Fantastyka · 50 min czytania
"I demony się lękają"
Bezpłatny fragment · pierwsze 50%
Początek1 / 1
"I demony sie lękają"
Czarek
Stary mężczyzna odłożył podniszczoną księgę na kolana i przez chwilę tarł palcami piekące oczy. Gdy ból zelżał, zamknął wyświechtane stronice i zasunął zamek okładek. Włożywszy książkę do schowka opuścił swoje oparcie, by zrównać się z kobietą drzemiącą na siedzeniu obok. Objął czułym spojrzeniem jej drobną postać i delikatnie poprawił okrywający ją kraciasty koc z wyszytym złotą nicią logo przewoźnika. Ostrożnie dotknął siwego pukla wijącego się jej po szyi. Była piękna. Tak piękna, że aż coś mu się poruszyło koło serca. I w spodniach też, ale to zignorował. Przyszło mu tylko na myśl, że „Bardzo Mądra Księga” uczy, iż wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Jeszcze się doczeka. Niech tylko dotrą do domu. Uśmiech rozjaśnił mu twarz, gdy przypomniał sobie, co mu obiecała. Co prawda nie był pewien, czy w ziemskiej grawitacji im to wyjdzie, ale nie zaszkodzi chociaż spróbować. Pochylił się, by ją pocałować, ale w ostatniej chwili powstrzymał się. Nie. Ostatnio ma tak delikatny sen. Niech sobie jeszcze chwilę odpocznie. Niedługo „Spektrel” rozpocznie manewr cumowania, więc i tak będzie musiał swoją Skarbcię obudzić. Nie teraz. Chciał zmienić pozycję, ale o coś zaczepił. Jego laska ze srebrną rękojeścią. Nie, żeby musiał jej używać, ale lubił. Tym bardziej, że była w niej ukryta broń. Przesunął się i oparł głowę na dłoni. Jego wzrok wędrował po znanej i kochanej twarzy. Ta maleńka blizna na szczęce to pozostałość po tamtym wypadku na nartach. Była taka dzielna. A jej kurze łapki? Na pewno nikt nie ma piękniejszych niż ona – jego amerykańska żoncia, druga miłość jego życia. Grace śmieje się ostatnio, że to już nie są łapki, tylko łapy. I te usta: nieduże, pełne, słodkie i takie... kuszące. Nigdy go nie zawiodły. Mężczyzna wysunął rękę, by musnąć ją po lekko rozchylonych wargach. Wiedział, że zaraz zacznie je wydymać i śmiesznie marszczyć nosek. Lubił to. A ją kochał. Z każdym rokiem ich małżeństwa kochał ją coraz bardziej – od ponad trzydziestu lat. Westchnął i cofnął rękę. Jeszcze moment niech pośpi. Już niedługo będzie musiała wstać, a on jej w tym pomoże – uśmiechnął się jeszcze szerzej – pocałunkiem. Wtem, coś mu przyszło do głowy. A może by tak wrócić na te kilkadziesiąt minut do mesy? Do Gawła i Bertrama? Zostawili ich tam, świetnie się bawiących, w towarzystwie jakichś dziewcząt świeżo poznanych w Hotelu Lunarnym. I z czwartą butelką porto, o ile dobrze pamiętał. Podnosząc się po cichu, ubawiony sobą kręcił głową. Też mi dziewczęta. Może jeszcze dzierlatki, co? Przecież żadna z nich, z całej czwórki, na pewno nie miała poniżej czterdziestki. Ech - westchnął z uśmiechem - ktoś się przecież musi o tych młodych gamoni troszczyć. Co prawda, obaj już szósty krzyżyk mają dawno za sobą, ale wciąż jeszcze pstro we łbach. Wstrząs, huk i bolesny błysk zlały się w jedno. Chciał otworzyć usta do krzyku, ale ten zamarł mu w krtani... Bo i świat cały stanął nagle, jak zastygły w bursztynie. Niezwykle wrażenie potęgowane było jeszcze przez miękkie, pomarańczowo