Fantastyka · 14 min czytania
I co z tego?
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 3
Wszystko to działo się mniej więcej dwadzieścia lat temu, kiedy świat był jeszcze zagubiony, a jego tajniki, które dziś wydają się tak oczywiste i niepodważalne — nieodnalezione. Wszystko to działo się szybko (choć pozornie bardzo leniwie) i tych, którzy nie byli w stanie wytrzymać zabójczego tempa, bez skrupułów zbijało z planszy. Wszystko to było ukryte, nikt nie wiedział, czym jest, a i tak zjadało nas od środka — to właśnie tam się podstępnie ukryło. Ale powiem wam coś ciekawego o nas, ludziach: potrafimy być nie mniej podstępni; niestety i całe szczęście…
Na początku lat trzydziestych byłem pełnym nadziei i zapału absolwentem, dopiero rozpoczynającym swoją naukową karierę. Odczuwałem niemałe podekscytowanie tym, co może mnie czekać w Instytucie, szczególnie, że słynął on przecież z doskonałego zaplecza w dziedzinie neurobiologii. W dodatku w tym właśnie obszarze nauki aż gotowało się od obiecujących rezultatów i fantastycznych odkryć. Wydawało się, że kulminacyjny moment, kiedy uda nam się zrozumieć ludzki umysł, jest na wyciągnięcie ręki. Wydawało mi się, że to właśnie ja zostałem przeznaczony do wykonania tego najważniejszego kroku. Wydawało się to jasne.
Tylko że nie ma rzeczy jasnych. Są jedynie mocno uproszczone.
Wraz z wieloma znamienitymi profesorami i doktorami pracowaliśmy dzielnie i wytrwale, przybliżając się dzień za dniem do odpowiedzi. Im bliżej jej się znajdowaliśmy, tym intensywniej ślęczeliśmy nad wynikami, by zinterpretować je w końcu na naszą korzyść. Na korzyść nas wszystkich. Byliśmy blisko, ale ciągle nie na miejscu.
Już trzeci miesiąc analizowałem skomplikowane dane z niezwykle zaawansowanej aparatury, która prześwietlała ludzki mózg z niebywałą dokładnością. Miliardy zer i jedynek płynęły po przewodach na drodze z czujników do komputerów o ogromnej mocy obliczeniowej, na których znajdowało się ulepszane przez nas z dnia na dzień oprogramowanie, jednak rezultaty wciąż nas nie zadowalały. Ciągle pozostawało zbyt wiele informacji do ręcznej weryfikacji, a my nie potrafiliśmy sobie z nimi poradzić. Wstępowało w nas rozgoryczenie. Wtem — nastąpił przełom; mój osobisty punkt zwrotny.
Z początku wcale się na to nie zapowiadało. Do mojego biura, gdzie kolejną nadgodzinę sterczałem nad najnowszymi wydrukami, wszedł chudy mężczyzna o przeciętnym wzroście, rudych włosach i — również rudych — zaczesanych lekko na boki wąsach. Słowem, na przełom się nie zapowiadało…
Wpadł do mojego pokoju jak do własnego i bez wstępu zaczął grzebać w regale.
— Mogę ci w czymś pomóc? — zapytałem niesympatycznie po krótkiej chwili.
Część 22 / 3
Dopiero wówczas mój gość zdał sobie sprawę z mojej obecności. Spojrzał na mnie z wielkim zdziwieniem, ale zaraz jak gdyby nigdy nic ponownie przeszukiwał regał. — Niewykluczone — odparł, wzrok ciągle między książkami — szukam mojego podręcznika „Geno, nano, DNA”. Jest mi on koniecznie potrzebny do przetestowania mojej teorii. — Nagle przestał szukać i spojrzał na mnie, mrużąc odrobinę powieki. — To jakiś dowcip, prawda? Taki żart? Rozumiem. Ale naprawdę to nie jest pora na żarty, więc po prostu powiedz mi, gdzie jest mój podręcznik i rozejdziemy się w pokoju…
— Jestem dość mocno przekonany, że jest na półce. W twoim biurze.
Przez twarz mojego gościa przeszła intensywna myśl; zmieszał się i uśmiechnął łagodnie. — Oczywiście! — przyznał, po czym podszedł do mnie i podał mi rękę. — Arnold — przedstawił się — Arnold Kubik.
— Michał Siedlaczek — powiedziałem, odwzajemniwszy uścisk dłoni.
