Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Przygoda · 9 min czytania

Horyzont burz

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Pamięci Williama Willisa

Spojrzał ma barometr. Nie było dobrze. Na niebie kotłowały się niskie chmury pędzące na północny wschód. Wydawało się, że runą za chwilę ku powierzchni oceanu nie mogąc udźwignąć brzemienia atlantyckiej, lipcowej burzy. Ich kolor przechodził z szarości w fiolet a ten w ciężki granat. Gdy wyszedł na rozchybotany pokład w twarz chlasnął mu zimny, wilgotny wiatr. Przymknął oczy studiując go ze znawstwem. „Wiatr moją biblią...” – pomyślał i uśmiechnął się do siebie. Przecież to jego własne słowa z książki napisanej po samotnej wyprawie przez Pacyfik wyprawie na „Siedmiu Siostrzyczkach”. Wtedy po raz pierwszy postanowił zmierzyć się z żywiołem sam na sam. A może z samym sobą? Nie pamiętał już zbyt dokładnie własnej motywacji. Liczyło się tylko morze – nieskończona przestrzeń a on w jej centrum. Tu samemu trzeba szukać drogi, żadnych latarni – tylko gwiazdy w nieliczne bezchmurne na Atlantyku noce. Wyczuł w wietrze jakąś nerwowość. „Tak, wiem – mruknął pod nosem – trzeba zrefować póki czas, bo później mi nie pozwolisz. Zgadza się?” Odpowiedział mu tylko jęk want torturowanych naprężeniem masztu. Wyostrzył do wiatru, pozwalając grotowi wpaść w łopot. Poluźnił fał – grot opadł o jakieś pół metra. Szybko zaknagował fał powtórnie, nie pozwalając opaść płótnu żagla niżej. Szybko obwiązał reflinki wokół bomu, po czym podciągnął żagiel z powrotem, aż do oporu. Rzucił jeszcze tylko raz okiem w górę sprawdzając trym żagla. Nie dostrzegł nierówności płótna, która pojawiła się przy samym maszcie pomimo tego, że odległość nie wynosiła więcej niż cztery metry. William Willis skończył tego roku siedemdziesiąt pięć lat.

Wrócił do kokpitu. Zabezpieczył wszystkie ruchome elementy. Przelotnie pomyślał o zabezpieczeniu aparatu radiowego, ale zrezygnował z tego po krótkiej chwili. Radio i tak nie działało od dwóch tygodni. Zerknął do schowka z żywnością i zaklął. Hermetyczne opakowania nie wytrzymały długiego kontaktu z wilgocią i solą. Zabrane przez niego w rejs suchary, mąką i cukier były teraz bezkształtną masą rozrobioną ze słoną, morską wodą i olejem silnikowym, którego zbiornik znajdował się obok, a który zawsze przeciekał z powodu obluzowania pokrywy. Bogiem a prawdą nie zaglądał tu od dwóch dni, najnormalniej w świecie zapomniał o jedzeniu –nie po raz pierwszy zresztą. Patrzył przez chwilę na pozostałości swoich zapasów, uśmiechnął się lekko, zamknął delikatnie schowek. „Jeszcze trzy – cztery dni i powinienem być w Irlandii. –pomyślał – na Pacyfiku obywałem się bez jedzenia po kilka dni. Wytrzymam i teraz.” Podszedł do maleńkiej, wysuwanej ze ściany półki, która służyła mu za biurko. Spisywał tu swoje notatki a także uzupełniał wpisy w Dzienniku. Wierszy nie pisał już od wielu lat. Zagarnął luźne, wilgotne kartki i wrzucił je do szczelnej szuflady. Rozejrzał się jeszcze raz uważnie dookoła, uznał, że wszystko jest jak należy. Gdy wyszedł na pokład wiatr ustalił już swój kierunek dmąc coraz silniej z południowego zachodu. William ocenił jego prędkość jakieś trzydzieści pięć węzłów. „Za kilka godzin dogoni nas niezgorszy sztorm –uznał –Cały ten Prąd Zatokowy powinno się nazwać „Aleją Sztormów”. Sprawdził jeszcze naciągi want oraz sztagów, po czym wrócił do kokpitu z zamiarem położenia się na godzinę lub półtorej. Wiedział, że gdy burza już go dogoni nie odejdzie od steru przez dwa a może trzy dni. Nie bał się –pragnął następnej próby. Był poranek 20 lipca.

Obudził go głuchy odgłos. Woda lała się do kokpitu wściekle bulgocąc. William zerwał się gwałtownie, jak zwykle uderzając głową o niski sufit. Zaklął po marynarsku, skoczył w kierunku wejścia brnąc po kolana w lodowatej, zielonkawej wodzie. Jeden rzut oka wystarczył mu, by zorientować się, że przetaczająca się po pokładzie fala zdołała wyrwać zamek wejściowy i drzwi pod naporem wody otworzyły się wpuszczając do wnętrza łodzi ocean. Wychylił ostrożnie głowę na zewnątrz oceniając sytuację. Nim wzrok zarejestrował pierwsze obrazy on już wiedział. Był otoczony. Zamknięty w wyjącej klatce pomiędzy chmurami a rozszalałą powierzchnią oceanu. Stał chwilę, zasłaniając oczy przed słonymi bryzgami fal, przed żrącą solą. Usta okolone siwym zarostem wykrzywiły mu się drapieżnie. Uwielbiał te chwile, gdy stawał twarzą naprzeciw huraganowi. Tam wściekłość, tam nienawistne demony, mrok, huragan, błyskawice i ocean. Tu człowiek –z siwymi włosami przylepionymi do…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%