złote światło przesycające cały ten obraz. Mężczyzna potrząsnął głową, jak ktoś chcący się otrząsnąć z nagłego zamroczenia. Nie pomogło. Za to powoli zaczęło wreszcie docierać do niego to, co ukazywały mu jego oczy. Był to widok katastrofy, która dotknęła ich liniowiec. Na pierwszym planie widział zaskoczoną twarz swej z nagła obudzonej żony. Nie dostrzegł na niej strachu, lecz tylko swoistą mieszaninę zadziwienia, niepewności i nadziei. Widział, jak jej oczy zaczynają rozbłyskiwać światłem radości, że oto nadszedł kres jej ziemskiej pielgrzymki. Drugi plan był jednym wielkim chaosem. W pierścieniowcu musiał nastąpić wybuch i to tuż za ścianą ich kabiny. Swoją żonę widział na tle nieregularnego otworu pełnego głębokiej czerni. Potężne, szarpane linie pęknięć rozchodziły się od niego na wszystkie strony. W bursztynowym blasku trwały zastygłe setki szczątków różnej wielkości, gnanych od dziury siłą wybuchu. Tworzyły półkulę. Wewnątrz niej był chaos, śmierć i zniszczenie. Na zewnątrz, oddaleni o jakieś dwa metry – oni. Jeszcze żyjący, bo czas wstrzymał swój bieg… Z jego umiłowaną w środku. - Wybacz, proszę - aksamitny, ciepły baryton, o miłym dla ucha brzmieniu, zdawał się dobiegać gdzieś z tyłu. - Lecz mam tutaj pewną sprawę, a ty mi w niej raczej pomocny nie będziesz. Przynajmniej nie w tej fazie. Starzec zamarł w bezruchu. Znał ten glos! Znał go na pewno! Przestrzeń wokół niego zaczęła zamykać się czernią. Choć jakby z wysiłkiem. Nie widział tego jednak, bo nagle przyszło zrozumienie. Było jak wstrząs po silnym ciosie. Wiedział już, skąd zna ten głos! To był chyba najtrudniejszy egzorcyzm w jego życiu! Wtedy, ten męski, silny, acz miły baryton, wydobywał się z ust dwunastoletniej dziewczynki. Shafael-Zar-Et-Halil!! Tak miał na imię ów demon!! Odwrócił się śpiesznie. Na wprost niego, w centrum powoli mroczniejącego świata stał tamten – przystojny, elegancki i z wyrazem całkowitego zaskoczenia na twarzy. Gospodarz szybko się jednak opanował i skinął głową w powitalnym ukłonie. - Cezary Stępniewski, jak widzę. Witam i oświadczam, że jestem pod wrażeniem. Uratowałem ci życie, ale przyznaję, iż próbowałem cię chwilowo uśpić. Jednak… - ciepło się uśmiechnął i zrobił krótką przerwę. - To tylko po to, aby nie okazać się niegościnnym, bowiem poświęcić będę musiał jeszcze odrobinkę czasu, na co innego. Mrok zniknął. Starszy mężczyzna na moment skłonił głowę. Jego usta poruszały się bezgłośnie. Gdy się wyprostował, na jego twarzy dało się dostrzec zmianę. Był poważny, a jego oczy wręcz emanowały chłodem. - Shafaelu Zar Et-Halil, w imieniu Jezusa Chrystusa, rozkazuję ci... - Nie! Stój! - całe opanowanie jego rozmówcy zniknęło bez śladu. Natychmiast. - Na to wszystko, co chcę ci zaproponować, mamy zgodę NAJWYŻSZEGO! Demon wydawał się spanikowany i to bynajmniej nie trochę. Starzec ponownie schylił głowę. Spuszczone powieki i delikatnie drgające usta wskazywały, iż znowu zanurzył się w modlitwie. Po dłuższej chwili podniósł wreszcie twarz i spojrzał w oczy swego jakże dobrze znanego wroga. - Dobrze - zgodził się uprzejmie. - Mów. Gospodarz usiadł z westchnieniem ulgi. Albo raczej opadł w fotel i przez