszedł na swoje miejsce. Ludzie kompletnie nie rozumieją z czym mają do czynienia, każdy chciałby wszystko na już i teraz. A przecież uprzedzała ich, że tak wygląda rzeczywistość i nie unikną kolejek. Jeżeli tego nie akceptują, to po jaką cholerę decydowali się na wycieczkę? Jak tak dalej pójdzie, będzie musiała znaleźć inną pracę. Tylko kto zatrudni w galaktycznej turystyce ledwie znającą dialekt Mokutański przeciętną Ziemankę? Mokutan, Tauran, Nowy Mars (który już dawno powinien zmienić nazwę na Stary, ale upartym Marsjanom ciągle wydaje się, że są w centrum galaktycznego zainteresowania) – zacofane światy, do których podróżują już przede wszystkim Ziemianie. Dlaczego tam? Wiadomo, jeśli jest jakieś miejsce, do którego chcą się dostać błękitne małpy to w grę muszą wchodzić pieniądze. Jakie ma znaczenie dokąd podróżują, jeśli wydają małe koszty? Coraz bardziej gardziła robotą. Wyobraziła sobie, że jest rezydentką na wiecznie gorącym i słonecznym Auranium, gdzie turyści z całej galaktyki zażywali cudownych kąpieli w leczniczych wodach źródlanych planety, która swoją nazwę zawdzięcza właśnie przez substancję przypominająca płynne złoto. Fantastyczne źródła w połączeniu z białymi kredowymi górami nie bez podstaw zasłynęły mianem krainy mlekiem i miodem płynącej. Każdy chciał tam pracować, każdy chciał tam wypoczywać. Ale nie każdy mógł. Praca na Auranium to zaszczyt i przywilej jakim mogli się szczycić tylko najwybitniejsi. Był taki czas, kiedy zdawało jej się, że mogła być jedną z nich, zanim zaczęła jeszcze pracować dla obecnego biura podróży. Poszła na rozmowę o pracę do jedynego Ziemskiego oddziału AuraniumTour i bezbłędnie przeszła proces rekrutacyjny. Jednak coś poszło nie tak na finalnej rozmowie kwalifikacyjnej, nie spodobała się lub powiedziała o słowo za dużo, a rekruter odpowiedział tylko „Skontaktujemy się z panią za pomocą AuraniumNET”, na co ona, lekko skonsternowana, odpowiedziała „przecież ja nie korzystam z AuraniumNET”. „Ślicznie dziękujemy i prosimy oczekiwać odpowiedzi!”. Pomyślała wtedy, że pieprzonemu droidowi musiały się synapsy przepalić, ale żadne dodatkowe wyjaśnienia nie zdały sprawdzianu, a odpowiedź, oczywiście, nigdy nie nadeszła. Po jakimś czasie Aurański tour operator zamknął oddział, tym samym ograniczając możliwość pracy Ziemianom w turystycznym El Dorado, nie wspominając o możliwości spędzenia tam wakacji. Naturalnie na rynku otworzyła się nowa nisza, bo choć prawdziwych bogaczy, w skali galaktycznej, na Ziemi szukać jak na lekarstwo, tak znaleźli się tacy, którzy oddaliby trzy czwarte swojego majątku za kilka dni relaksu w złotych źródłach. Więc kilka mądrzejszych głów stworzyło firmy pośredniczące, które zajmowały się lotami na planety przyjaznym i sympatycznym Ziemianom (a jeszcze bardziej ich sympatycznym portfelom) z oddziałami AuraniumTour, wypełniały wszelakie formalności i oddawały zadowolonego klienta w ręce potentata turystycznego. Prosty zabieg generujący miliardy GalactiCoinów. Z zamyślenia wyrwał ją subtelny ruch wojażera, kolejka przesunęła się o oczko. Pora na ogłoszenia parafialne. Wstała, odwróciła się do pasażerów i przekręciła bransoletkę na przegubie w tryb głośnomówiący. - Moi drodzy, przed nami jeszcze jeden wojażer i zaraz zadokujemy na Stacji po stronie Mokutańskiej. Wtedy spokojnie