Ustawienia czytania
Preferencje tekstuŹródło: ustawienia tej wizyty
Motyw

Fantastyka · 13 min czytania

Hot Chocolate

Bezpłatny fragment · pierwsze 50%

Przedpołudnie było leniwe. Choć trattoria funkcjonowała już od prawie trzech godzin, Roberto nie sięgnął dotąd jeszcze po zatknięty za fartuchem skórzany portfel, by wydać komuś resztę. Nie zdradzę wam zbyt wielkiej tajemnicy jeśli powiem, że najchętniej nie wydawałby jej wcale – jego widlasta ósemka pochłaniała galony benzyny w tempie, którego pozazdrościłby nawet miejscowy pijaczyna Billy. Odkąd Wuj George wdał się w irackie tarapaty, paliwo drożało z dnia na dzień i nie było temu widać końca. Przyjdzie chyba uznać, że czasy, gdy napiwki wystarczały na codzienne balangi trwające do rana, papierosy, kolorowe rozkładówki, nawet na butelkę Jacka Danielsa co sobotę, minęły bezpowrotnie. W ogóle cała ta dzielnica zeszła na psy! Klasa średnia (powie mi ktoś, co to jest za cholera? Ta średnia klasa? Czy ktoś w ogóle o niej słyszał?!) A więc klasa średnia, o ile kiedyś pomieszkiwała tutaj, przeniosła się gdzieś w okolice Piątej Alei, pozostawiając opustoszałe mieszkania takim jak on, potomek włoskich emigrantów. Ledwie wiązał teraz koniec z końcem! Chociaż okoliczne kamienice pokryło niewybredne graffiti, czynsz wcale nie zmalał. Co dwa tygodnie płacił za tę zatęchłą budę tyle, że starczyłoby na nowiutkie, tuningowane felgi do jego Mustanga, a prawdopodobnie nawet na opony do nich. Takie, jakie wypatrzył gdzieś za szybą, rozpłaszczając na niej nochal, jakby fasada sklepu z ogumieniem była witryną cukierni, a on małym Roberto w krótkich portkach, wiecznie zasmarkanym i śliniącym się na widok panettone. Hmmm... Pirelli Zero Rosso... Kiedyś w końcu sprawi je sobie i będzie palił gumę odjeżdżając stąd z piskiem po zamknięciu knajpy. Odjeżdżając tam, gdzie jeszcze nie ma mazgajów na ścianach i obwieszonych tombakiem latynosów.

-Rachunek? Facet pod oknem płacił tylko za poranną latte. Dwa pięćdziesiąt. Odliczone co do centa, to chyba jasne, nie? Roberto, wcale tym nie zdziwiony, wprawnym ruchem dłoni zgarnął miedziaki ze stolika. Blat wykonany był ze świetnie wypolerowanej Białej Marianny i zgarnianie z niego bilonu przypominało sztuczkę ekwilibrysty. Miał już życzyć w duchu temu skąpcowi, by wypita kawa nie pozwoliła mu najbliższej nocy zasnąć, gdy napotkał jego spojrzenie. Niech to szlag! Facet nie spał już chyba od tygodnia! Przekrwione białka rozbieganych oczu nasuwały skojarzenia rodem z taniego horroru.

-Widział pan to? Przeglądał pan już te gówniane gazety?! – mężczyzna po pięćdziesiątce prawie na niego nakrzyczał. Dopiero teraz Roberto spostrzegł, że ze stojaka na prasę zniknęło wszystko. Pomięte, poskładane niedbale dzienniki piętrzyły się na pustym krześle obok, jakby to tam właśnie miały swoje miejsce.

- Świr. Trafił mi się kolejny popapraniec i to już z samego rana – pomyślał. Wzmógł czujność. Postanowił, że tym razem nie da z siebie zrobić popychadła jak przed Bożym Narodzeniem i wyniesie gnojka razem z drzwiami! Nie pozwoli, by jakiś sfrustrowany onanista obrażał go w jego własnym lokalu. I to za jedyne dwa pięćdziesiąt.

-Ani, kurwa, słowa! Nawet wzmianki! A jak sekretarz obrony zmieni krawat, idzie to na pierwsze strony! Nic nie napisali! Powiedz pan, czy oni pozamieniali się na głowy z własnymi wackami?!