moment uspokajał się. W tym czasie człowiek rozglądał się po otoczeniu. Przed nim, wysmakowany męski gabinet w angielskim stylu; za nim, śmierć w zawieszeniu. Obok wolnego fotela, na stoliczku, stały dwie butelki i kryształowa szklanka. Zaciekawiony mężczyzna usiadł i wziął do ręki butelkę ginu. Z uwagą począł się jej przyglądać. Demon doszedł do siebie. - Poczęstuj się, proszę. To twój ulubiony. Irlandzki - w jego glosie pobrzmiewała delikatnie nutka dumy. - Właśnie widzę - starzec nie podniósł głowy, tylko spojrzał na niego spod brwi. - I dziwi mnie to trochę. - Że tak dobrze trafiłem z ginem? - Nie. To, że widzę bez wspomagania. Sądząc jednak po tym, co jest tam - wskazał kciukiem za siebie. - Chyba nie powinno. Prawda? - No tak - demon zaczął się znowu trochę denerwować, bo widać było, iż trudno jest mu znaleźć wygodną pozycję. – Ale dzięki temu, co jest za tobą, moja oferta jest w ogóle możliwa. - Słucham, słucham. Mężczyzna nalał sobie trochę trunku do wypełnionej lodem szklanki, dolał toniku i wrzucił plasterek cytryny ze skórka. Pierwszy łyk przyniósł mu widoczną przyjemność. Wolna ręka bezwiednie poszukała nieodłącznej laski. Nie było jej. Oparł dłoń na kolanie. - Widzisz. Ja wiem, że to nielogiczne. Zdaję sobie sprawę, iż przed chwilą nie było tu ani lodu, ani cytryny, ale kto powiedział, że życie musi być logiczne? Prawda? A oprócz tego… - leciutko się uśmiechnął. - Ja wiem, iż ty wiesz, że ja wiem, iż nic nie możesz mi zrobić, bo Ten, który jest we mnie, jest... - Tak, wiem - przerwał mu demon. - Jest silniejszy od nas. Nie mam jednak zamiaru z tobą walczyć. Ja nie jestem politykiem ani żołnierzem, tylko badaczem. Twórcą. Po prostu pragnę zaoferować ci możliwość spełnienia marzeń. Starzec wyglądał na szczerze ubawionego. - Mój ty, bynajmniej niedrogi mi, Shafaelu. Moje marzenia są tam - obrócił się wstecz, w stronę swojej ukochanej i natychmiast znalazł się na swoim rozłożonym siedzeniu u boku żony, w rozpadającym się wahadłowcu. Pomarańczowy blask przenikał delikatnie jej włosy i twarz, wygładzał rysy, rozpraszał cienie. Westchnął głęboko. Pół obrotu i oto znowu miękka gładź wyprawionej skóry za plecami. I wpatrzone w niego uważnie ciemno granatowe oczy. - Ja wiem, dokąd zdążam. Mój czas już nadszedł i nie mam zamiaru tego zmarnować. „Bardzo Mądra Księga” uczy, że wszystko pod niebem ma swój czas. Także i umieranie. Dla mnie jest to właśnie ten czas: czas wyzwolenia; czas prawdziwego życia; czas radości; czas, na który czekałem od swego nawrócenia. - Mężczyzna z dezaprobatą kręcił głową. - I ty, chcesz mi TERAZ coś proponować?? - Tak - demon z powagą przytaknął kształtną głową. - I uwierz mi, że jest to zaiste... - uśmiechnął się. - Szatańska propozycja. Istnieje pewna szansa, iż się zgodzisz, bo chcemy ci zaproponować możliwość krzewienia ewangelii. Uniesione w ironicznym grymasie brwi Czarka były w tym momencie całą odpowiedzią, którą ów zmaterializowany duch uzyskał. Bynajmniej nie zrażony tym, kontynuował. - Mamy również jeszcze jeden argument, który, jak myślę, nie będzie dla ciebie bez znaczenia. Przypuszczam nawet, iż będzie rozstrzygający. Otóż… uratujemy również