wyjdziemy, rozprostujemy nogi, pójdziemy za potrzebą i ewentualnie coś zjemy. Bar znajduje się po państwa lewej stronie. Proszę pamiętać, aby przez cały czas mieć wgrane swoje GalactiPassy i nie oddalać się od wojażera. Zmęczeni, ale sążnistym krokiem przeszli przez portal statku. Kątem oka zobaczyła w ruchu przepiękną torebkę ze srebrnymi cekinami. Za kolejną wypłatę koniecznie musi kupić do kolekcji identyczną lub bardzo podobną. W środku zostały dwie osoby, jedna podeszła do niej. To był ten sam gość sprzed kilku chwil. Jak mu było na imię? Lata pracy całkowicie pozbawiły ją jakiejkolwiek zdolności zapamiętywania imion, a nie lepiej miało się z twarzami. - Pani Anette, czy mogłaby nam pani pomóc? Mam mały problem z teściową. Sama sobie nie poradzi, egzoszkielet też powoli odmawia posłuszeństwa. Pomogłaby nam pani dojść do toalety? Uśmiech numer trzy – służalcza uprzejmość. - Jasne, proszę za mną. A ile mama ma lat, jeśli to nie sekret? - Sto czterdzieści dwa, ale wszyscy mówią, że wygląda na dwadzieścia mniej. Anette przyjrzała się twarzy kobiety pooranej przez piaski czasu. Rzeczywiście, pomimo wspomagaczy wyglądała całkiem zgrabnie. Trochę przykurczona, rzadkie mleczne włosy na okrągłej głowie, lecz z promiennym uśmiechem niedostępującym jej na krok. Przekładnie w jej głowie zatrybiły. Dwa dni wcześniej, w czasie pierwszego dnia wycieczki, podczas zwiedzania Mokutańskiego Mauzoleum Pradawnych, facet zapytał ją czy wycieczka mogłaby trochę zwolnić ze względu na starszą panią. Rzecz jasna, nie mogła tego uczynić, wycieczka to przecież bestia o wielu głowach, do tempa której trzeba się przystosować i nie można jej modyfikować z powodu jednostki. Z drugiej strony zachodziła w głowę dlaczego ktoś zdecydował się wziąć pod swoje skrzydła osobę niepełnosprawną, jeśli wiadomo, że nie będzie w stanie zaliczyć programu wycieczki. Przekroczyli automatyczny portal wojażera i przed ich oczami rozpostarł się ogromny świetlisty tunel, którego początkiem była jedna magnetyczna bariera, a końcem druga. Pomiędzy bramami rozciągały się cztery statki oczekujące na wlot do egzogranicy Ziemskiej. Dziewczyna wskazała najbliższy szalet i poprowadziła dwójkę pod same drzwi. Koło miniaturowego bunkru stał paskudny drab o poszarzałej skórze. Coś było nie tak. Anette podeszła z wyciągniętą ku niemu bransoletą na znak zapłaty, ale humanoid tupnął nogą. - Przecież chcemy mu zapłacić – powiedział gość. - To nie tak, Mokutańczycy tupią kiedy się z czymś nie zgadzają – odpowiedziała. - Daje nam znak, że nie da się zapłacić GalactiCoinami. - Nie da się, czy nie chce? Anette wzruszyła ramionami. Dobrze znała grę Mokutańczyków. Wzbraniali się przed GalactiCoinami, bo była dla nich bezwartościową walutą. Liczył się tylko towar. Zbyt często zdarzała się sytuacja, że na którejś stacji „terminal wysiadł” czy „zabrakło połączenia”. Oficjalnie Porozumienie Intergalaktyczne nie pozwalało na takie procedery, ale kto udowodni, że sprzęt naprawdę nie uległ awarii? Na pewno nie Ziemianie, którzy o tamtejszej technologii nie mieli bladego pojęcia. - Mają państwo coś na wymianę? Gość spojrzał porozumiewawczo na teściową i na Anette. Pokręcił głową. Anette o mało nie wyszła z siebie, ale nie dała tego po sobie poznać. „A te pokaźne torby pod siedzeniami to puszki z powietrzem?” pomyślała. Ołowiane