Zaczynało być ciekawie. Zlustrował amatora latte z odrobiną cykorii i z ulgą stwierdził, że jego ocena zaczyna ewoluować. Ten gostek miał niewątpliwie jakiś problem, nie był to jednak problem o podłożu psychicznym. I chyba obejdzie się bez wyciągania bejsbola spod barowej lady... Kilkudniowy zarost i przekrwione z braku snu oczy zasugerowały go chyba przedwcześnie. Na co dzień, mając do czynienia z prawdziwą menażerią ludzkich typów, na ogół klasyfikował swych gości dość precyzyjnie, z rzadka tylko będąc w tym celu zmuszonym do wdawania się z nimi w rozmowę; tu jednak wypróbowane instrumenty zawiodły. Spojrzenie upiornych oczu było nad wyraz przytomne i trzeźwe, a ubranie pochodziło z butików na Broadway’u, do których on sam nigdy nawet nie ośmielił się zajrzeć. Za cenę samej tylko marynarki sprawiłby sobie te wymarzone, niskoprofilowe opony, o których myślał cały ranek. Rozmarzył się. Prawie poczuł w nozdrzach swąd palonej gumy.

-No przecież to się, kurwa, może dzisiaj zdarzyć! Ocknął się błyskawicznie. Z czymkolwiek ma tu do czynienia, da sobie radę. To pewne. -Wybaczy pan – zaczął z pozoru nieśmiało- co się może zdarzyć dzisiaj? Spod mankietu koszuli (Dolce Gabbana, albo inny cazzo, warta pewnie z siedem stówek) błysnęła bransoleta złotego Rolexa. To zmieniało obraz rzeczy. Jego posiadacz albo tu zabłądził, albo szukał schronienia. Tacy jak on od dawna unikali tego kwartału ulic jak kot prysznica. I pewnie, gdy już się nieco uspokoi, przestanie kląć tak siarczyście. Rolexy odmierzały czas tak samo precyzyjnie, jak ich podróbki z Tajwanu, ich właściciele jednak nie przeklinali w co drugim słowie. Roberto w każdym razie tak ich sobie wyobrażał.

-Którego dzisiaj mamy? – spytał przeciwnik wręczania napiwków. -Dwudziestego dziewiątego. A dlaczego pan pyta? -A miesiąc, kurwa? Jaki mamy miesiąc?! I pomyśleć, że jeszcze przed chwilą zaczął do niego odczuwać namiastkę sympatii. Babcia Francesca prała go po pysku mokrą ścierką ilekroć nie przeżegnał się nad talerzem spaghetti. A za każde brzydkie słowo klęczał pod ścianą na niełuskanym grochu. Przez całą godzinę. I musiał w tym czasie klepać jakiś pacierz. A był już wtedy całkiem dużym chłopcem...

-Styczeń, proszę pana. Dwudziestego dziewiątego stycznia. -No więc, kurwa, właśnie! A w żadnej z tych pierdolonych gazet nie wspominają nawet o tym! A ludzie? Czy oni mają naprawdę wszystkich w dupie?! Roberto przecisnął się za bar i pociągnął za spust umieszczonego tuż pod młynkiem do kawy dozownika. Po chwili wybrał najcięższy ubijak i zaczął prasować miarkę Illy w naparzaczu, jakby znęcał się nad swoim zaprzysięgłym wrogiem. Poczuł, jak drobne krople potu występują mu na czole. Ojciec, świeć Panie nad jego duszą, nauczył go parzyć kawę i tę sztukę Roberto opanował do perfekcji. Po chwili wąska strużka aromatycznego naparu pociekła leniwie do mikroskopijnej filiżanki. Trwało to pół wieczności, kawa jednak była perfekcyjna. Gdy podał ją bluźniącemu poganiaczowi mułów, wsypany do niej cukier długo utrzymywał się na spienionej powierzchni kremowego naparu, nim zatonął wreszcie.

-Dziękuję. Bardzo dziękuję. Chyba mi tego właśnie trzeba...

Postęp podglądu tylko w tej sesji · 0%
Hot Chocolate — czytnik · opowiadania