twoich przyjaciół, o ile ty zgodzisz się skorzystać z naszej propozycji. Człowiek wstał z fotela. Demon również. Ich twarze mówiły teraz więcej niż słowa. Na pierwszej dawało się dostrzec zaskoczenie i zarazem jakąś dojrzewającą decyzję. Na drugiej mieszaninę hardości, oczekiwania i… strachu. Po chwili oblicze staruszka złagodniało i uspokoiło się. Skłonił głowę i przymknął oczy. Jego przeciwnik zbladł i zacisnął dłonie. Teraz bał się jeszcze bardziej. Człowiek skończył modlitwę i uśmiechnął się. Zimno. - Rozumiem przez to, iż po prostu nakazano wam ocalić także i moich przyjaciół, jeśli ja przyjmę tę jakąś propozycję. Prawda? Gospodarz się skrzywił i z niechęcią, ale przytaknął. - Prawda. - Na czym więc stanęliśmy? Na marzeniach? - Tak. Zacznę jednak od czegoś innego. Tak będzie mi łatwiej wytłumaczyć ci całość. A tobie ją objąć. Shafael zaczynał powoli dochodzić do siebie, a jego coraz żywsza gestykulacja przyciągała uwagę. Jednak mężczyzna przestał go słuchać. Przyglądał mu się tylko w zamyśleniu. Harmonijna budowa ciała, płowe włosy zakrywające uszy, białe równe zęby i wyraziste, wzbudzające zaufanie oczy. Byłby z niego niezły akwizytor. A w sumie, przemknęło mu przez głowę, to pewnie jest, no bo, co ja tu jeszcze robię? Z trochę szerszym uśmiechem znowu skupił uwagę na słowach Shafaela. - Jednak, co muszę z bólem przyznać, nie wolno mi cię w tej sprawie okłamywać. - Co, oczywiście, tez może być kłamstwem. - Ale nie jest. SIŁA WYŻSZA. - Z drugiej zaś strony, kto mi zagwarantuje, żeś rzekł całą prawdę? Demon ze smutkiem pokiwał głową. - Niestety, rozumiem cię doskonale. Masz, jak wiem, przykre doświadczenia z moimi... hm... towarzyszami. Uwierz mi jednak, proszę, że nie muszę cię teraz oszukiwać. Propozycja moja jest tak prosta i piękna, że nie mam potrzeby wprowadzania cię w błąd. - Skoro tak mówisz. Słucham cię więc, Shafaelu - starzec wyciągnął się wygodnie w fotelu i z lubością pociągnął solidny łyk ze szklanki. - Ale wpierw jedna prośba. Powiedz, proszę: Jezus. - JEZUS. - Czemu w twoich ustach, gdy w jakikolwiek sposób wypowiadasz się o Bogu, brzmi to tak… inaczej? - Pewnie dlatego, że inaczej GO znam - gospodarz wzruszył ramionami. - Wróćmy jednak do tematu. Rzecz ma się tak. Znasz na tyle dobrze Biblię, by wiedzieć, że choć nie potwierdza ona istnienia innych wszechświatów zamieszkałych przez inteligentne istoty – oczywiście pomijam tu nasz wymiar istnienia, który wy nazywacie duchowym – to także nie zaprzecza temu. Mam rację? - Taaak - staruszek w zamyśleniu mierzwił krótko przycięte wąsy. - Pismo Święte pomija wiele rzeczy, które nie odnoszą się bezpośrednio do naszego zbawienia, bądź przygotowania do niego. I chyba zaczynam pojmować, co chcesz mi zasugerować. - Zrozum. To nie jest sugestia. Widzisz, ja wiem, iż często nad tym rozmyślałeś. Nie na darmo wybrałem ciebie. Bo choć jesteś wybitnym kaznodzieją i znanym apologetą, to – pomimo tych wad – masz zarówno elastyczny, otwarty umysł, jak i... zamiłowanie do fantastyki. Ostatnie trzy słowa zostały mocno zaakcentowane. - Bo widzisz. To jest tak: większość takich jak ty, w ogóle nie zastanawiałaby się nad propozycją, którą za