powietrze zeszło z jej płuc i powiedziała, że zobaczy co da się zrobić. Niech to szlag by jasny nagły wszystkich trafił! Akurat teraz gdy nie wzięła w podróż powrotną nic poza jej ukochanym skarbem. Może nie licząc przepysznego Jakurowca, ale mówimy o p r a w d z i w y c h skarbach. Ale „nasz klient, nasz pan” psia wasza mać! Zacisnęła szczękę i wyjęła z kieszeni małą fiolkę, której zawartość mieniła się tęczowym spektrum. Sproszkowany róg jednorożca, tak przynajmniej zwany w tych okolicach kosmosu (tak naprawdę to tylko na Ziemi i tak szczerze to tylko przez nią). Legendarna przyprawa, która dodana do każdego dania, słodkiego, kwaśnego czy słonego, uwydatnia i wzmacnia jego smaki do tego stopnia, że inne dodatki stają się zbędne. Jedna szczypta i voila! Wykwintne danie z najlepszych restauracji prosto w twoim domu. To jedyna rzecz, którą uważała za warte uganiania się na Mokutanie, ale trzeba wiedzieć do kogo podejść, w jakim czasie i jaki towar wymienny przygotować. Nie każda podróż na planetę kończy się zakończonym sukcesem zakupem, tym większa ogarniała ją wściekłość, że musiała rozstać się z przyprawą za tak błahą usługę. Dała znak, że można wchodzić do toalety, obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę palarni. Upłynęło trochę czasu od ostatniego dymka jakim zaszczyciła nieskazitelnie zdrowy układ nerwowy, więc organizm wił się i błagał o następną dawkę, nie biorąc odmowy za opcję i grożąc buntem poszczególnych organów odpowiedzialnych za motorykę. Zbliżyła się do dystrybutora cyfrotytoniu i popieściła go bransoletką. Maszyna wyrzuciła na ekran rodzaje dostępnych tytoniów, lecz dziewczyna bez zastanowienia wybrała miętę i system ściągnął wymaganą ilość GalactiCoinów. Skierowała się w przyciemniony kącik Stacji, z dala od wścibskich oczu i nad wyraz wrażliwych Mokutańczyków. Przekręciła bransoletkę wybierając opcje palenia. Cyfrozbiorniczek był w pełni naładowany i wystarczał na trzydzieści minut rozkosznego grzechu. Ustawiła sesję na trzy minuty i pozwoliła, aby nikotynowa substancja, powoli i subtelnie, została wprowadzana do organizmu. Naprawdę, dziwne czasy, pomyślała. Człowiek już dawno zrezygnował z przestarzałych e-papierosów, a ukrywa się jakby go przyłapali w szkolnej szatni. Ciekawe dlaczego? Może czuła na nich swój wzrok, który jednoznacznie mówił „widzimy co robisz”? Bzdurne dywagacje. A mogła być już w swoim mieszkaniu, pustym i zimnym, ale jednak własnym. No ale nie, bo po co! Lepiej siedzieć ponad normę pięć godzin w kolejce, prawda? Zawsze się znajdą tacy, co to muszą się wybić z grupy, choćby tylko po to, aby utwierdzić się w przekonaniu, że są lepsi. Dlaczego ludzie uważają, że inność oznacza bycie ponad gwiazdami? A wszystko sprowadzało się do jednego momentu, w którym zebrała grupę i przedstawiła, jak jej się ówcześnie wydawało, prosty wybór. Wybawienie ze szponów czasowstrzymywacza-rozciągacza. - Moi mili, mam dla was propozycję – zaproponowała. - Istnieje pewna możliwość, aby dyskretnie przyspieszyć czas i znaleźć się w domu wcześniej niż zakładamy. Pewna furtka, jeśli pozwolicie, która zagwarantuje rychły powrót. Zanim przekroczymy pierwszy etap odprawy granicznej możemy zdecydować się na porzucenie wojażera i przeprowadzenie przez awaryjny pas pieszy. Pokrótce oznacza to, że na