Religia · 7 min czytania
I CO, JUŻ NIE WYJEŻDŻASZ?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
I CO, JUŻ NIE WYJEŻDŻASZ?
Łąka, rzeczka, nad nią mostek, jeszcze dalej droga meandrami wyobraźni mknie aż po kres horyzontu. Innym razem... * Już dawno nie byłem tak pogodny. Wszystko wokół działało na korzyść mojego samopoczucia. Można by nawet powiedzieć, że chciało się żyć... - I co, już nie wyjeżdżasz? - Rozejrzałem się zaskoczony. Diabeł siedział na płocie i bujał nogami. Opuścił skrzypce i tylko wymachiwał smyczkiem próbując trafić natrętną muchę. Swoją drogą ciekawe, że jego też denerwowały takie drobiazgi, jak latające robactwo. - A tobie, co do tego? - Nie czułem się w obowiązku, żeby mu odpowiadać. Nasze kontakty, choć częste, nigdy nie były szczególnie zażyłe. - Nie, nic... Tak sobie pytam. - Może to mania prześladowcza, ale w jego głosie wyczuwałem drwinę. - Ostatnio odgrażałeś się, że spalisz mosty i pójdziesz w świat. - Teraz kpił już wprost. Patrzył na mnie swoimi kaprawymi oczkami i strzelał głupie miny. Mucha wciąż latała w okolicach jego szpiczastych, owłosionych uszu. Wyglądał groteskowo. - A nawet jeśli, to co? - Nie miałem w tej chwili ochoty na przekomarzanie się, a tym bardziej na dyskusje, ale czułem, że trochę potrwa, zanim się wykręcę. Postanowiłem, że nie dam chociaż zepsuć sobie humoru. - Nie wypadałoby przypadkiem dotrzymać słowa? - udał zagniewanego moim opryskliwym tonem, może nawet obrażonego, ale trwało to tylko mgnienie oka. Mucha usiadła mu na nosie i cały ten aktorski pokaz szlak trafił. - Nie bądź śmieszny. Nie miałem i nie mam wobec ciebie żadnych zobowiązań, a już szczególnie, jeśli chodzi o moje własne życie. - Czyżby? A nie wzywałeś mnie przypadkiem, gdy ci nudziarze z góry cię olali? - Smyczek ze świstem przeciął powietrze, lecz zmyślny owad i tym razem nie dał się zaskoczyć. - Ty, olałeś mnie dokładnie w taki sam sposób. Nie ma tematu. - Powiedzmy... - Chcesz coś ode mnie, czy tylko tak marudzisz dla sportu? Nie lubię stać na słońcu... Nie odpowiedział. Zamiast tego uniósł swój instrument i wyciął żwawą, finezyjną solówkę. Trzeba Czartowi przyznać, że skurczybyk miał talent. Nogi zupełnie bezwiednie zaczynały przytupywać, a usta w równie niekontrolowany sposób pogwizdując chwytały melodię. Zresztą, nie musiał grać. Jeśli szło o jakąkolwiek rozrywkę, to Diabeł zawsze był świetnym towarzyszem. Wesoły, zawadiacki, bystry, pomysłowy i zawsze chętny. Wystarczyło coś wspomnieć o piwie, a nie dawał się dwa razy prosić, gdy zaś brakowało kasy, sam ochoczo stawiał. Co ważne, uczciwie trzeba zaznaczyć, że w takich chwilach przestawał truć i jątrzyć, nie wyszukiwał dziur w boskim, czy też ludzkim planie, nie dokuczał, nie kusił. Ot, po prostu całkiem się rozluźniał, a jego radosna aura rychło obejmowała całe towarzystwo... Ale dziś nie było mowy o imprezowaniu. Niby przyjemnie, ciepło , słonecznie i sielsko, niby można by rozpalić grilla, skoczyć po zimne piwo... Nie, dziś nie. Miałem swoje sprawy, zapewne bardziej męczące, ale kto wie, może w efekcie przyniosą jeszcze więcej przyjemności. Praktyka uczy, że nadzieja prowadzi na manowce, jednak w tej chwili i w tym temacie miałem tej nadziei naprawdę sporo. Nie czekałem, aż skrzypce umilkną, zarzuciłem na plecy tobołek i ruszyłem w stronę domu. Ktoś tam czekał i nie chciałem, by to oczekiwanie trwało zbyt długo. Diabeł miał czasem odchyły i bywał złośliwy. Wiedząc o tym powinienem zachować ostrożność, a jednak dałem się zaskoczyć. Cisnął we mnie kamieniem i co gorsze trafił. Sycząc z bólu…