chwilę usłyszysz. Od razu by ją odrzucili, jako oczywistą bzdurę, czy wręcz kłamstwo. My zaś naprawdę otrzymaliśmy zgodę Najwyższego na przeprowadzenie tej operacji. - Podobnie, jak w wypadku Hioba? - Cóż… - demon w przepraszającym geście podniósł do góry obie ręce. Na prawej błysnął sygnet. - Po prostu próbujemy różnych możliwości. Jak wiesz, jesteśmy stworzeniami wytrwałymi i konsekwentnymi w zmierzaniu do wyznaczonych sobie celów. - Wiem. I jest to cecha, której wiele Bożych dzieci winno się od was uczyć. Nie zmienia to jednak faktu, że ani wy, ani wasze działania nie podobają mi się. - I z wzajemnością. Obaj się uśmiechnęli. Shafael skinął głową i kontynuował dalej. - Przejdę teraz do sedna. Otóż, świat, który znasz, nie jest jedynym istniejącym. Nawet my nie do końca jesteśmy w stanie pojąć wielkości aktu stworzenia. Sami bowiem, też jesteśmy jego częścią. Ty, nie potrafisz objąć swym rozumem nawet tego wszechświata, w którym egzystowałeś, a tym bardziej tej nieskończoności pozostałych. Ciekawą rzeczą jest i to, że choć wszystkie te kontinua rozpoczęły i zakończą swe istnienie w tym samym momencie, to jednak czas w każdym z nich biegnie inaczej. Rozentuzjazmowany gospodarz aż wstał i szeroko gestykulując, długimi krokami przemierzał gabinet w tę i z powrotem. - Gdybyś, dajmy na to, przeskoczył sobie na dobę do innej ze współistniejących rzeczywistości, to po powrocie mogłoby się okazać, iż choć według twojego zegarka upłynęła dopiero doba, to jednak na Ziemi czas posunął się tylko o pół minuty, bądź nawet mniej. - Albo o sto lat. - Właśnie! Czytałeś „Opowieści z Narnii”. Słyszałeś historie o wzgórzach elfów. Znasz tez podobne podania z kręgu twojej kultury. Takie miejsca połączeń naprawdę istnieją! Rządzą się one pewnymi prawami – prawami fizyki, rzecz jasna – do których wy jeszcze nie doszliście, a i my nie za bardzo je rozumiemy i potrafimy wykorzystać. ON tak. Sam je stworzył. Pamiętam taką sytuację, niestety jedną z, wielu, kiedy to dużo wysiłku włożyliśmy w przygotowanie pewnego człowieka imieniem Byrntholt. Jego zadaniem miało być zreformowanie i umocnienie religii Brytów. Widząc bowiem, co się dzieje, na kontynencie, chcieliśmy się zawczasu zabezpieczyć przed waszą inwazją. - Podobną próbę podjęliście też trochę później u Słowian zachodniopomorskich? Arkona? Prawda? - Przyznaję, że twoja wiedza zaczyna mnie trochę zadziwiać, acz nie powinna chyba. Jesteś przecież jednym z większych szkodników naszej sprawy, jakich przyszło mi poznać. Czarek szczerze się roześmiał. - Dzięki. Nie spodziewałem się komplementu od ciebie. - Zawsze do usług. Tak wiec, Byrntholt, trafił któregoś wieczoru na akurat otwarte takie przejście. Dokładniej rzecz biorąc, trafiła na nie grupa uczestników wielkich dożynek z innego świata. Weszli do groty u siebie, a wyszli u was. Wracając, zaprosili do zabawy naszego człowieka. Bawił się świetnie przez całą noc. Demon ze smutkiem pokręcił głową. - Tyle, że dla niego okazała się ona długa. Mężczyzna zachichotał. - Bawił się przez sto lat? Rzewna mina i takież westchnienie Shafaela jakoś go nie wzruszyły. - Gorzej. Ponad sto pięćdziesiąt trzy lata. Gdy wrócił, było