pasie również zostaje dokonana odprawa, ale jak możecie zauważyć, po państwa prawej – tu wskazała niedługi sznur czekających – kolejka jest o wiele mniejsza od tej przed nami. Myślę, że przeszlibyśmy w około czterdzieści minut. Następnie skierowalibyśmy się do kapsuł ewakuacyjnych i każdy z nas poleciałby do punktu zbiorczego na Antarktydzie. Stamtąd kursują międzykontynentalne bulletplainy, więc bezproblemowo wrócilibyśmy do hotelu. Odchrząknęła. - Na czym polega haczyk? Przy wylocie z Ziemi zadeklarowaliśmy tak zwany zamknięty portal, co oznacza, że ilość osób opuszczających planetę musi się zgadzać przy powrocie. Jeżeli zabraknie choć jednej osoby pilot wojażera zmuszony będzie do ogromnej kary pieniężnej podyktowanej surowymi przepisami Mokutańskmi. Jeśli zdecydowalibyśmy się na ten wariant, musielibyśmy zrobić zrzutkę na mandat. Jest nas sporo, więc myślę, że kwota nie przekroczyłaby dwudziestu tysięcy GalactiCoinów od osoby. Decyzja musi być jednogłośna. Albo wszyscy idziemy, albo zostajemy. Natomiast widzę, że nie zebraliśmy się tutaj wszyscy, dlatego prosiłabym o odszukanie reszty, wtedy zrobimy małe zebranie w wojażerze i zagłosujemy. Anette policzyła obecnych, odjęła ich od manifestu transportowego i w wyniku brakowało sześciu osób. Pięcioro z nich znajdowało się nieopodal statku, natomiast przepadła gdzieś rudowłosa kobieta z szyją wystrzeliwującą w kosmos. Łysy mężczyzna, pan Baldini, ochoczo zadeklarował, iż znajdzie tyczkonogą piękność i migiem sprowadzi ją z powrotem. Dodał, że podjął już decyzję i w razie gdyby rudowłosa wróciła, a on nie, żona zagłosuje za niego na rzecz pójścia na pieszy. Czas ponownie uciekał, a raczej powłóczył niemiłosiernie wydając świst marnowania życia. Tik-tok, zaraz zapadnie zmrok. Tik-tak, życia ci brak. Pilotka zastanawiała się jak można zgubić kobietę, która zasadniczo mogłaby podawać się za kuzynkę żyrafy. Szczęśliwie nie musiała spędzać na jednostronną debatę kolejnej puli minut i Baldini wrócił okraszony promiennym uśmiechem zwycięzcy, niczym myśliwy ze zdobyczą. Więc pani pilot mogła na spokojnie wyjaśnić nowo zainteresowanym na czym polega trik i zaczęli głosować. Na moment przed podniesieniem rąk, Baldini, tchnięty boskim oświeceniem, ni stąd ni zowąd zapytał Anette czy będą ze sobą musieli tachać bagaże. - Oczywiście – odpowiedziała. Przecież statek będzie nadal musiał tutaj czekać, co doprowadzało do szewskiej pasji Valdera, kapitana tego cudownego kosmolotu, więc podręczne manatki wypadałoby wziąć ze sobą. Mężczyzna zmarkotniał i wyszeptał coś do małżonki. Głosowanie za i głosowanie przeciw. Dwadzieścia cztery głosy na tak i jeden na nie. Zastanówcie się kto się wyłamał. Rozpętał się chaos przekrzykiwania. Informacje fruwały w powietrzu atakując ośrodek słuchu postronnych pasażerów. Dezinformacyjne piekiełko. Jedni nie rozumieli drugich, drudzy przekręcali słowa pierwszych. W rezultacie kolejne trzy osoby również zmieniły głos na nie. I w ten sposób skazali się na tortury. Ale to minęło, odpłynęło z nurtem w otchłań przeszłości. Bransoletka zawibrowała oznajmiając koniec trzyminutowej dawki. Anette wstała na pół zrezygnowana, acz pchnięta poczuciem obowiązku. Drażniący ból szarpnął nerwy jej brzucha; trzy pieprzone tygodnie i znowu to samo, kobiety nie mają lekko. Powróciła na łono wojażera i zupełnie oddała się dźwiękom kojącej muzyki Guradians of the Universe, The Star Trekkers i The Interstellars. Klasyki, których czar pochłonęło zapomnienie, jak gwiezdny pył Drogi Mlecznej.