— Nad czym pracujesz, kolego? — zapytał, zerknąwszy na moje wydruki. Zanim jednak zebrałem się do odpowiedzi, kontynuował: — Nieważne. To wszystko nieważne! — rzucił z absolutną ekscytacją doktor Kubik, któremu udało się całkowicie zdominować rozmowę. — Mam w zanadrzu coś, co na długo pozostanie największym odkryciem od czasu zrozumienia przeze mnie zasad gry w baseball… Powiedz mi, młody człowieku, czy wiesz, czym jest DNA?
Nie widziałem, czy mam odpowiadać, czy może czekać na ciąg dalszy. — Obiło mi się kiedyś o uszy — odparłem po chwili zawahania.
— W istocie — zmiarkował doktor — to było proste… Zatem może i wiesz, co to jest DNA, ale czy wiesz, mój drogi, czym jest cierpienie? Otóż to! — wykrzyknął triumfalnie. Wtem jakby się ocknął, rozejrzał dookoła i trochę zmieszał. — Nie ma na to czasu… Muszę znaleźć tę książkę.
Część 33 / 3
— Czym jest cierpienie? — zapytałem, kiedy Arnold znów zawzięcie badał tytuły na grzbietach moich książek.
— Czymś o wiele bardziej ludzkim, niż można było się spodziewać, ale teraz nie mam czasu wyjaśniać… — odpowiedział, roztargniony, ale zaraz odszedł od regału i spojrzał na mnie podejrzanie. — Jak masz na imię, mój drogi? — Powtórzyłem je, a on ciągnął: — A więc, drogi Michale, zawrzyjmy układ. Jeśli pomożesz mi znaleźć mój czerwony podręcznik, obiecuję opowiedzieć ci dzisiaj wieczorem wszystko, co wiem o cierpieniu. Umowa stoi?
Zgodziłem się bez wahania. Otworzyłem szufladę, jednym ruchem zrzuciłem do niej wszelkie papiery z mojego biurka i chwyciłem znalezioną pod nimi klawiaturę. Na stronie Instytutu odszukałem numer biura Arnolda Kubika, zapisałem go na małej, samoprzylepnej karteczce i przykleiłem mu ją do koszuli. — Chodźmy — powiedziałem.
Oczywiście, kiedy już znaleźliśmy się w biurze Arnolda, podręcznik znaleźliśmy bez najmniejszego trudu. Doktor chwycił raptownie książkę, otworzył ją i zaczął wertować w poszukiwaniu najwyraźniej jakiegoś magicznego zaklęcia, mającego na celu ocalić ludzkość. Okazało się, że po części byłem w błędzie.
— Jest — orzekł beznamiętnie Kubik, znalazłszy stronę z zaklęciem. — Jest! — powtórzył, lecz tym razem nie udało mu się ukryć emocji. — Wszystko się zgadza, mój drogi, wszystko musi się zgadzać… Wiesz co to oznacza? — zapytał, ale ja nie miałem pojęcia. Wzruszyłem zatem ramionami i w milczeniu oczekiwałem na wyjaśnienie. — To oznacza, że wszystko się zgadza… No i że odkryliśmy coś wielkiego i wadliwego zarazem. I możemy to naprawić… — podsumował, objąwszy mnie za ramię. — Powiedz mi jeszcze raz, Michale, czym się zajmujesz? — Otworzyłem usta, by wyjaśnić, ale nie dał mi nawet zacząć. — Nieważne! Od dziś działasz w dziedzinie genetyki, mój drogi. Co więcej, masz już za sobą udział w wielkim odkryciu.
Wierzcie bądź nie, ale tak właśnie było. Tego dnia przestałem zajmować się neurobiologią i zacząłem pracować z Arnoldem Kubikiem. Dlaczego, zapytacie. Co takiego ekscytującego mógł odkryć, by zainteresować mnie tym aż do tego stopnia? Wszystko w swoim czasie… I tylko przypadkowo czas ten przypada właśnie teraz…
— Czym jest cierpienie? — zapytał mnie wieczorem tego samego dnia Kubik. Następująca po pytaniu długa pauza poddawała w wątpliwość jego retoryczność. — Czy zastanawiałeś się kiedyś — ciągnął jednak dalej — dlaczego cierpienie jest nieodłączną częścią naszego życia? Czy nie wydało ci się nigdy dziwne, że w przypadku całkowicie…