fantastyka · 14 min czytania
Hotel Wilhelma
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 2
Poranna mgła wdzierała się na gruzy budynku, otulając pozostałości szarym kożuchem. Posępny szkielet niegdyś majestatycznej budowli trwał gotowy w każdej chwili zwalić się w rumowisko odłamków szkła. Ściany ogromnej konstrukcji stanowiły niegdyś jedną wielką taflę sprasowanego piasku. Jak głosiły legendy miejscowej ludności, to właśnie ten walący się teraz relikt przeszłości był jednym z nielicznych Hoteli Kohorty.
Wilhelm wspinał się na poszarpane piętra, szukając swego celu. Dwa dni wcześniej, gdy przekopywał gruzy parteru w poszukiwaniu fantów na wymianę za żywność albo amunicję, znalazł właz - zejście do podziemi. Gdyby udało mu się znaleźć kartę dostępu i wyruszyć w dół, z pewnością znajdzie znacznie więcej, niż parę groszy. Ryzyko jednakże rosło proporcjonalnie do stawki.
Co jakiś czas na parterze i wokół budynku słychać było zawodzenia, szuranie i inne nienaturalne dźwięki. Mimo, że Berlin był wiele kilometrów na zachód, efekty upadku statku kolonialnego Kohorty rozlały się na całe Niemcy. Wilhelm miał nadzieje, że na zewnątrz chodzą jedynie pojedyncze przypadki biologicznej mutacji lub popromiennych ewolucji, a nie zabłąkany oddział Dzieci Novy. Nie był nawet przygotowany do przebicia się i ucieczki, nie mówiąc już o odparciu ataku takiej dobrze wyposażonej grupy.
Wilhelm wdrapał się właśnie na resztki piątego pietra, gdy w dole znów usłyszał szuranie i dziwne pojękiwania. Chmury oraz mgła tworzyły gęstą barierę widoczności mimo porannej godziny. Taki stan rzeczy dawał fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Z jednej strony on pozostawał niewidoczny na wysokich piętrach, ale z drugiej ewentualne zagrożenie również stawało się niewidoczne.
Znalazł się na wpół zawalonym poziomie. Na ziemi walały się sterty poniszczonych papierów i klaserów. Najwidoczniej dawniej znajdowały się tutaj biura. Will podniósł jeden z dokumentów i zaczął go przeglądać. W środku było pełno medycznych kart różnych osób. Począwszy od rodowitych Niemców skończywszy na uchodźcach, którzy mieszkali w kraju tymczasowo. Pogrubioną czcionką zaznaczone były grupy krwi i przebyte choroby.
Schody z parteru dochodziły do drugiego piętra, potem się urywały. Jedyną drogą tutaj był albo szyb windy, albo wybrana przez Willa wspinaczka po gruzach i szkielecie konstrukcji. Póki co mógł więc czuć się bezpieczny. Nie był bogaty, dlatego często wybierał miejsca, do których inni za żadne skarby by nie poszli. Kto z trzeźwo myślących poszukiwaczy rzuciłby się na budynki rzekomo działające kiedyś dla Kohorty? Co drugi pytany o hotele mówił, że Agresorzy nie porzucili tych budynków. Podobno wciąż mieli związane z nimi plany. Oczywiście to właśnie w nich mogło być pełno wartościowych przedmiotów, ale jak mawiano: śmierć szczególnie lubi bogaty wystrój.
Will często się zastanawiał, kto takie informacje przekazuje? Jedyni ludzie, którzy mieli kontakt z obcymi to Rdzawa, ale ich wewnętrzna doktryna i polityczne zaangażowanie w kontrolowanie jednostek, aż po jej myśli, praktycznie niwelowały do zera możliwość zdradzenia syndykatu. W historii ludzkości zawsze zdarzały się wyjątki od każdej reguły, dlatego taka możliwość pozostawała jednak prawdopodobna.