The stars are bright and the Io is big, but your love is like a rose's prick. Blow me away, take me high, Before the relentless end is nigh.
Nikt nie potrafił pisać tak pięknie o nieuchwytnej miłości jak Cormac „The Milky Man” Jones. W rytmie new space wave dało się wyczuć każdą cząsteczkę pustki i pełni, a wszystko zdawało się banalne i pozbawione ciężaru dylematów codzienności. A gdyby tak się zakochać? Do kosmolotu wpadł pospiesznie Valder, uruchomił maszynę i przesunął do przodu, a kobieta spostrzegła przed nimi ostatnią kursówkę. Zebrała turystów, tym razem wszystkich, i skierowała do środka. Zielony sygnał na bransoletce wskazywał poprawną liczebność zasiadłych, więc mogli spokojnie czekali na wlot na pas neutralny. Anette przypomniała o GalactiPassach bransolet, zapewniając, że nie ugrzęzną na długo i Mokutański Strażnik zaraz podejdzie sczytać Passy. Po kilku minutach kosmita zjawił się uprzejmie potwierdzając tożsamość, w jego mniemaniu Obcych, a uprzejmie znaczy tyle co nie uradzając nikogo barbarzyńskim gestem. To tyle jeśli chodzi o Mokutańską gościnność. Bezproblemowo znaleźli się na pasie neutralnym, który rzecz jasna miał ich przygotować na kolejne godziny męczarni. Przed przelotem na strefę Ziemską, uczestnicy wycieczki znów mogli oddać się rozrywkom Stacji, a Anette i Valder zajęli się typową papierologią i przygotowaniem na końcowy etap przeprawy przez Egzosferę. Anette zastanawiała się jak poradził sobie Yaro, wyruszający nieco wcześniej i przekraczający zamiast Stację Mokutan – Europa Wschodnia, jak to było w ich przypadku, wybrał Stację Mokutan – Azja Zachodnia, gdzie panował nieco mniejszy ruch i przy odpowiednich wiatrach kosmicznych skracali przeprawę do maksymalnie trzech godzin. Niestety Biuro HortensiaTravel nie posiadało licencji na Wschodni Pas, toteż Anette musiała wciąż i na nowo godzić się z losem. To był długi tydzień i zasługiwała na odpoczynek. Wpierw, na dobry początek tygodnia, została wysłana na jednodniówkę na Tauran, gdzie Ziemianie mają zwyczaj zwiedzać Kolebkę Praojców, uważaną za miejsce spoczynku pierwszej cywilizacji zamieszkałej nasz wszechświat. Na drugim miejscu biuro zaplanowało wizytę w przeogromnym zoo, które szczyciło się najpokaźniejszymi gatunkami z całego znanego i zbadanego kosmosu. Wielbiciele fauny mieli nie lada gratkę obserwować przedstawicieli spektroidów, dalmoidów, frazerów, a wzrok najbardziej przykuwały zwierzęta zagrożonego, bądź praktycznie wyginiętego gatunku. Tego drugiego reprezentowały dwa cudowne leopigstery, starszy i młodszy, które ze względu na prawdopodobne wyginięcie samic, nie miały szansy na rozmnożenie. Każdy chciał spojrzeć w te przepiękne, upstrzone jasnymi kropeczkami oczęta. Ostatnia przeczytała, że kosmobiolodzy do końca nie znają dokładnego pochodzenia sympatycznych futrzaków, choć większość teorii nadal wskazuje na odległe zakątki przestrzeni kosmicznej, na świat poskąpiony przez jasne i ciepłe promienie jakiejkolwiek gwiazdy. Następnie zorganizowano godzinny czas wolny na zakup pamiątek, po czym przygotowywali się na wylot. Wrócili o niezłej godzinie, klientela