już za późno. Chrześcijaństwo już od kilku lat rozpleniało się po wyspie. Ale… - demon wzruszył ramionami. - Mówi się trudno i działa się dalej. - Czy właśnie to chciałeś mi powiedzieć? - Nie, nie! Musze jednak naświetlić ci pewne rzeczy, abyś lepiej mógł mnie zrozumieć. Przecież od tego też zależy, jaką decyzję podejmiesz. Prawda? No, a moja oferta nie byłaby możliwa, gdyby nie te nieznane ci jeszcze prawa fizyki. Oprócz tego, bardzo mnie to ciekawi i dla mnie jest to czymś więcej, niż tylko hobby. Jak ci mówiłem, jestem badaczem, naukowcem. Z twojego punktu widzenia, można by mnie chyba nazwać fizykiem. Jednak faktycznie przejdę wreszcie do sedna sprawy - Shafael, jak najbardziej ludzkim ruchem odciągnął sobie węzeł muchy. - Widzisz, rzecz ma się tak... Ale wpierw jeszcze jedno pytanie: Czy wiesz, co to jest „sfera Dysona”? Przez moment mężczyzna bardzo uważnie wpatrywał się w demona, a następnie powoli skinął głową. - Tak. Pierwszy raz spotkałem się z tym pojęciem bodajże u Nivena. - Widzisz... bo właśnie ten świat, który jest sednem mojej propozycji, znajduje się w sferze. Nie „na”, lecz „w”. Stary człowiek musiał mocno zacisnąć dłonie, bo wyraźnie odznaczyły się na nich białe i czerwone plamy. - Jakiego typu jest tam słońce? Tym razem to demon przyjrzał mu się uważniej. Z szacunkiem. Znowu. - Gwiazda jest większa i silniejsza niż Sol. - A więc promień sfery jest większy niż średnia odległość Ziemi od Słońca? - Tak. Większy niż maksymalna. - Dużo? - Bardzo. - Boże Wszechmogący. Starzec był poruszony do tego stopnia, że wychylił zawartość szklanki jednym długim haustem, a następnie wstał i zaczął przemierzać gabinet wolnym krokiem mocno zamyślonego człowieka. Demon z kolei usiadł i leniwie popijając koniak śledził kroczącego w tę i z powrotem starca. Teraz nie śpieszył się już i nie popędzał go. Miał czas. Może niezbyt dużo, ale jeszcze miał. A w dodatku wiedział, iż takich starych wyjadaczy nie należy zbytnio naciskać. Robią się wtedy podejrzliwi. Tym bardziej, że ten tutaj, to w ogóle niezłe ziółko. Shafael wiedział, iż to przez niego właśnie stracił stanowisko i popadł w niełaskę Barasec Zar Ferh-Halil. Towarzysz jeszcze sprzed czasów Wielkiego Pogromu. I nie tylko on jeden. Taaak... Naciskać go nie śmiał, ale może by tak podrzucić mu kilka informacji? - Twoja żona jest także świadomie wierzącą chrześcijanką? - było to raczej stwierdzenie niźli pytanie. - Tak - mężczyzna zatrzymał się. - Bo co? - Więc o nią nie musisz się martwić. Będzie TAM na ciebie czekała. - Tu akurat masz rację. - A skoro tak, to mam pewną propozycję. Zjedz sobie z towarzyszami obiad. Zrelaksujcie się trochę. Później zaś, ja na spokojnie przedstawię wam szczegóły. Tym bardziej, iż nie chce mi się powtarzać tego każdemu z was oddzielnie. Zgoda? Teraz chcę tylko wiedzieć, czy zgadzasz się na układ? Mężczyzna po krótkim namyśle kiwnął głową. - Tak i tak. Demon powstał i wskazał dłonią na jedne z drzwi. Człowiek skierował się ku nim. Wolnym krokiem przekroczył próg i znalazł się w stylowej, klubowej jadalni. W dwojgu innych drzwiach pojawili się właśnie jego przyjaciele. - Ha, gamonie! Żyjecie! I wybiegł ku nim.