Część 22 / 2
Wszedł do jednego z pokoi. Była to większa sala, kiedyś zapewnie służyła do odpraw lub zebrań pracowników. Porozrzucane i poniszczone fragmenty mebli tworzyły istną skorupę oddzielającą tony szkła od betonowej podłogi. Poruszanie się po taki podłożu było głośne i niewygodne. Poszukiwacz bardzo dokładnie przeszukiwał każdą szafkę, każdą szufladę czy barek. Słońce, które leniwie przebijało się przez chmury na niebie, oświetlało wybiórczo otoczenie, jakby chciało pokazać, co jest istotne, a co nie.
Sala odpraw okazała się niewypałem. W środku nie było niczego godnego uwagi, może kilka długopisów i skoroszytów. Wyszedł na korytarz. Pokój po pokoju znów błądził. W końcu natrafił na zamknięte drzwi, na których wybrakowane litery sugerowały nazwę Dyrektor. Wyjął łom, wiszący w uchwycie na boku plecaka i wsadził w szczelinę koło zamka. Szarpnął mocno, aż drzwi zatrzeszczały i otworzyły się z głośnym jękiem. W pomieszczeniu panował kompletny rozgardiasz, widać było, że winę ponosi wiatr przedzierający się przez szkielety bezszybnej konstrukcji. Od razu w oczy Wilhelma rzucił się fragment sejfu wystający spod przechylonego obrazu przedstawiającego jakiegoś wojskowego w dziwnym stroju. Podpis pod obrazem nic nie mówił poszukiwaczowi.
Bismarck 1815-1890
Zrzucił obraz. Sejf miał elektroniczny zamek, na kod. Ze zwierzęcą pasją i walącym dziko sercem Will zaczął przeszukiwać biurko. Wśród masy bezwartościowych druków z wielką ilością cyfr i wyników, znalazł mały notes. Zdawał sobie sprawę, jak naiwnym było myślenie, że szef jakiegoś większego działu dziwnej firmy związanej z Kohortą od tak po prostu będzie miał w małym notesiku kod do swego sejfu, ale niczego nie można było wykluczyć, zwłaszcza ludzkiej głupoty i prostoty. Zaczął przekartkowywać. Rysuneczki, numery telefonów, notatki związane ze spotkaniami które mają się odbyć albo już się odbyły. Z każdą kartką, która zbliżała Willa do końca notesiku, wzrastało w nim zdenerwowanie. Czas uciekał. Przeczucie, że w sejfie znajduje się upragniona karta dostępu do podziemi jedynie podsycało gniew. Tak blisko, tak daleko. Nagle do jego uszu dotarło echo głosów. Ochrypłe i donośne nie wróżyły niczego dobrego. Idą z zachodu. Pomyślał i szybko pobiegł do sali konferencyjnej, która wychodziła właśnie w tym kierunku. Skuliwszy się, delikatnie podkradł się do krawędzi budynku i spojrzał na dolne części miasta. Mimo mgły, nie miał wątpliwości. W stronę Hotelu szedł oddział Novy. Powykręcane i zmutowane ciała, szły równo wzdłuż ulicy, prowadzone przez jednego większego mutanta. Nie było złudzeń. Pozostawało mieć nadzieje, że Ci nie będą zamierzali wchodzić na piętra. Taka gimnastyka była często niemal niemożliwa dla zmutowanych i pozmienianych ludzkich ciał. Mutanci uzbrojeni byli w kilka sztuk broni krótkiej na konwencjonalną amunicję, ale to co niósł ich dowódca bardzo zaniepokoiło Willa. Lekko drżącymi dłońmi wyciągnął lornetkę i zaczął śledzić patrol, koncentrując się na "tatuśku", który trzymał któryś z typów broni wsparcia. Z tej odległości nie mógł nic rozpoznać.
Mimo, że próbował uspokoić się, wmówić sobie, że tamci na pewno nie wejdą na piąte piętro, bo po prostu nie są w stanie, jego oddech powoli przyspieszał. Jeżeli tylko go nie zauważą wszystko będzie dobrze. Nagle, jak uderzenie gromu, zrozumiał gdzie jest kod.
Jak mogłem być tak głupi. Powiedział do siebie wycofując się powoli i…