była zadowolona, więc i szefowa odpaliła nieco większy bonus niż zazwyczaj. Wtedy też po raz pierwszy w swojej karierze dostała napiwek od turystów, którym do gustu przypadła jej towarzyska osobowość, bądź smak i efekt wysokoprocentowej Taurańskiej malakówki. Wtorek przypadł na pracę w biurze, co wiązało się z odpowiedzią na tysiące pytań klientów, mozolną i długotrwałą rezerwacją noclegów, przygotowywaniem jadłospisów, zatrudnianiem miejscowych przewodników, przedpłatą wejściówek do atrakcji i tak dalej. I jeszcze wszystko by zniosła gdyby nie trzydziestopięciogodzinna doba Tauranu, czy dwudziestodziewięcio i półgodzinna Mokutanu. I jak tu się wpasować w przestarzałe systemy, gdzie niekiedy trzeba potwierdzać rezerwację głosowo! Ziemia nawet nie zbliża się do setki najprężniej rozwijających się, pod względem technologicznym planet, ale to co dzieje się na wspomnianych światów potrafi rozszarpać nerwy niejednego flegmatyka. A Anette do takowych zdecydowanie nie należała. W środę jednodniówka na Mokutan – nieudana z powodu dwukrotnej awarii systemu podtrzymywania artyfikalnej grawitacji wojażera, co finalnie skutkowało kilkugodzinnym oczekiwaniem na podstawienie drugiej maszyny i pretensjami podróżnych. Wielokrotnie namawiała szefową do wymiany przestarzałych i coraz częściej awaryjnych gruchotów, ale Anna Maria del Hortensia należała do tradycjonalistek, którym nie w smak było podążanie ze trendami pozaziemskich technologii. Czwartek ponownie biuro, a w piątek z rana kończąca się właśnie trzydniówka, znów obejmująca Tauran i Mokutan. Każdy przędzie jak może i Hortensia słynęła przede wszystkim z organizowania wycieczek w tamte okolice, co było kolejnym minusem dla spragnionej przygód pani pilot, nie znoszącej zawodowej rutyny i mającej serdecznie dość lotów w te same miejsca. Oczywiście zdarzały się drobne odstępstwa od programu, ba, czasem i nawet organizowali wycieczki Ziemskie, ale Anette jeszcze bardziej frustrowały takie zlecenia. Głównie ze względu na brak obeznania z niektórymi miejscami i krótkim okresem przygotowawczym. Obecny kurs od początku szedł nie po jej myśli, chociażby przy samym wylocie z Ziemi sterczeli ponad trzy godziny na przeprawie. Takie sytuacje dotąd nigdy się nie zdarzały, a czas oczekiwania, nadal długi, ale nie przekraczał półtorej godziny. Skutki przyprawiały ją o skurcze żołądka i palpitację serca, a głowa dymiła od przeliczeń i ściskania całego planu pierwszego dnia, byle wyrobić się z programem. Zawsze można było wprowadzić drobne korekty, tu przyjść wcześniej, tam zmienić z soboty na niedzielę (na obczyźnie łatwiej było posługiwać się Ziemską nomenklaturą), gdzie indziej wyjść troszkę wcześniej, czy skrócić czas wolny o godzinkę. Jednak absolutnie nie istniała opcja pominięcia najdrobniejszego punkciku, gdyż biuro musiałoby oddać część pieniędzy za braki w programie, a to odbiłoby się po kieszeni Anette. Szczęśliwie wieloletnie doświadczenie i orientacja w terenie – a także spory zapas energii w nogach – pozwoliły jej zmieścić się w czasie ze wszystkim, jak zawsze. Kosztowało ją to mnóstwo zdrowia, ale była profesjonalistką. Pozwalała sobie narzekać, jednak tylko w ściśle kontrolowanych warunkach, poza biurem, przy braku członków grupy w polu widzenia i słuchu. Jedyną nieprzyjemnością – nie wliczając…