Gafcio
Wysoki i chudy, acz całkiem jeszcze nieźle umięśniony starzec, ubrany był z niewyszukaną elegancją platynowego chipa. Już od kilkunastu lat miał pewne niewielkie problemy związane z układem moczowym. Nawet niezbyt duża ilość jakiegokolwiek alkoholu zmuszała go do częstszych wizyt w ubikacji. Zaś imprezom Bertiego może i dałoby się na upartego czasem coś zarzucić, ale na pewno nie był to nigdy brak trunków. Tak więc i teraz już chyba z piąty raz musiał na moment przeprosić towarzystwo. - Wybaczcie na, ale muszę znowu wyprowadzić jaszczurkę na spacer. Z uśmiechem przygładził tę resztkę owłosienia, która ostała mu się jeszcze gdzieś na potylicy. Nigdy nie zgodził się na nowe włosy. Jego niedawno zmarła żona zawsze twierdziła, że bardziej podoba jej się taki, jaki jest. Zresztą, to właśnie Mariola mówiła, iż łysy mężczyzna wygląda tak trochę groźniej i seksowniej zarazem. Szczególnie, przy jego wysokim wzroście. Bertram, zabawiający właśnie trzy kobiety, tylko machnął ręką. One nawet nie zwróciły uwagi. Gaweł położył rękę na kolanie siedzącej obok Cler. Poklepał ją pocieszająco. - Nie martw się. Zaraz do ciebie wrócę. - Wiem - delikatnie przytrzymała jego dłoń, a następnie przesunęła ją powoli w górę pełnego uda, tuż do skraju króciutkich spodenek. I ani na chwile nie odwróciła wzroku. - Będę tu na ciebie czekać. Bahdzo. Jej ciepły uśmiech i ta pewność siebie dojrzałej kobiety wielce mu się podobały. Podobnie jak silny francuski akcent, którego bynajmniej nie starała się ukrywać. Czasem odnosił wrażenie, że wręcz przeciwnie. Kobieta z wdziękiem przechyliła kształtną głowę, pozwalając burzy jasnych loków spłynąć na odsłonięte, krągłe ramię. Nie uciekając wzrokiem zadała mu pytanie: - Chcesz, bym wyszła hazem z tobą? - Nie… ale dziękuję - uśmiechnął się szeroko. - Czy wiesz co najbardziej mi się w tobie podoba? - Nie wiem. - Właśnie to. Pocałowała go w usta. Jej wargi, i tak bardzo pełne, teraz wydawały się wręcz nabrzmiałe. Pomyślał, że to zapewne z pożądania. - Whóć szybko. - Bądź pewna. Powoli wstał od stołu. Delikatnie stąpając ruszył posuwiście w kierunku korytarza. Przy tak niewielkim ciążeniu trzeba bardzo uważać. Wiedział o tym, bo już dwa razy przytrafiło mu się poszybować pod sufitem. Ale to zdarzyło się tylko na początku. Był bowiem jednym z tych nielicznych, którzy bardzo szybko opanowali i samą sztukę poruszania się w niskiej, czy wręcz zerowej grawitacji i wywołane nią mdłości. Z pewną dumą pomyślał, że i jego przyjaciele zaliczali się do tych szczęśliwców. Taaak. Niezła z nich paczka. I to już od ponad czterdziestu lat. A bywało przecież, iż czasem po kilka lat potrafili się nie widzieć. Szczególnie z Bertim, któremu zdarzało się zapadać w dżunglę na dłuższe okresy. Starzec machnął ręką na swoje rozważania. Co tam, najważniejsze, że teraz znowu są razem. Dobrze, iż Wielebnemu udało się namówić ich na ten wspólny odpoczynek na Księżycu. Łapiąc za uchwyt drzwi do toalet, pomyślał, że jak tylko wróci do stolika, to natychmiast zabierze Cler do wewnętrznych kabin rekreacyjnych, gdzie w nieważkości będą mogli jeszcze przez