Romans · 5 min czytania
Huzia na Walentynki!
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
Huzia na Walentynki!
Szedłem 14 lutego ulicą Stawową w Katowicach. Każdy, kto przechadza się po tym mieście, wie, że na Stawowej zwykło stać najwięcej rozdawaczy ulotek. Nagle z dość zwartej grupki czterech osób wyskoczyła w moim kierunku dziewczyna, szybko recytując coś w rodzaju „szczęśliwego dnia świętego Walentego” czy „wesołego dnia zakochanych” i wręczając mi kartkę. Potem zaraz wycofała się do swoich. Odbąknąłem „dziękuję” i wziąłem, myśląc, że to pewnie reklama jakiegoś sklepu odzieżowego. Okazało się jednak, że jest to coś na wzór ręcznie robionej laurki. Na pierwszej stronie wielkie serducho i napis „Miłość???”, a w środku „… miło by było. – L. Junerka” (cóż to za człowiek? – sic!). Uszedłem jeszcze kawałek, nim pojąłem, co mnie spotkało. Oto stałem się ofiarą walentynkowej prowokacji. Uszedłem parę kolejnych kroków i poczułem swąd. W miarę jak szedłem, śmierdziało coraz bardziej i zaledwie wsiadłem do autobusu na Mickiewicza, zrozumiałem, co jest źródłem odoru. A był to styl prowokacji. Primo: co miało być celem ataku – miłość czy święto? Z przytaczanych słów pana Junerki wynikałoby, że sama miłość, ale skoro tak, to był to najgorszy dzień w roku na takie zabiegi. Wszak Walentynki już tradycyjnie stały się dniem dyskursu o gestach pustych i tych… hm, „pełnych” (?), a nie o istocie i istnieniu uczucia. Bo skoro ktoś chce zanegować miłość, to może robić to codziennie z dużym powodzeniem. Atak na nią przypuszczony w święto zakochanych jest dość niezbornym przedsięwzięciem i zawsze odczytany będzie jako atak na święto. Założyłem więc sobie, że to sposób obchodzenia dnia św. Walentego chciała zmiażdżyć owa czwórka swoimi karteczkami, a cytat z Junerki taki, bo lepszego nie znali. Secundo: prowokator to ktoś, kto z uśmiechem na ustach gwałci świętości. To nonszalancki arogant, pewien swych racji, z głową wysoko ponad pochylonymi w pokłonach głowami innych ludzi. Ja zaś tam na Stawowej doświadczyłem prowokanctwa miernego, prowokanctwa zaszczutego, prowokanctwa spod miotły, takiego, co to samo siebie przeraża poprzez nieprzewidywalność owoców, które może przynieść. Tam na Stawowej to było prowokanctwo doskakująco – odskakujące, jakby boksera wagi koguciej wpuścić na ring z bokserem wagi ciężkiej i kazać mu go punktować. Wsobne i struchlałe skupienie się tej grupki sprawiało wrażenie, jakby bali się przypadkiem od jakiegoś bardziej zakochanego Romea czy Wertera w mordę oberwać. Gdybym…