Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Inne · 6 min czytania

Hospicjum

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Zastanawiałam się, co czuje człowiek, który żyje w obliczu śmierci. Czy planuje ostatnie miesiące życia? Mogę sobie tylko wyobrazić, co przeżywają jego bliscy na wieść o nieuleczalnej chorobie. A co wtedy, gdy choroba dopada starsze i samotne osoby? Próbując odpowiedzieć na te pytania, oprę się o cytat Lwa Tołstoja: „Dobro rodzi się wtedy, kiedy ludzie zapominają o sobie’ oraz o historię z mojego życia, której nigdy nie zapomnę. Znałam kiedyś kobietę, która mieszkała w domu naprzeciwko. Moja rozmowa z nią ograniczała się do zwykłego „dzień dobry”, które wymawiałam z czystej kultury, ale bez większej sympatii. Pewnego dnia dowiedziałam się, iż jest ona chora na nowotwór. Zaczęłam się jej przyglądać. Sama nie wiem czy z ciekawości, czy z litości, bo pierwszy raz miałam styczność z osobą tak chorą. Dopiero wtedy zauważyłam, że pani Marysia, bo tak miała na imię, jest bardzo samotna. Córka z mężem i siedmioletnią córeczką wyjechali za granicę w pogoni za lepszym życiem, zostali tam na stałe. Jednak nie mogłam przełamać strachu, bałam się odwiedzić tę kobietę. Z przymusem, po rozkazie babci, by dowiedzieć się czy czegoś nie potrzebuje, zapukałam do drzwi tej staruszki. Otworzyła a koło jej nogi łasił się piękny kot, biały pers. Pani Marysia zaprosiła mnie do środka na ciepłą herbatę i ciastka czekoladowe. Ku mojemu zdziwieniu cały czas się uśmiechała. Nie mogłam zrozumieć jak kobieta, która wie, że umrze i nie ma dla niej ratunku, może się uśmiechać. Nie miałam jednak śmiałości zapytać o to. Z czasem moje wizyty u niej były coraz częstsze, mówiłam na nią babciu. Opowiadała mi o swojej młodości, rodzinie, pracy, ale o chorobie nic nie wspominała. Stawała mi się coraz bliższa. Widziałam, jak z każdym dniem słabnie, po prostu traciłam ją. To było chyba w czwartkowe popołudnie. Przyszłam pod dom i pukałam w drzwi pięć minut, lecz nikt nie otwierał. Weszłam pomalutku do środka i zobaczyłam leżącą w kuchni sąsiadkę – zasłabła. Zadzwoniłam po karetkę a ta szybko zawiozła ją do szpitala. Od lekarza usłyszałam, że pani Maria potrzebuje całodobowej opieki, bo sama sobie nie poradzi. Długo myślałam, co zrobić i pomyślałam o hospicjum. Dwie ulice dalej był taki budynek, zajrzałam tam i zobaczyłam pełno ludzi chorych, takich jak moja sąsiadka. Bałam się zaproponować „babci”, aby tam zamieszkała. O dziwo, zgodziła się, a ja obiecałam ją odwiedzać. Na początku czuła się tam obco, nikt z nią nie rozmawiał oprócz przemiłych i opiekuńczych pielęgniarek, które zapewniały jej opiekę i pełno czułości. Z czasem moja sąsiadka znalazła tam przyjaciół. Ja tez poznałam wielu młodych ludzi, którym przyświecał jeden cel: pomoc ludziom nieuleczalnie chorym. Prawnie nazywano ich wolontariuszami, ale dla mnie była to grupa cudownych osób, która bezinteresownie poświęcała swój czas tym, dla których nie ma już ratunku. Wolontariusze rozmową i ciepłem dodawali otuchy chorym, a czasami też zmniejszali ich ból fizyczny. Codziennie stykali się ze śmiercią, zdawali sobie…

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Hospicjum — czytnik · opowiadania