moment zaszaleć. Do cumowania. Nie zostało mu to jednak dane. Drzwi wyrwały mu się z ręki, a podłoga uciekła spod nóg. Silny wybuch rzucił go z powrotem na sam początek korytarza. W jego końcu pojawiła się kula ognia. Na ułamek sekundy jakby zastygła w bezruchu. Moment potem, z hukiem kolejnej eksplozji, skoczyła w jego stronę. Nie mógł już nic zrobić. I wiedział o tym. W tej krótkiej chwili, która mu jeszcze pozostała, zdążył tylko nabrać powietrza i pomyśleć, że to koniec. Nic mu się nie przewijało przed oczyma. Jedynie gdzieś w głębi duszy, pojawiła się błyskawicznie myśl, iż jeśli Czarek miał rację, to nie będzie dobrze. Tuż przed uderzeniem płomieni zacisnął mocno powieki... Ale ono nie nadeszło. Wstrząśnięty, w kompletnej ciszy otworzył szeroko oczy. Zastygłe macki płomieni wyglądały jak dzieło wirtualnego surrealisty. W ich głębi trwały różne szczątki wypchane siłą wybuchu. Za nimi jaśniała kłująca biel rozprzestrzeniającej się plazmy. Było jednak w tym widoku coś nierealnego. Dopiero po chwili zrozumiał, w czym rzecz. To nie w zastygłych realiach katastrofy był problem. Te wyglądały bowiem tak, jak powinny wyglądać. O ile coś takiego mogłoby znieruchomieć. Problem był w delikatnym, jakby pomarańczowym blasku, przenikającym wszystko wokół. Zdawał się on przesączać, przelewać drżącą falą przez ściany, podłogę. Przez wszystko. Nie. Nie przez wszystko. Jego omijał. Wstał i zafascynowany uniósł do góry dłoń. Tak. Bursztynowe lśnienie jakby ślizgało się po jego skórze, nie tykając jej jednak. - Muszę przerwać ci badanie tego jakże fascynującego zjawiska - głos za jego plecami był zdecydowanie miły i męski. - Ale myślę, iż jest kilka spraw, które zainteresują cię bardziej. Starszy człowiek nie zareagował gwałtownie. Wyprostował się i powoli odwrócił najpierw głowę, a dopiero później resztę szczupłego ciała. Naprzeciw niego, zapadnięty w głęboki, skórzany fotel, siedział swobodnie elegancki mężczyzna w trudnym do określenia wieku. Obok niego, w zasięgu ręki, stała na dębowym stoliczku napoczęta butelka koniaku. Prawą dłonią, trzymającą pękaty kieliszek z niewielką ilością alkoholu, zataczał nieduże kółka mieszając zawartością. Gaweł zmrużył oczy i uśmiechnął się. Nie był to jednak miły uśmiech. Obrócił się wstecz i spojrzał za siebie, w bursztynowa przestrzeń nadchodzącej śmierci. Pokręcił głową i powrócił wzrokiem w stronę gospodarza i męskiej biblioteki przesyconej zapachem skórzanych opraw, brandy, drogich cygar oraz palących się w kominku sosnowych polan. Jeszcze przez moment przyglądał się uważnie swemu gospodarzowi. Po chwili rozluźnił się i podszedł do drugiego fotela stojącego obok ogromnego, marmurowego kominka. Rozsiadł się wygodnie i oparł swobodnie ręce na szerokich poręczach mebla, wykończonych piękną skórą. Jego uśmiech stał się szerszy. - Nie przedstawiłeś się demonie. Gospodarz z lekko ironiczną kurtuazją skłonił głowę. - Składam wyrazy uznania. Jestem Shafael Zar Et-Halil. No i niezupełnie jestem demonem. A przynajmniej... nie takim zwykłym. Jednak teraz jestem... trochę zaskoczony. Skąd wiedziałeś? Wszak nie jesteś…